Выбрать главу

— Oni zdecydowali się również — ciągnął Markow — żeby zgodnie z moją sugestią wysłać do tego obcego statku pulsacje, które od niego odebraliśmy, gdy był w pobliżu Jowisza; odrzucić mu piłkę, którą on sam rzucił.

— Wspaniały pomysł! — wykrzyknęła Jo.

— Naprawdę pani tak uważa? — Jego twarz rozpromieniła się.

— Naturalnie. To jest naprawdę cudowny pomysł.

Sięgnął po stojący na biurku kubeczek i pijąc pospiesznie herbatę, poparzył sobie usta.

— No tak, ale obawiam się — rzekł po chwili — że będziemy teraz potrzebowali sporo czasu, aby przetworzyć komputerowo sygnały z tych taśm, które mamy, w sygnały, które mogą być wyemitowane przez tutejsze radary.

— Ma pan na myśli te taśmy magnetofonowe z Nowej Anglii? — spytała Jo.

— Czy doktor Thompson nie przywiózł tu ze sobą komputerowego zapisu tych taśm?

— Tak, właśnie te taśmy miałem na myśli. Rozmawiałem już o nich z Thompsonem. Ma zarówno taśmy, jak ich zapis numeryczny.

— No, to w takim razie nie ma problemu — rzekła odchylając się nieco do tyłu. Potrzebujemy jedynie trochę czasu, żeby przejrzeć ten zapis i upewnić się, czy jest zgodny z językiem komputerowym, którym się tu posługujemy. Więcej czasu zajmie nam wypełnienie formularzy, żeby te zapisy pobrać z archiwum, niż samo przetwarzanie.

Markow wydał z siebie westchnienie ulgi.

— Kiedy mógłbym oczekiwać…?

— A na kiedy jest to panu potrzebne? — przerwała mu. — Bo to, nad czym teraz pracuję, to sprawy raczej szablonowe. Mogłabym się jeszcze dziś zająć pana sprawą i miałby pan wszystko gotowe na jutro.

— Cudownie!

Uśmiechnęła się do niego.

— Bądź co bądź, jesteśmy partnerami w pływaniu — rzekła. — Ma się względy dla znajomych.

Na jego twarzy wykwitł rumieniec.

— Jestem… pani winien przeprosiny za wczorajszy wieczór. Wie pani, my, Rosjanie, nie uchodzimy za najlepszych pływaków.

— Nie musi mnie pan za nic przepraszać — rzekła.

Serce Markowa biło tak mocno, że był pewien, iż ona również je słyszy.

— Jo, najmilsza damo — odważył się nazwać ją po imieniu — dla pani stawiłbym czoła nawet smokom.

— Na lądzie?

— Och, tak… raczej na lądzie.

— Jest pan bardzo miły, panie Markow — powiedziała.

— Mam na imię Kirył.

— Dobrze więc, Kirył. Jeśli spotkam na swojej drodze jakiegoś smoka, zaraz dam panu znać.

Ujął obie jej dłonie i po kolei ucałował.

— Szaleję za panią, droga damo.

— Och, nie. — Twarz Jo posmutniała. — Nie powinien pan tak mówić.

Wzruszył ramionami z rezygnacją.

— Jest już grubo za późno na takie rady. Kocham panią bez reszty.

Wesołość zupełnie znikła z jej twarzy i teraz patrzyła na niego z całą powagą.

— Gdybyśmy się spotkali przed rokiem… albo nawet przed sześcioma miesiącami…

— Wiem, wiem — rzekł, zaglądając jej głęboko w oczy. — Profesor McDermott rości sobie prawo do pani. Ale nie sądzę, aby pani brała to poważnie.

— Nie biorę. — Jej głos był tak cichy, że Markow ledwie usłyszał, co powiedziała.

— W takim razie mogłaby pani wziąć mnie poważnie — rzekł usiłując ją rozweselić.

Nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie zupełnie załamanej.

Wziął ją delikatnie pod brodę i lekko uniósł jej głowę, tak iż mógł znów zajrzeć w jej przecudne oczy.

— Jest jeszcze ktoś inny, prawda? — zapytał smutno.

Jo milczała.

— Ktoś, kto nie odwzajemnia pani miłości — mówił Rosjanin. — Albo… może nawet nie wie, że pani go kocha.

Z jakiejś trudnej do zgłębienia przyczyny Jo wiedziała, że może zaufać temu miłemu, chłopięco wyglądającemu mężczyźnie. Wolno skinęła głową.

Markow ciężko westchnął.

— Kimkolwiek on jest, jest szczęśliwcem — rzekł cicho. — I frajerem.

Reynaud szedł z trudem wzdłuż plaży i pozwalał, aby fale obmywały mu co chwila bose nogi. Nogawki jego czarnych spodni, podwinięte wysoko, ukazywały sękate kolana, a mokra koszula ściśle przylegała do pleców.

Promienie popołudniowego słońca oślepiały go. Nagle dostrzegł przed sobą na wpół zanurzone w wodzie ciało mężczyzny z rozłożonymi bezładnie rękami. Sapiąc z przejęcia, podbiegł do niego. Był to Hans Schmidt.

— Helo! — zawołał holenderski astronom, podnosząc głowę i patrząc badawczo na Reynauda. — Dokąd pan tak biegnie?

Dominikanin ledwie zdołał zrobić kilka ostatnich kroków, jakie dzieliły go od młodzieńca. Był zupełnie wyczerpany nagłym wysiłkiem.

— Myślałem, że jest pan nieprzytomny albo nieżywy — wyszeptał, padając obok niego na piasek. — Któż to widział leżeć w taki sposób!

Schmidt wciąż leżał wyciągnięty, z płową głową na piasku. Jego koszula była rozpięta i lekko się wydymała pod wpływem morskiej bryzy, a spodnie i obute w sandały stopy spoczywały w wodzie.

— Nic mi nie jest — rzekł, uśmiechając się po szelmowsku.

— Więc dlaczego pan…? — Reynaud zrobił wymowny gest.

— A czemu by nie? Cóż innego pozostało mi do roboty? — Schmidt uniósł rękę i zbliżył do ust trzymany między palcami brązowy papieros.

— Mówi pan, że nie ma pan tu nic do roboty? Przecież jest pan astronomem?

Schmidt zaciągnął się głęboko.

— Nie wysłali mnie tu, żebym pracował — rzekł. — To jest zesłanie. Więzienie. Znalazłem się tutaj, bo za dużo wiedziałem.

— Ale przecież to…

Młody człowiek poczęstował Reynauda papierosem i ciągnął:

— Ale, jak na więzienie, nie jest tu tak źle. Piękna okolica. A oni mają tu niezłą „trawkę”. Proszę spróbować. Marynarze sprzedają ją tanio. Sprowadzają ja z Filipin.

— Czy to jest marihuana? — spytał Reynaud, przyglądając się papierosowi.

Schmidt roześmiał się i uniósł na łokciu.

— Zapomniałem, że wasze pokolenie miało problemy z alkoholem — rzekł. — Teraz się boicie nawet spróbować marihuany.

— No cóż… — Reynaud odruchowo sięgnął po papierosa. Włożył go do ust i głęboko się zaciągnął. Chwycił go kaszel.

Schmidt opadł znów na piasek i aż zatrząsł się ze śmiechu.

— Dawno… ostatni raz paliłem bardzo dawno temu — rzekł chrypliwie dominikanin i otarł palcem łzy, które nabiegły mu do oczu.

Oddał papieros Schmidtowi, który zaraz zaciągnął się kilka razy z ukontentowaniem.

— Proszę nie patrzyć na mnie z takim zgorszeniem — odezwał się po chwili młody astronom. — Ja wiem, że mógłbym im sporo pomóc. Tym Amerykanom i Rosjanom. Są tak ruchliwi, tak przedsiębiorczy, Ale dlaczegóż bym miał to robić? Ja odkryłem te przeklęte sygnały. Gdyby nie ja, oni wszyscy byliby teraz w domach ze swymi rodzinami i przyjaciółmi. I ja byłbym w domu z moją Katriną. Planowaliśmy już, kiedy się pobierzemy. Spalibyśmy ze sobą. Zamiast tego ja jestem tutaj, a ją rżnie prawdopodobnie kto inny.

Reynaud położył się na plecach i wyciągnął przed siebie swe krótkie nogi — Wiem, jak się pan czuje. To diabelstwo wyrwało nas wszystkich z domowych pieleszy.

— Nic pan nie wie! — obruszył się Schmidt. — Co pan może wiedzieć o sprawach łóżkowych?

Z gorzkim uśmiechem Reynaud sięgnął znów po papierosa i ponownie się zaciągnął. Tym razem już nie zakaszlał.

— Ilekroć któryś z tych Amerykanów patrzy na mnie — mruczał Schmidt — czuję gniew i wściekłość. Oni obwiniają mnie o to, że znaleźli się na tej wyspie.