Nagły skurcz strachu ścisnął mi żołądek. Spojrzałem na miejsce, gdzie gipsowa płyta łączyła się z podłogą. Jakiś brązowy pająk czmychnął za puszkę z farbą.
Słoik pełen zakrętek od butelek.
Porysowany kij hokejowy z ledwie widocznym logo San Jose Sharks.
Prawie rozwalona piłka baseballowa.
Jakieś stare książki. Biografia Edwarda R. Murrowa. Historia zimnej wojny. Stanley Karnow, Wietnam. John Hersey, Hiroszima.
Pewnie Wrena.
Gipsowy kurz pokrywał zdjęcie chmury w kształcie grzyba. Kiedy odsunąłem książki na bok, odkryłem dużą, nieregularną dziurę w ścianie. Taką dziurę można zrobić tylko czymś ciężkim,
pomyślałem, próbując sobie wyobrazić metalowy przedmiot w ręce hydraulika. Ten przedmiot, którym na koniec przywalił mi w głowę.
Zajrzałem do dziury, ale zobaczyłem tylko gips i podarte brzegi gazetowej izolacji.
Chodząc dalej po piwnicy, na coś nadepnąłem.
Coś małego i plastikowego.
Schyliłem się i podniosłem to. Zaatakował mnie silny zapach pleśni.
Obudowa gniazdka telefonicznego. W dziurce dyndała jeszcze śrubka.
Skąd się tutaj wzięła?
Stamtąd, z dołu ściany.
Gniazdko było otwarte, a czerwone i żółte druciki odłączone od swoich śrubek sterczały jak zesztywniałe palce nieboszczyka.
Zbliżyłem obudowę do zwisającej samotnie z sufitu gołej żarówki. Gniazdko było zdecydowanie nieużywane – na dole nie było telefonu. Obudowa mogła tu leżeć od zawsze, nawet od lat.
Nie była zakurzona.
No dobrze, nie mogła tu leżeć od lat.
ROZDZIAŁ 10
Tym razem pani Flaherty była bardziej nieufna.
– Czego pan znowu chce? – zapytała.
– Prowadzę śledztwo w sprawie wypadku – powiedziałem.
– Śledztwo?
– Tak jest. Zastanawia mnie to, co mi wtedy powiedziano.
– Kto powiedział? Nie rozumiem.
– Ten drugi kierowca. Uważam, że przebieg wydarzeń nie był taki, jak wynika to z jego opisu.
– Uważa pan, że on kłamie?
– Może jest zdezorientowany. Albo uważa, że to była jego wina, więc trochę zmyśla.
– Powiedzieli mi, że Dennis zjechał na lewy pas.
– Tak. Tak powiedział ten drugi kierowca.
Nie. Drugi kierowca powiedział, że Dennisa zniosło na lewy pas.
Nagle zrozumiałem.
Jego depresja, problemy z alkoholem… Pani Flaherty zapewne uważała, że Dennis umyślnie zjechał pod prąd w samobójczym pędzie.
– Nie wierzy mu pan? Temu drugiemu kierowcy, jak on się nazywa? Earl? – spytała.
– Ed. Ed Crannell.
– Nie wierzy mu pan?
– Może nie.
– To bez różnicy, prawda? – powiedziała miękko. – Mój syn nie żyje.
Usłyszałem coś, co zabrzmiało jak szloch.
Czekałem. Była ósma trzydzieści dwie. Norma jeszcze nie przyszła. Redakcja „Littleton Journal” mieściła się za zwykłą witryną sklepową wciśniętą pomiędzy Chińszczyznę na Wynos Foo Yanga a Broń i Amunicję Teda, gdzie przy zakupie rewolweru dostawało się gratis tarczę z podobizną Michaela Moore'a.
– Czy mogłaby pani opisać Dennisa?
– Co?
– Czy może pani opisać swojego syna?
– Dlaczego?
– Jakiej rasy był Dennis?
– Rasy?
– Był biały, prawda?
– O co tu chodzi? – spytała.
– O nic. Po prostu próbuję…
– Co?
– Wyjaśniam tylko pewne rzeczy.
– Na policji powiedzieli, że to był Dennis. Pochowałam go.
– Oczywiście, metr siedemdziesiąt pięć, brunet, oczy zielone. Czy tak wyglądał pani syn?
– Dlaczego pan pyta, czy był czarny?
– Nieważne, ja nawet…
– Myśli pan, że to nie on?
– Nie…
– To właśnie chce pan powiedzieć? Uważa pan, że to mógł być ktoś inny. Czarnoskóry. Był cały spalony… na czarno. – Już nie pytała, stwierdzała. Nadzieja napełniła jej głos gwałtownym zapałem osoby prawdziwie wierzącej.
Oczywiście powinienem był ją ostudzić. Od razu. Powinienem był powiedzieć, że nie do tego zmierzam, nie, potrzebuję opisu jego wyglądu, bo wymaga tego dziennikarska rzetelność.
Może nie miałem prawa używać terminu „dziennikarska rzetelność”. Musiałem za to zmierzyć się z jej drżącym głosem. Z ekscytującą chęcią przełknięcia czegoś. Słyszałem już kiedyś ten kuszący dźwięk – przy redakcyjnym stole, gdy na spotkaniach podsumowujących, wśród słodkiego podniecenia popleczników, przedstawiałem tematy do akceptacji.
Proszę o zrozumienie i wybaczenie. To było jak wydychanie dymu w twarz nałogowego palacza.
– Przypuśćmy po prostu – powiedziałem do pani Flaherty – że ktoś okradł Dennisa. Ktoś mógł ukraść jego samochód i portfel. Ciało nie nadawało się do identyfikacji. Chcę się po prostu upewnić.
– Tak… tak, oczywiście – powiedziała. – Dennis miał ciemne włosy, zielone oczy, tak jak pan powiedział. Miał małą bliznę na prawym policzku. Spadł z drabinek na placu zabaw, kiedy miał 5 lat. To możliwe… panie…
– Valle. Tom Valle.
– To możliwe, że oni się mylą. Prawda? Że to nie był on. Że to był ktoś inny.
Zanotowała mój adres.
Powiedziała, że prześle mi zdjęcie Dennisa.
Wyrzuciła z siebie kilka szczegółów na temat smutnej parodii jego małżeństwa i podała mi numer telefonu jego byłej żony.
Powiedziała, że Dennis zdobył pięć sprawności, kiedy był skautem.
Z trudem udało mi się odłożyć słuchawkę.
Przyszedł Hinch i zapytał, nad czym pracuję.
Był grubokościstym, szerokim w barach facetem, a jego bujne kształty rozrastały się ostatnio na południe, w kierunku
brzucha. Czasem pojawiał się z uczepionym podbródka kilkudniowym zarostem. Podejrzewałem, że Miss Azalia nie miewa się najlepiej.
– Nad kontynuacją historii o wypadku.
– Tego na czterdziestcepiątce? Stare dzieje, co?
– Jest parę rzeczy, które próbuję uporządkować.
– Na przykład? – Hinch przemieszczał się w kierunku ekspresu do kawy, który wspaniałomyślnie włączyłem. Zwykle było to zajęcie Normy.
– Na przykład brak ostatecznej identyfikacji. Poza portfelem tego człowieka.
– To znaczy?
– Nie wiem dokładnie, co to znaczy. Ale lekarz sądowy uważał…
– Kto taki?
– Doktor Futillo. Był przekonany…
– Doktor Futillo? – prychnął Hinch. – On nie jest lekarzem sądowym. Co o nim właściwie wiesz? – Jako właściciel, redaktor naczelny i jedyny felietonista „Littleton Journal” Hinch postawił sobie za cel wiedzieć niemal wszystko o wszystkich w mieście.
– Nieźle gra w kręgle.
– Nieźle mu też idzie przepisywanie oxycontinu pacjentom, którzy tak naprawdę go nie potrzebują. Powiedzmy, że przeniósł się tutaj w podejrzanych okolicznościach. Nie wierzyłbym we wszystko, co mówi doktor Futillo. Szczególnie w dziedzinie medycyny sądowej.
Pomyślałem, że Hinch do czegoś zmierza. Na przykład do tego, że w podejrzanych okolicznościach przeniosła się do Littleton jeszcze jedna osoba i ona również nie jest godna zaufania.
Szeryf Swenson miał rację. Hinch był spokrewniony z moją kuratorką sądową, która na naszym ostatnim spotkaniu zapytała mnie, co chcę zrobić ze swoim życiem, teraz kiedy żadna