Miałem mu właśnie podać zasadę, którą każdy prawdziwy dziennikarz powinien znać na pamięć: że zakładając cokolwiek, robisz z siebie dupka, ze mnie zresztą też. Że przyjęliśmy za pewnik, że Littleton Flats było zwykłym miasteczkiem pełnym pracowników tamy, i że się myliliśmy. Że może powinniśmy przestać cokolwiek zakładać.
Że tam była tylko tama.
Ale wtedy jakiś głośny dźwięk przebił ciszę.
Nate Skate też go usłyszał. Odwrócił się i instynktownie przykucnął.
– Co to, do diabła, było? – powiedział całkiem normalnie.
Pick-up, chciałem powiedzieć. Ten, o którego przed chwilą pytałem. Niebieski kolor mignął ulicą.
Ale na rękach miałem krew, jakbym zamierzał malować palcami.
A Nate patrzył na moje zakrwawione ręce zszokowany i zmartwiony, jak gdyby chciał zapytać: „nic ci nie jest?”. Widziałem, jak te słowa powstają w jego ustach.
To nie o mnie powinien się martwić.
Upadł na ziemię, wbijając w niebo dziwnie martwe spojrzenie.
W oddali usłyszałem krzyk Normy.
ROZDZIAŁ 34
Znaleźli pocisk wbity w gipsowo-kartonową płytę u Foo Yanga. Kula przeszła na wylot przez klatkę piersiową Nate'a, mijając trzynastoletnią córkę Foo Yanga zaledwie o jakieś piętnaście centymetrów.
Nate nie zginął. Nie było z nim tak źle, jak na to wyglądało.
Tyle krwi.
Przewieziono go do szpitala, gdzie zatamowano krwawienie, zaszyto go, przeprowadzono dwie transfuzje i pozostawiono, żeby wypoczął na oddziale intensywnej terapii.
„Nic mu nie będzie”, poinformował nas – Normę, Hincha i mnie – lekarz Indianin o nazwisku Plith.
Kiedy przywieźli Nate'a, Hinch wciąż czuwał na oddziale onkologicznym. Wydawał się najbardziej opanowany z nas trojga – ranny praktykant z pewnością nie mógł być źródłem tak silnych doznań emocjonalnych jak umierająca żona.
Jakimś sposobem zdecydowano, że to właśnie ja zadzwonię do rozwiedzionej matki Nate'a, mieszkającej w Rancho Mirage, i przekażę jej wieści. Postanowiłem zacząć od informacji o optymistycznych rokowaniach, stopniowo przechodząc do
samej strzelaniny.
Ledwo zapisała nazwę szpitala – zamierzała wyruszyć zaraz po odłożeniu słuchawki – zapytała mnie, kto, na Boga, mógłby chcieć zastrzelić jej syna.
– Nie wiem – skłamałem.
Spędziłem trochę wolnego czasu, dyskutując z szeryfem Swensonem na ten właśnie temat.
Tym razem potraktował mnie jak wiarygodnego świadka, a nie słynnego kłamcę. Zanotował moją relację: krążący po okolicy niebieski pick-up, okropny dźwięk, jakby pękła opona, Nate upadający na ziemię.
Nadeszła pora, żeby powiedzieć szeryfowi o Santa Monica – o wszystkim. Ktoś został postrzelony.
Zacząłem od Sama Savage'a i strony internetowej oraz hydraulika, który tamtego ranka był na drodze numer czterdzieści pięć.
– Aktor? – zapytał.
Popatrzył na mnie ze zrozumiałym niedowierzaniem.
– Tak – powiedziałem. – Hydraulik już nie tylko włamuje się do domów. Wynajmuje bezrobotnych aktorów do reality show na drodze numer czterdzieści pięć. I pali ludzi.
Wtedy powiedziałem mu, kto według mnie został spalony.
Benjy Washington.
I wtedy właśnie zaszkliły mu się oczy. I przybrał ten wyraz twarzy.
– Hę?
Powiedziałem mu o kartce włożonej do ramki ze zdjęciem Belindy Washington.
– Ten chłopiec, który zginął w powodzi? O nim mówisz? O nieżyjącym dziecku?
– On nie jest już dzieckiem. I myślę, że wtedy nie zginął. Dzwonił do jednego z twoich ludzi, pamiętasz?
– Jezu, Lucas… to był kit.
– Doktor Futillo powiedział, że to było ciało czarnego. Cały ten wypadek był wyreżyserowany.
Swenson westchnął i pokręcił głową.
– Rozumiem. Dobrze, zapytam z czystej ciekawości: dlaczego? Dlaczego został wyreżyserowany?
– Jeszcze nie wiem. Myślę, że to ma coś wspólnego w miasteczkiem. Z Littleton Flats.
– Littleton Flats. Jasne. Wstał, zamknął notes.
– Czy masz numer telefonu tego aktora, Lucas?
Byłem nadal w szpitalu, kiedy pojawiła się mama Nate'a.
Dr Plith kazał nam iść do domu – Nate miał teraz spać przez wiele godzin, ale czułem się odpowiedzialny za to, że tutaj trafił. Gonisz, szepnął do mnie hydraulik tamtego dnia w piwnicy, a pocisk trafił Nate'a. Jakie jest modne powiedzonko rządu w ostatnim czasie? Straty wśród ludności cywilnej. Zredukowanie morderstwa do terminu bardziej odpowiedniego dla zniszczenia mienia, tak by lepiej smakował publiczności, którą wizyty w multipleksach przyzwyczaiły do regularnej porcji krwi.
Mama Nate'a wyglądała, jakby biegła całą drogę z Rancho Mirage. Była czerwona i spocona, sprawiała wrażenie, że sama potrzebuje opieki medycznej.
Usłyszałem, jak z trudem łapiąc powietrze, pyta główną pielęgniarkę o syna – Nathaniela Cohena. Ledwie była w stanie wymówić jego nazwisko.
– Pani Cohen – podszedłem do niej. – Jestem Tom Valle z gazety. Bardzo mi przykro.
Musiała uznać moje słowa za pełne troski wyrazy współczucia współpracownika, a nie przyznanie się do winy osoby, za sprawą której jej syn znalazł się na czyimś celowniku.
Dlaczego nie weszliśmy do środka, kiedy zobaczyłem tego krążącego pick-upa?
Podeszła do mnie jak w zwolnionym tempie, a potem prawie padła w moje ramiona. Próbowałem niezręcznie ją objąć, ale wypadło to trochę tak, jakbym się o coś opierał. Wszystko przez tę dziwną skłonność, która każe ludziom w chwili smutku szukać pociechy u obcych.
W końcu się odsunęła, próbując się pozbierać, jakby zgarniała z podłogi rozsypane emocje i odkładała je z powrotem na swoje miejsce.
– Przepraszam… – powiedziała. – To takie… o Boże…
– Proszę się nie martwić – powiedziałem świadomy nieprzyjemnej mokrej plamy, którą zostawiła na mojej piersi. – To musi być okropne, usłyszeć coś takiego. W dodatku przez telefon. Na szczęście doktor Plith mówi…
– Doktor Plith? – powtórzyła. – Co to właściwie jest za nazwisko? Czy to dobry lekarz? O nikim tutaj nic nie wiem.
– Chyba jest Indianinem. Sprawia wrażenie bardzo kompetentnego.
– No dobrze. W porządku. – Zakryła twarz rękami i trzymała je tak przez chwilę, mamrocząc coś, jak gdyby się modliła.
– Lekarz mówi, że Nate wyzdrowieje. Miał dużo szczęścia, pocisk przeszedł przez klatkę piersiową, mijając główne tętnice.
Kiwała głową przez dłuższą chwilę, spijając te wiadomości dużymi łykami jak człowiek spragniony.
– Czy mogę go zobaczyć?
– Nie wiem. Chyba wciąż jest nieprzytomny. Musi pani zapytać lekarza. Oczywiście jest pani matką, więc może…
Zanim skończyłem, wybiegła na widok zieleni pierwszego zauważonego fartucha, którego właścicielką była pielęgniarka z izby przyjęć wioząca na wózku kolejnego pacjenta oddziału intensywnej terapii.
Czekałem.
Na małym drewnianym stoliku leżały jakieś czasopisma. Ostatni „Time”, prastary numer „People” bez połowy okładki z nowożeńcami Bradem Pittem i Jennifer Aniston, z których została tylko Jennifer dziwnie wyciągająca w przestrzeń lewą rękę. Ktoś najwyraźniej chciał być dobrze zrozumiany. Przejrzałem pisemko, właściwie go nie czytając.
Byłem zajęty czymś innym.
Przesuwaniem ołówka od jednej kropki do drugiej.
„Powiedziałbym, że nasz nieboszczyk był czarny”.
„To było po prostu trochę dziwne – w tym samym czasie… Ktoś zadzwonił do jednego z moich ludzi…”
„Samochód już się palił. Powiedział, że jest pusty”.
„Chętnych do udziału w niekonwencjonalnych przedsięwzięciach”.
„Dziesięć trafień. Dziesięć cholernych trafień”.