— To się na pewno stanie — upierał się Bobby. — Jeśli Willie tak mówi, na pewno tak będzie.
— Kiedy?
— Kiedy się stanie.
— No, to lepiej niech się dzieje prędko, do stu tysięcy diabłów. Bo jak szybko nie stanie się coś spektakularnego, wszystkie te wielkie tłumy, wszyscy dziennikarze znikną… o tak! — Gordon strzelił palcami.
— Na pewno się stanie — dobiegł ich głos Williego. Obaj, jak na komendę, spojrzeli w jego stronę.
— Stanie się — powtórzył Willie. — Jestem tego tak pewny, jak tego, że bije mi serce. Nie wiem tylko, co to będzie i kiedy nastąpi.
— Lepiej, żeby jak najszybciej — mruknął Gordon.
— Nie martw się o to tak bardzo, Charlie — uspokajał go Willie. — To się stanie dość szybko. Gdy tylko Pan Bóg zdecyduje, żeby się stało, stanie się niezwłocznie.
— Pan Bóg nie musi się martwić o sprzedaż biletów.
Willie zaśmiał się i zawołał do kierowcy:
— Hej, Nick. Stań na chwilę. Muszę sobie ulżyć.
„Lincoln” płynnie zwolnił i zatrzymał się na poboczu pustej autostrady. Willie wygramolił się z limuzyny przez tylne drzwi, drżąc w chłodzie pustyni. Najbliższy ślad życia — rachityczny krzak — znajdował się w odległości kilkunastu kroków od samochodu, ale cały płaskowyż był zupełnie pusty o tej porze nocy. Nic, tylko jęk wiatru, a na niebie sierp księżyca i feeria migocących gwiazd.
Willie rozpiął spodnie i oddał mocz na glebę pustyni. Ciecz wsiąkła natychmiast w porowaty piach, nie pozostawiwszy nawet krótkotrwałej kałuży.
Gdy kaznodzieja już się zapiął, raz jeszcze podniósł oczy na niebo.
— Jezu Chryste Wszechmogący — wyszeptał, przewracając oczyma, a potem już głośno zawołał: — Jezu Chryste Wszechmogący! Patrzcie! Patrzcie!
Bobby wyskoczył z wozu w mgnieniu oka, podczas gdy jego brat tańczył już, krzyczał i wskazywał ręką niebo. Gordon wygramolił się za Bobbym, a potem wyszedł z samochodu kierowca. Wszyscy spojrzeli w górę.
Między gwiazdami tańczyły i mrugały zielone i różowe słupy niesamowitego światła.
— Co… co to jest? — spytał kierowca pełnym przerażenia głosem.
— Przychodzi! — zawołał Willie. — Powiedziałem wam, że przyjdzie, i przyszło.
Bobby stał z szeroko otwartymi ustami, obserwując wspaniały spektakl.
— To jest przecież zorza polarna — odezwał się Gordon. — Czasem sięga aż tak daleko na południe. Zdaje się, że to efekt plam słonecznych czy czegoś innego.
— Nie, to jest jakiś znak — upierał się Willie. — To jest znak.
Gordon potrząsnął głową.
— Szkoda, że nie możesz sobie tego zamówić na zgromadzenie w Waszyngtonie.
Willie roześmiał się.
— Kto wie? — rzekł. — Nieodgadnione są drogi Pana.
Bobby stał jak w ziemię wrosły obok samochodu. Usta miał wciąż szeroko otwarte. Był przerażony tym, co zobaczył, oraz zdolnością brata do przepowiadania tego, co ma nastąpić.
Jo obudziła się wcześnie. Mocne, tropikalne słońce zalewało jej pokój blaskiem, mimo że zasłoniła okno kocem. Jasne promienie rzeźbiły kant okna sprawiając, że cienki koc jarzył się, jak stopiony metal.
Uparła się, że będzie mieszkała w hotelu, razem z innymi samotnymi kobietami. McDermott gderał początkowo z tego powodu, ale ponieważ część nocy spędzała z nim, najwyraźniej pogodził się z tym faktem. Szybko się zorientowała, że jemu zależy nie tyle na współżyciu płciowym, ile na świadomości, że ona do niego należy.
Wstała, wzięła tusz i szybko się ubrała, zastanawiając się, czy zjeść darmowe śniadanie w obskurnej rządowej messie, czy też kupić coś lepszego w jednej z trzech restauracji na wyspie. W końcu zdecydowała, że tego dnia obędzie się bez śniadania.
Postanowiła natomiast, że zrobi sobie herbatę w pracy. Uczesała włosy, umalowała usta, skinęła do siebie głową w przymglonym przez czas lustrze serwantki i podeszła do okna, by zdjąć zeń niepotrzebny koc.
Wtedy zobaczyła Stonera, jak idzie ulicą, kierując się ku messie. Twarz miał, jak zwykle, zasępioną. „Zawsze myślami w swoim własnym świecie — rzekła do siebie. — Nigdy nie ma czasu dla innych.”
Potrząsnęła głową i odeszła od okna, po czym znalazła swoją sakiewkę i wyszła z hotelu, kierując się ku ośrodkowi komputerowemu.
Główny budynek był wzniesiony wokół potężnego komputera IBM. W centralnym studniowatym holu, którego wysokość sięgała drugiego piętra, stały duże szafy z aparaturą o rozmiarach dużych lodówek. Dookoła tej studni, czy, jak mówili pracownicy „jamy”, rozlokowane były biura i pracownie. Na każdym piętrze biegła dookoła „jamy” wewnętrzna galeria.
Jo załatwiła sobie przydział osobnej pracowni na pierwszym piętrze. Była to niewielka klitka o nagich ścianach, pomalowanych na koszmarny zielony kolor, jak przystało na instytucję wojskową. Wychodziła na galerię i na „jamę”. Biurko było metalowe i miało czysto funkcjonalny charakter. Było dobrze nadwerężone zębem czasu i długoletnim używaniem. Na obrotowym fotelu należało umieć siedzieć, gdyż za duży przechył do tyłu powodował wywrotkę. Na szczęście marynarz, który dostarczył umeblowanie dla jej pracowni, poinformował ją o tym zawczasu. Metalowe szafy na akta — całe grzechotały. Jednakże stojący na biurku monitor, podłączony do głównego komputera, a także należąca doń klawiatura i drukarka były nowiutkie i spisywały się znakomicie. Jo nie było potrzeba nic więcej.
Jej elektryczny czajnik zaczynał właśnie gwizdać, gdy w otwartych drzwiach jej pracowni stanął Markow i zapukał w drewnianą futrynę.
Odwróciła się z czajnikiem w ręce.
— Och! Cześć!
Mrugnął do niej.
— Moja instruktorka pływania — rzekł śmiejąc się. — A więc to tutaj ukrywa się pani w ciągu dnia?
— Wcale się nie ukrywam. Pracuję. — Zaprosiła go do środka gestem dłoni. — Napije się pan herbaty?
— Z przyjemnością — odparł, siadając na jednym z metalowo-plastikowych krzeseł pod ścianą.
Tymczasem Jo wyjęła z jednej z metalowych szuflad plastikowy kubeczek, włożyła doń woreczek herbaty i zalała wrzątkiem. Następnie postawiła kubeczek na zalegających biurko komputerowych wydrukach i arkuszach papieru maszynowego.
— Niestety, nie mam cukru ani mleka — usprawiedliwiła się.
— Dziękuję, tak jest dobrze — powiedział Markow.
Jo usiadła na krześle obok niego. Dzieliła ich tak mała odległość, że czuł zapach jej skóry i woń szamponu, w którym umyła włosy.
Markow odchrząknął.
— Przyszedłem w sprawie urzędowej — zaanonsował.
— Nie na nową lekcję pływania? — przekomarzała się z nim.
— To może później — odparł śmiejąc się.
— W porządku.
Wydawał się być bardzo podniecony, jak dorastający chłopiec na swej pierwszej randce.
— Hmm. To znaczy… Radioastronomowie zamierzają wysłać dziś nowe sygnały do tego statku, gdy tylko wzejdzie nad horyzont.
— Owszem, wiem o tym — odparła Jo.
— Będzie wysłanych kilka rodzajów sygnałów na różnych częstotliwościach.
— Wyślą też wiązkę laserową?
— Stoner zażądał, aby włączyć do eksperymentu bardzo silny laser z jednego z obserwatoriów na Hawajach. Będzie tu dostarczony za tydzień lub dwa.
„A więc postawił na swoim — pomyślała Jo. — Wiedziałam, że tak będzie.”