— Towarzyszu akademiku, zapewniam was, że sekretarz generalny jest zdrowy i cały, a ponadto jak najżywiej zainteresowany sprawą tego kosmicznego gościa. Co do plotek o… zmianach na Kremlu, nie zawracajcie sobie tym głowy. To nie dotyczy was. Obiecuję.
Mimo to Bułaczow uczuł jakże znajomy ucisk w okolicy serca.
Tymczasem Borodiński wstał zza swojego biurka i rzekł:
— Jedyną rzeczą, o jaką powinniście się teraz martwić, drogi akademiku, są dane z namiarów radioteleskopów. Bardzo ich potrzebujemy.
— Żeby przygotować spotkanie ze statkiem?
— Albo żeby go zniszczyć pociskiem. — Borodiński wysunął wskazujący palec w stronę naukowca. — Albo wejdziemy na pokład tego statku, albo go rozwalimy na kawałki.
Cavendish znów śnił jakiś koszmarny sen. Tropikalna pogoda zdawała się wysysać z jego kruchego ciała całą energię, tak iż od dnia przyjazdu na Kwajalein chodził każdego dnia coraz wcześniej spać. Jego sen trudno wszakże było nazwać wypoczynkiem.
Znów stali nad nim z igłami i latarkami, a on był bardzo mały, bardzo złośliwy w swym oporze. Oni byli gigantami i opieranie się im było nie tylko niemądre, ale i występne. Widział złoto w ich zębach, gdy uśmiechali się, i chciał uciekać, ale jego ciało było zamarznięte. Czuł, jak kłują go igłami i jak pali wstrzyknięta benzyna. Potem wszyscy pochylili się nad nim. Usiadł w łóżku cały zlany potem i drżący. W głowie mu dudniło, a mięśnie szyi były tak napięte, że ledwie mógł poruszać głową.
Cavendish, sam jeden w swym kawalerskim pokoju, w „żłobku” dla oficerów kawalerów, wciągnął na siebie swój stary szlafrok, włożył na nogi klapki i wziął z koszyka przy zlewie mydło, a ręcznik przewiesił przez ramię. Potem poczłapał po drewnianej podłodze korytarza do łazienki.
O tej porze nie było w niej nikogo. Wszedł do wnęki prysznica i przez kilka minut brał tusz. Woda była letnia, co bardziej go irytowało niż rozluźniało.
Gdy wrócił, popatrzył przez chwilę na rozrzuconą, mokrą od potu pościel, a potem zaczął powoli wkładać starą koszulę i spodnie. Czuł się krańcowo wyczerpany. Oczy mu się zamykały. Niemal mechanicznie wdział jedyną parę sandałów, jaką miał, zapiął je na sprzączki i wymaszerował z pokoju, jak lunatyk w ciemności nocy.
Udał się prosto do domku, w którym mieszkali Markowowie. Wszedł po schodkach na betonowy podest i nie pukając, otworzył drzwi.
Maria siedziała na trzcinowej sofie w pokoju gościnnym, a obok niej leżała otwarta walizka, wypełniona jakąś aparaturą z gałkami i tarczami zegarów. Wydawała z siebie lekkie brzęczenie, a nad jedną z gałek paliło się czerwone światełko, niby gniewne, diabelskie oko.
Gdy zobaczyła gościa, na jej twarzy pojawiła się mieszanina przerażenia, niedowierzania i strachu.
— Doktor Cavendish? — wyszeptała, jakby się bała, że go obudzi.
— Słucham — powiedział.
Zaczął się zastanawiać, kim jest ta kobieta i czego odeń chce. W pokoju paliła się tylko jedna lampa — nad jej głową, obok otwartej walizki z aparaturą.
— Proszą usiąść — powiedziała Maria.
Cavendish usiadł w fotelu i skrzyżowawszy nogi w kostkach, a ręce na podołku, patrzył tępo przed siebie.
Maria niespokojnie oblizała wargi. Wiedziała, że niedługo wróci Kirył. Nastawienie aparatury i wezwanie Cavendisha zajęło jej całe godziny, po części dlatego, że obawiała się dać pełną moc. Dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę.
— Nie będzie pan nic pamiętał z tego naszego spotkania, prawda? — spytała go lekko drżącym głosem.
— Nic a nic — zapewnił ją spokojnie.
— Ileż to lat, a wspomnienia wciąż żyją — rzekła potrząsając głową. — Gdy pana pierwszy raz spotkałam, byłam młodą dziewczyną. Czy pan mnie sobie w ogóle przypomina? Tamto miejsce nazywało się Bieriezowo.
— Szpital?
— Tak. Pan był trudnym pacjentem. Ale teraz nie będzie pan już robił trudności, prawda?
— Nie będę.
— Będzie pan bardzo chętny do współpracy, nieprawdaż?
— Będę chętny.
Westchnęła z ulgą.
— Cóż jest więc… z tym Amerykaninem, Stonerem?
— Miałem rozkaz, aby się dowiedzieć, ile on wie, a potem, jeśli będzie możliwe, zlikwidować go.
— Nie wykonał pan tych rozkazów.
Cavendish oblizał wargi.
— Uważałem, że były to rozkazy niemądre. Dlaczegóż likwidować go, jeśli możemy wykorzystać to, co on wie, co on odkrywa.
— Postąpił pan dobrze, doktorze Cavendish.
Jego zaciśnięte pięści rozwarły się, a w jego oczach zabłysły łzy.
— Chcę robić dobrze. Naprawdę chcę. Uczciwie tego pragnę.
Maria poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Zamknęła oczy, by nie widzieć, jak starzec płacze.
Było już dobrze po północy, lecz Markow i Stoner wciąż siedzieli w ośrodku radarowym. Na jego dziedzińcu, w przecince, zrobionej w palmowym gaju, mierzyły w niebo dwie ogromne anteny.
Stoner i Markow schylili się nad plecami technika radarowego, który siedział przy głównym pulpicie. Twarze całej trójki odbijały się niewyraźnie w okrągłym ekranie, który jarzył się słabym, zielonkawym światłem i zajmował dużą część szafy nad pulpitem. Dookoła nich zgromadzili się inni mężczyźni i kobiety, którzy przerwali swą pracę, by być świadkami epokowego wydarzenia.
— Jest obraz — mruknął technik. — Ale cholernie słaby.
Ekran iskrzył się i mrugał, jakby był żywy. Współśrodkowe, cienkie jak włos linie koloru żółtego przypominały coś w rodzaju tarczy strzelniczej na tle zielonkawej poświaty ekranu. Wysoko w prawym górnym kwadracie najbardziej zewnętrznego koła migotał słabo pomarańczowy punkcik.
— Nie może pan go wycentrować? — spytał Stoner technika.
Technik sprawdził coś na arkuszu przypiętym obok ekranu.
— Jeszcze nie — odparł. — Przeszkadza jeszcze ruch satelitów. Wiązka odbije się od nich i stracimy z oczu tego ptaszka.
— Ale czy to jest on? — spytał szeptem Markow, nie spuszczając wzroku z ekranu.
— Tak, to on — odparł Stoner.
Grupa ludzi za nimi wydawała się oddychać jak jeden organizm. Markow pociągnął się za brodę i zobaczył swe odbicie w szkle ekranu: podkrążone oczy, zaciśnięte wargi, nerwowy i przerażony wyraz twarzy.
— Jaki jest wektor prędkości? — spytał Stoner technika.
Amerykanin wydawał się Markowowi spokojny i opanowany, jakby trzymał się w kupie w obawie, że jeśli na moment zwolni kontrolę — wybuchnie.
Bez słowa technik wystukał coś na klawiaturze przed sobą. Obok pomarańczowej plamki pojawiły się na ekranie liczby i symbole.
— Gdzie tu jest jakiś komputer? — spytał Stoner. — Nie mogę tego wydedukować, czy to jest w granicach naszych przewidywań…
— O, tam, proszę pana — powiedziała jedna z operatorek, wskazując ręką stolik, a na nim ekran monitora i klawiaturę.
Stoner wśliznął się na fotel przy stoliku i wybrał odpowiedni kod. Ekran natychmiast zajaśniał długim ciągiem równań, a potem ich miejsce zajął krótszy wykaz liczb. Stoner obrócił się na krześle, by zerknąć na ekran radarowy i widniejący na nim wykaz.
— Trafiony! — zawołał. — W sam środek! To jest ten nasz ptaszek!
— Markow popatrzył na rozmytą plamkę świetlną na ekranie, potem znów na uśmiechniętą twarz Stonera. Teraz śmiali się już wszyscy, jakby byli świadkami jakichś narodzin. A Markow widział jedynie punkcik świetlny i jakieś liczby.
— Na jakiej częstotliwości pan pracuje? — spytał technika Stoner.