Выбрать главу

— A w Nowym Jorku nie było?

— Chyba żartujesz. My się tu cieszymy, gdy możemy czasem zobaczyć Księżyc w pełni.

Hartunian nie roześmiał się.

— Co to wszystko znaczy, Marv? — spytał. — Masz jakieś wyjaśnienie?

— Nie mam. Cokolwiek by to nie było, jest czymś bardzo niezwykłym — Niezwykłym? To jest przerażające!

Sala konferencyjna w ośrodku komputerowym była za mała, aby pomieścić wszystkich zaangażowanych w projekt „Jupiter”, i Ramsey McDermott bardzo się z tego cieszył. Chciał konferować tylko z ludźmi znaczącymi, nie z pętakami.

— Robole powinni się zajmować pracą — mruczał sobie pod nosem, przemierzając kilka metrów, jakie dzieliły jego gabinet od sali konferencyjnej.

McDermott przeznaczył na swe biuro największe pomieszczenie, jakie znajdowało się na parterze budynku komputera. Na całej wyspie nie było bardziej imponującego i wygodnego biura, z wyjątkiem być może gabinetu kapitana Marynarki, dowodzącego miejscowym personelem wojskowym. Biuro kapitana Youngblooda — aczkolwiek większe od jego — mieściło się jednak w starym budynku administracji z jego nieszczelnymi klimatyzatorami okiennymi i niedalekim pasem startowym lotniska. Pokój komandora porucznika Tuttle’a sąsiadował z biurem kapitana.

Natomiast McDermott korzystał w swym biurze z centralnej klimatyzacji i miał mało uciążliwe sąsiedztwo centralnego komputera. Jednym słowem, biuro McDermotta w pełni odpowiadało jego stanowisku dyrektora projektu i jego pozycji cenionego naukowca, który kontaktuje się bezpośrednio z Białym Domem i który — o ile wszystko pójdzie dobrze — ma wszelkie szansę dostać nagrodę Nobla.

McDermott zwykł się nieco spóźniać na swe cotygodniowe narady z szefami różnych grup, gdyż chciał być pewny, że gdy się zjawi, wszyscy będą już obecni: Zworkin i dwaj jego najbardziej zaufani doradcy, plus lingwista Markow, reprezentujący NATO Cavendish, trzech zmieniających się osobników z Narodów Zjednoczonych, trzech Chińczyków, którzy jeszcze nie wypowiedzieli słowa na żadnej z poprzednich konferencji, reprezentant Watykanu — Reynaud oraz Thompson, reprezentujący grupę samego McDermotta ze Stanów Zjednoczonych, wraz z dwoma swym współpracownikami.

Jednym z nich był Stoner.

Na widok tego ostatniego twarz McDermotta nachmurzyła się — ten człowiek przysparzał mu od początku samych kłopotów. Bez przerwy nalegał na wysłanie misji załogowej i spotkanie w kosmosie ze zbliżającym się statkiem.

„Chce przejąć ode mnie kierownictwo projektu — wmawiał sobie McDermott. — Ale na darmo się trudzi, bo tego celu nigdy nie osiągnie. Mam jego dziewczynę i jestem szefem całego interesu… I mam zamiar pozostać na górze. W obu aspektach.”

Zaśmiał się w duchu, wchodząc do sali i szybko podszedł do poczesnego miejsca przy stole obrad. Następnie wyjął z różnych kieszeni garnituru fajkę, zapalniczkę, tytoń, rozwiertak do fajki i parę wyciorów. Rozłożył je przed sobą na stole i dopiero wtedy usiadł, odpowiadając lekkim skinieniem głowy na pozdrowienia przybyłych. Był jedynym uczestnikiem narady ubranym w garnitur czy choćby marynarkę. Wszyscy pozostali byli rozchełstani, jak łazęgi, które włóczą się po plaży. Nawet Rosjanie mieli na sobie koszule z krótkimi rękawami.

„Dlatego teraz siedzę na tym miejscu — pomyślał, zlustrowawszy przybyłych krytycznym spojrzeniem. — Potrafię zachować godność.”

Powiódł wzrokiem po sali.

— Gdzie jest doktor Reynaud? — zapytał.

Nikt nie wydawał się wiedzieć.

McDermott spiorunował wzrokiem swoją sekretarkę, cywilną pracowniczkę Marynarki, kobietę już po czterdziestce, siedzącą przy rogu stołu, po jego lewej stronie, z magnetofonem gotowym do użycia.

— Wiedział, że się mamy spotkać — rzekła usprawiedliwiająco.

— Proszę zadzwonić do jego mieszkania — nakazał. — I znaleźć go. — Odwrócił od niej głowę i powiódłszy znów wzrokiem po zebranych, rzekł: — Będziemy musieli zacząć bez niego.

Sekretarka włączyła magnetofon i pośpiesznie wyszła z sali.

— A więc, jak stoimy z badaniami? — spytał basowo McDermott.

Pozostali uczestnicy narady spojrzeli po sobie, zastanawiając się, kto winien odezwać się pierwszy. Wreszcie Markow pociągając się nerwowo za brodę, rzekł:

— Dziś rano rozpoczęliśmy nadawanie różnego rodzaju sygnałów w stronę statku…

— Tak — przejął pałeczkę Zworkin. — Mam przeźrocze, które pokazuje jakie to były sygnały i na jakich częstotliwościach zostały nadane. — Nacisnął guzik zainstalowany z boku stołu, przy swym krześle i na ekranie projekcyjnym w tyle sali pojawiła się lista pełna liczb i symboli.

— Nie było jeszcze odpowiedzi — rzekł McDermott.

— Jeszcze nie — odparł Zworkin. — Ale upłynęło dopiero kilka godzin.

— Niedługo będziemy tu mieli system laserowy z Maui — odezwał się Jeff Thompson.

— Jaka to częstotliwość?

— W zakresie podczerwieni… Długość fali: jeden i sześć dziesiątych mikrona.

— A więc to nie jest laser na dwutlenek węgla.

— Nie. Neodymowy.

— A czy nie moglibyśmy użyć lasera, oprócz tego, że stosujemy go do porozumiewania się z tym statkiem, również jako radaru? — spytał Stoner.

— To by nam pozwoliło uzyskać bardzo dokładne dane na temat kształtu i rozmiarów tego obiektu.

— Potrzebny byłby system do odbioru sygnałów laserowych — odparł Thompson.

— A to wymaga czasu i pieniędzy — dodał McDermott.

— Ale przecież oni mają na Maui system do odbioru takich sygnałów, prawda, Jeff? — przypomniał Thompsonowi Stoner. — Używają tego lasera do śledzenia satelitów.

„Urodzony siewca zamętu” — powtarzał sobie w duchu McDermott. Głośno jednak powiedział:

— Otrzymujemy dobre dane na temat kształtu i rozmiarów tego obiektu z odbić radarowych, prawda?

Thompson zerknął na Zworkina, który siedział naprzeciw niego po drugiej stronie stołu.

— Niech pan mówi — rzekł Rosjanin i zrobił zachęcający gest obiema rękami.

Płowowłosy Thompson odsunął nieco swe krzesło od stołu i nacisną guzik projektora.

— Tak, jak powiedział Keith — zaczął — używamy częstotliwości łącznościowych również w roli radaru: odbieramy potem odbite od statku echo. Wyniki, jakie dotąd otrzymaliśmy są… dość zagadkowe.

Na ekranie pojawiło się nowe przeźrocze. Przedstawiało owalny, zbliżony kształtem do jajka obiekt. W jego środku znajdował się inny owal, ale bardzo wydłużony, przypominający grube cygaro.

— Co to, u diabła, jest? — mruknął McDermott.

— Nasz gość z kosmosu — odparł Thompson. — Na niskich częstotliwościach obiekt wygląda jak rozmyte, dość nieregularne jajko. Pewne dane przemawiają za tym, że ten kształt pulsuje, ale może to być wina aparatury. Właśnie to sprawdzamy. W każdym razie, te pulsacje, jeśli istotnie występują, nie mają regularnego przebiegu. Wydaje mi się, że to raczej muszą być jakieś szumy naszej aparatury.

— Ale obiekt jest rozmyty, a nie stały — odezwał się Cavendish.

— Oczywiście.

— Coś, jak obłok plazmy — rzekł McDermott.

— To jest obłok plazmy — skorygował go Thompson. — Zjonizowany gaz, który odbija fale radiowe o niskiej częstotliwości.

— Jak duży jest ten obłok?

— Och, około stu, stu dwudziestu metrów średnicy. Mniej więcej tak długi jak boisko rugby.