Gdy obaj zaczęli o czymś rozmawiać, rzucając co chwila liczbami i niezrozumiałymi dlań terminami, Markow utonął w myślach. Próbował zrozumieć znaczenie tego, co się dokonało. Przed ponad godziną wysłali w przestrzeń z anten na zewnątrz budynku wiązkę radarową, która dotarła do zbliżającego się statku, odbiła się odeń i powróciła do tych samych anten. Ta mała plamka na ekranie radaru przedstawiała właśnie statek przybyszów z gwiazd.
Później, gdy już skończyli sobie wzajemnie gratulować i stwierdzili, że o tej godzinie w nocy nie zdołają nigdzie zdobyć szampana, grupka triumfatorów zaczęła topnieć. Tylko dwóch techników pozostało na swych posterunkach. Reszta rozeszła się do domów.
Gdy szli już uśpioną ulicą, Markow zapytał Stonera:
— O ile więcej wiemy dziś, niż wiedzieliśmy wczoraj?
Amerykanin wzruszył ramionami.
— Wiemy dokładnie tyle samo — rzekł. — Z wyjątkiem tego, że sprawdziliśmy, iż on naprawdę tam jest, gdzie być powinien.
— Skąd więc to podniecenie?
— Bo go namierzyliśmy — powiedział Stoner, gdy mijali rząd pociemniałych przyczep kempingowych. — Mamy teraz nowy sposób na jego badanie, jakby parę oczu śledzących go bez przerwy. I do tego precyzyjnie wykalibrowanych. Teraz możemy spróbować namierzyć go z innych wielkich radarów, na przykład w Roi-Namur. Również w Goldstone i Haystack, w Stanach, nawet w Arecibo. Będą go obserwowały na innych częstotliwościach, na innych długościach fal.
— I co nam to powie?
Stoner machnął w powietrzu ręką.
— O jego… rozmiarach… może też o masie, jeśli trochę pogłówkujemy.
A jeśli zestawimy pomiary radarowe ze zdjęciami teleskopowymi, kto wie, czy nie dowiemy się, z czego on jest zbudowany i jaki jest jego kształt.
Markow pokiwał głową.
— A kiedy spróbujemy wysłać jakiś sensowny sygnał?
— Nie wiem. To jest pańska działka. Decyzja w tej sprawie należy do Maca. Ale w pewnym sensie już wysłaliśmy mu przecież sygnał.
— Wiązkę radarową?
— Tak. Jeśli na pokładzie tego statku są jakieś inteligentne istoty, bądź załoga, bądź dobry komputer, muszą też być czujniki, które już im powiedziały, że odbiliśmy od nich wiązkę radarową. Że zostali przez nas namierzeni.
Markow podniósł wzrok ku gwiazdom.
— Jeśli nie zechcą się z nami skontaktować — ciągnął Stoner — zmienią teraz kurs i oddalą się od nas.
„A jeśli mają wrogie zamiary — pomyślał Markow — podejmą jakieś jeszcze inne działanie.”
ROZDZIAŁ XXIV
SUPER TAJNE
Memorandum
ADRESAT: Prezydent
DATA: 18 kwietnia Nr K/Jupiter 84-011
NADAWCA: R. A. McDermott, dyrektor Projektu „Jupiter”
CC: S. Ellington, OSTP
W SPRAWIE: Pierwszy kontakt.
1. Potwierdzam pisemnie to, co już przekazałem telefonicznie, to znaczy, że udało nam się nawiązać kontakt radarowy z obiektem będącym przedmiotem naszych badań.
2. W odpowiedzi na sugestie nielicznych osób z grona zaangażowanych w projekt „Jupiter”, proszę uprzejmie o zbadanie przez NASA lub jakąś inną, nadającą się do tego agencję federalną kwestii wykonalności i celowości przeprowadzenia kosmicznego rendez-vous z obiektem, najlepiej w czasie lub około czasu jego największego zbliżenia do Ziemi.
3. W mojej opinii jednak łatwość kontaktowania się za pośrednictwem fal elektromagnetycznych oraz trudności związane z przeprowadzeniem załogowego rendez-vous zdecydowanie przemawiają za odrzuceniem tego ostatniego wariantu na rzecz pierwszego.
4. Misja załogowa byłaby nadzwyczaj kosztowna, zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak personel, zwłaszcza gdyby zakończyła się fiaskiem.
SUPER TAJNE
Była noc. Prostą jak strzała autostradą 1-15 pędził przez pustynne okolice stanu Nevada samochód osobowy marki Lincoln. Ze wszystkich stron majaczyły na horyzoncie jedynie poszarpane szczyty górskie, bladawe i spokojne w krystalicznym, zimnym powietrzu księżycowej nocy.
— To się wszystko zawali — mówił Charles Gordon. — Nie możemy dłużej robić ludzi w konia.
Willie Wilson siedział bezwładnie z zamkniętymi oczyma i opadniętym podbródkiem na tylnym, pokrytym welurem siedzeniu luksusowego auta. Po prawej stronie miał swego brata i menadżera, Bobby’ego. Natomiast Gordon siedział do nich obu przodem na rozkładanym krzesełku limuzyny.
— Daj mu spokój, Charlie — szepnął Bobby. — On jest wykończony.
Bobby był od swego brata o trzy lata młodszy, o kilkanaście centymetrów niższy i o dziesięć kilo cięższy. O ile kaznodzieja miał jasne włosy i wyraziste rysy twarzy, o tyle natura obdarzyła Bobby’ego miłą twarzą, piegami i rudymi włosami. Obaj lubili żartować, że są bliźniakami.
— Wszyscy jesteśmy zmęczeni — rzekł Gordon. — Włóczymy się po całym kraju, urobieni po pachy. Ja po prostu nie chcę widzieć, jak wszystko przecieknie nam przez palce.
Gordon był cienki jak patyk, o ostrych rysach twarzy i nerwowych rękach, które ani na moment nie spoczywały w jednym miejscu. Albo bębnił palcami po ostrych jak brzytew kantach swych prążkowanych spodni, albo bawił się guzikami swej marynarki, albo tarł sobie nos.
— W Las Vegas czekają tłumy, jakich miasto nigdy dotąd nie widziało — powiedział Bobby ściszonym głosem, nie chcąc budzić brata. — Zapewnione migawki w dziennikach telewizyjnych trzech ogólnokrajowych sieci. Tygodnik „Time” już węszy dookoła. Czegóż więcej chcieć?
— Musimy dać ludziom coś więcej niż radę, żeby obserwowali niebo — mówił Gordon. — Willie powinien zrobić jakiś następny krok; powiedzieć im coś, czego jeszcze nie słyszeli. Inaczej zniechęcą się i odejdą.
— W Waszyngtonie i Anaheim bilety dobrze się sprzedają — zauważył Bobby.
— Słuchaj no — rzekł niecierpliwie Gordon, wyciągając w jego stronę palec. — Pierwsza, duża, ogólnokrajowa kampania promocyjna, nad jaką pracowałem, była dla Marka Spitza.
— Tego pływaka?
— Tak. Zrobiliśmy mu imię, które znali wszyscy. Każdy wiedział, kim był, jak wygrał na olimpiadzie siedem złotych medali. Wystąpił w każdym show telewizyjnym, który był nadawany. Był na plakatach, na pudełkach z kaszką, na kartonach mleka. Trudno wszystko wyliczyć. A po paru miesiącach już nikt nie wiedział, kim on, u diabła, jest.
Okrągła twarz Bobby’ego nachmurzyła się.
— Dlatego że facet nie miał nic do zaoferowania — wyjaśniał Gordon. — Był wspaniałym pływakiem, i co z tego? Nie umiał śpiewać, nie umiał grać na scenie. Nie umiał nawet przeczytać dowcipu z karty suflera. Jedyne, co potrafił, to było zdjąć ubranie, skoczyć do cholernej wody i pływać, jak delfin.
— Nie rozumiem, co…
Gordon pochylił się ku niemu tak bardzo na swym krzesełku, że ich nosy niemal się zetknęły.
— Chodzi o to — rzekł — że łatwo jest skierować na siebie ludzką uwagę.
I to już zrobiliśmy. Willie się postarał, że każdy go zna i czeka na Wielkie Wydarzenie. „Obserwujcie niebo”, powiedział im. I każdy obserwuje, ale nikt nic nie widzi! Nic się nie dzieje!
— Jeszcze się będzie działo.
— Tak myślisz?
— Jak Willie tak powiedział, na pewno tak będzie.
Gordon skrzywił się.
— Daj spokój, Bobby. Popatrz na mnie. Na Żyda Charliego. Pamiętasz?
Willie może sam wierzyć w te brednie, które innym wciska, ale my, na Boga, nie możemy iść za nim w coraz głębszą wodę. Ktoś musi mu wlać rozumu do głowy.