Выбрать главу

— Bzdura! Większość z nich cieszy się z tego. Ten projekt bardzo ich ekscytuje.

— Ale nie mnie — rzekł Schmidt.

— Ani mnie. — Reynaud przesłonił ręką oczy i spojrzał w stronę laguny.

Nigdzie, aż po sam horyzont, nie było widać ani śladu jakiegoś żagla, jakiegoś życia. Tak jakby się znajdowali na bezludnej wyspie.

— Nie nudzi się pan?

— Nie ma tu nic do zrobienia dla emerytowanego kosmologa — odparł Reynaud, wzruszając ramionami.

— Trzeba wymyślać nowe teorie! Chyba po to są kosmologowie.

— Być może, ale ja za bardzo przylgnąłem do dawnych poglądów… Czuję się jak skamielina, czy jak mumia, którą wydobyto na światło dzienne po tysiącach lat spoczywania w grobowcu.

— Co pan takiego zrobił, że pana zesłali? Zgwałcił pan jakąś zakonnicę?

Reynaud popatrzył na anielską twarz młodziana.

— Chyba nie.

Pociągali na przemian z papierosa, aż pozostał z niego tylko mały niedopałek, który Schmidt niedbale wrzucił do wody.

— Tam, skąd to sprowadzają, jest pełno fajnych mniszek — powiedział w zadumie. — Wyglądał teraz na odprężonego i uspokojonego.

Natomiast Reynaudowi kręciło się w głowie. Chwiejąc się wstał.

— Pójdę lepiej do siebie… — rzekł.

— Niech pan zostanie. Może ten przeklęty obiekt spadnie w tę lagunę i wszyscy wrócimy do siebie.

— Jest jeszcze pięćdziesiąt milionów kilometrów stąd.

— A więc dobrze. — Schmidt nagle zmienił pozycję i usiadł na piasku. — Spróbuję się z nim spotkać w połowie drogi.

— Co pan chce zrobić?

Z uśmiechem konspiratora młodzieniec rzekł:

— Mam w pokoju… parę pigułek, które mogą pana wynieść prosto do gwiazd. — Zrobił szybki ruch ręką ku górze. — Kupiłem od cywila, który prowadzi pocztę.

— Nie, dziękuję…

Schmidt wstał i chwycił Reynauda za ramię.

— Chodź pan, pokażę panu — kusił. — Nie ma się czego bać. To lepsze niż alkohol. Niech pan idzie ze mną.

Reynaud już nie oponował. Pozwolił się młodzianowi ciągnąć w stronę „żłobka”.

ROZDZIAŁ XXV

Skoro możliwe jest nawiązanie łączności, wydaje nam się, że wiemy, o czym powinna być pierwsza, nadana wiadomość. Otóż o tym co obie komunikujące się cywilizacje dzieliłyby niewątpliwie ze sobą. A jest tym nauka.

CARL SAGAN
Szepty Ziemi: Międzygwiezdny rekord Voyagera
Random House
1978

Stoner spacerował tam i z powrotem po nagrzanej słońcem, dusznej sali ośrodka kontroli, omijając zatory z krzeseł oraz zgromadzonych tłumnie mężczyzn i kobiety. Kilkunastu operatorów siedziało ze słuchawkami na uszach i przy pulpitach przed szafami z aparaturą elektroniczną, a ich wzrok był utkwiony w zielonkawych ekranach radarów.

W sali panował mrok. Jedyne światło pochodziło od ekranów i jarzących się lampek kontrolnych na pulpitach. W ośrodku zgromadziło się tak wiele osób, że pracujące na cały regulator klimatyzatory nie mogły obniżyć temperatury sali.

Stoner rozglądał się bez przerwy, niby wsadzony do klatki tygrys czy jaguar, zerkając co chwila gniewnym wzrokiem na pochylonych nad pulpitami operatorów i pojawiające się na monitorach liczby.

W pewnej chwili otwarły się drzwi na zewnątrz i jasny snop światła padł na zgromadzonych. Wszyscy poruszyli się i zaczęli odeń odsuwać. „Nietoperze — pomyślał Stoner. — Jesteśmy wszyscy jak stado przeklętych nietoperzy, kryjących się przed światłem dnia.”

Drzwi otworzył Markow. Zamknął je natychmiast i na palcach podążył w stronę Stonera.

— Czy coś jest?

— Ni diabła! — odparł Stoner. — Czekamy już prawie sześć cholernych godzin i żadnej reakcji.

Markow utkwił wzrok w jednym z najbliższych ekranów.

— Nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy martwić — rzekł.

— Tylko martwić — rzekł gniewnie Stoner.

Rosjanin wzruszył ramionami.

— Mam dla pana wiadomość z laboratorium fotograficznego — rzekł do Stonera. — Dostali najnowsze, wysokiej rozdzielczości zdjęcia z Greenbelt.

Stoner przestał się interesować ekranami i popatrzył na niego.

— Z Wielkiego Oka? Czy już je oglądali? Co na nich widać?

— Powiedzieli, że wyszły słabo…

„A czego się spodziewałeś? — mruknął do siebie Stoner. — Nic tu nie idzie dobrze. Żadna przeklęta rzecz!”

— Najlepiej, jak sam tam pójdę i spojrzę na nie — rzekł głośno.

— Powiedzieli mi, że na zdjęciach wychodzi wciąż tylko rozmazana plamka i nic więcej. Wygląda prawie jak głowa komety.

— Chryste Panie! Niech pan tego nie mówi McDermottowi. Tego mu tylko potrzeba, żeby storpedować plany rendez-vous w kosmosie.

Doktor Marvin Chartris przechylił się do tyłu na swym obrotowym krześle i zerknął na zewnątrz przez zakratowane okna swego biura na parterze budynku muzeum. Na łaciatej murawie przed gmachem baraszkowały dwa psy, kilkanaścioro dzieci stało dookoła i przyglądało się wdzięcznej scenie.

„Ach, ta wiosna na Manhattanie” — pomyślał Chartris.

W tej chwili na jego biurku zadzwonił telefon.

Chartris zerknął do pokoju sekretarki przez otwarte drzwi swego gabinetu, ale jak zwykle, nie było jej nigdzie widać. Przypomniał sobie swą odpowiedź na pytanie jednego ze zwiedzających: „Ile osób pracuje w muzeum?” Odpowiedział wtedy, że jedna trzecia zatrudnionych. I była to prawda; jego sekretarka należała przeważnie do pozostałych dwóch trzecich personelu.

Nie czekając, aż wróci, podniósł słuchawkę.

— Słucham, planetarium — rzekł.

Marv? — rozległ się przerywany trzaskami głos po drugiej stronie linii. — Mówi Harry Hurtunian.

— Jak się masz, Harry! Co słychać w San Diego?

— Wszystko wspaniale. Przychodzi dużo ludzi. A u ciebie?

— Ledwo wychodzę na zero.

— Czy nie napadli cię ostatnio? Słyszałem, że Nowy Jork jest bardziej niebezpieczny przy dobrej pogodzie.

— Kiedy my tu mamy dobrą pogodę? — rzekł smutno Chartris.

Hartunian zachichotał.

— Słuchaj, Marv, czy nie masz jakichś informacji o wzmożonej aktywności słońca? O flarach, protuberancjach? Chciałem się dowiedzieć w obserwatorium w Kitt Peak, co się dzieje, ale nie powiedzieli mi ani słowa.

— To ty też?

— Co ja też? O co ci chodzi?

Chartris zaczął się wiercić na swym krześle, jak przedwcześnie rozwinięty uczeń, którego ignoruje nauczyciel.

— Od ostatniego wtorku dostaję takie telefony, jak twój, z całego kraju — rzekł wyjaśniająco. — Wszyscy widzą zorzę polarną.

— Aha. Tu było wczoraj wieczorem wielkie widowisko.

— O ile mi wiadomo, słońce nie przejawia teraz wzmożonej aktywności — ciągnął Chartris. — Pytałem o to w Kitt Peak, w Instytucie Smithsona. Pytałem nawet kilku kolegów z NASA. Nie ma żadnych flar. Nawet plamy słoneczne są w tej chwili bardzo nieliczne.

— W takim razie, co, u diabła, spowodowało wczorajszą zorzę? Na naszej szerokości nie widuje się normalnie zorzy polarnej.

— Zabij mnie, jeśli wiem — wyznał Chartris drapiąc się po głowie. — Ale naprawdę nie jesteście tam w San Diego jedynymi, którzy to ostatnio widzieli. W Denver, w Salt Lakę City, nawet w Las Vegas też były w zeszłym tygodniu takie przedstawienia.