Выбрать главу

To jest kontur. A teraz popatrzmy i spróbujmy zgadnąć, co przedstawia.

Proszę bardzo.

„Co rysujesz?”, pytała mnie ładna kelnerka, która zawsze dawała Jimmy'emu i mnie kilka dodatkowych naleśników. Która czasami mierzwiła mi włosy i opierała się o stół tak, że czuło się jej perfumy – jak zgniecione kwiaty, które moja mama wkładała pomiędzy stronice książek.

– Wieloryba – mówiłem. – Ośmiornicę. Słonia.

Śmiała się.

– Słoń tutaj, w restauracji, kurczę, lepiej zadzwonię do zoo.

Ja też się uśmiechałem, czując, że się czerwienię. Byłem w to wszystko zamieszany, w rzeczywistości nie mając o niczym pojęcia.

Trudno powiedzieć, co rozumie małe dziecko, a czego nie – czyż nie tego właśnie dowiedziała się Bailey Kindlon?

Czy to było moje pierwsze kłamstwo?

Że była tylko kelnerką, która nas polubiła, która spośród wszystkich dzieci w restauracji właśnie do nas postanowiła skierować swoje wyjątkowe uśmiechy?

Dlaczego moja mama nigdy nie poszła z nami na śniadanie do Acropolis Diner?

A może poszła – raz?

Gdybym spróbował, mógłbym sobie przypomnieć.

Siedzieliśmy całą czwórką w czerwonym boksie – jedna nieszczęśliwa rodzina – tylko że nie byliśmy jeszcze wtedy tak nieszczęśliwi, jak mieliśmy być potem. Ale czy nie czuło się chłodu, kiedy mama oddała swoje menu kelnerce, która przyjmowała nasze zamówienie – tej kelnerce, która pytała mnie, co rysuję, jakie fantastyczne zwierzę wyczaruję tym razem? Nie rozumiałem, dlaczego mama się do niej nie uśmiecha, nie modli się przed ołtarzem jej blasku jak my – Jimmy, tata i ja.

Pamiętam jeszcze coś.

Pamiętam, jak mama zawołała ją opryskliwie, tę kelnerkę

– Lillian, jak mówiła jej tabliczka z imieniem, jak kwiat, lilia – kiedy pojawiły się już moje naleśniki i zdążyłem wylać na nie pół butelki syropu klonowego. Mama nagle odsunęła mój talerz, wyszarpując mi go, i zawołała kelnerkę.

– Te naleśniki są zimne! Podajecie klientom zimne jedzenie! To skandal, słyszy pani? Skandal! Zachowuje się pani skandalicznie!

I zrobiła to, czego mamy robić nie powinny, chyba że dostaną kwiaty albo oglądają coś smutnego w telewizji.

Rozpłakała się.

Wielkie łzy stoczyły się po jej policzkach, a w restauracji zrobiło się bardzo cicho, jak gdyby wszystkie szafy grające nagle umilkły. Wtedy nauczyłem się, że człowiek nie może jednak umrzeć ze wstydu.

Potem przychodziliśmy już tylko Jimmy, tata i ja.

Każdej niedzieli, we trójkę.

Dopóki nie odszedł.

A jeśli wiedziałem, że nie byliśmy tylko we trójkę, jeśli wiedziałem, że było nas trzy osoby plus jedna, nigdy nie powiedziałem tego głośno.

Nawet wtedy, kiedy byliśmy już tylko we dwóch.

Usłyszałem, jak otwierają się drzwi prowadzące na oddział, i poczułem zapach krwi i alkoholu.

Wyszedł stamtąd chirurg zamaszystym, pewnym krokiem wszechmocnego, który musi dokonać jeszcze kilku cudów. Zdjął maskę i wytarł nią pot pokrywający jego brwi.

To mi o czymś przypomniało.

O tej jeszcze jednej rzeczy, która wymagała sprawdzenia -tej, która tkwiła na obrzeżach mojej świadomości i trzeba było ściągnąć ją z powrotem. O tej rzeczy, którą próbowałem sobie przypomnieć, kiedy Nate klepnął mnie w ramię i powiedział: te nagrody naukowe. Wiem dlaczego.

No jasne.

ROZDZIAŁ 35

– Oto moje notatki – powiedziałem. – W czym problem?

Siedziałem w pokoju, na którego drzwiach za pomocą szablonu namalowano słowo „Redakcja”. Opierał się o biurko i wyglądał, jakby prawie na nim spał. Nie miał worków pod oczami, tylko wypchane po brzegi wielkie walizy.

– W lekarzu, który podłożył bombę pod klinikę aborcyjną -powiedział. – Napisałeś, że odbył staż z pediatrii w szpitalu St. Alban's, w Mizzolou w Missouri. Tak jest napisane w twoim artykule.

– Tak? – Zachowuj się spokojnie, powtarzałem sobie, bądź nawet trochę urażony.

– Zadzwonił właśnie rzecznik z St. Alban's. Pomimo oczywistej chęci odcięcia się od religijnego fanatyka i przypuszczalnego mordercy przysiągł na stos prezbiteriańskich Biblii, że nie przyjmują stażystów z pediatrii, a z całą pewnością nie przyjmowali ich w latach, o których wspomniałeś. Więc mamy tutaj wyraźny problem.

– Nie przypominam sobie, żebym napisał, w jakich latach odbywał staż.

Dobrze, tylko ślad zniecierpliwienia, jakby zawracając mi głowę tymi drobnymi niespójnościami, przeszkadzał mi w

prawdziwej pracy, to znaczy w pisaniu następnego artykułu.

– Wiem, że nie napisałeś, Tom. Ale podałeś jego wiek – 43 lata. Co dość dokładnie mówi o tym, kiedy odbyt staż – plus minus rok.

– W porządku, może zostanie lekarzem zajęło mu trochę więcej czasu. Przykro mi, nie poinformował mnie, kiedy był na stażu. Doceniłem fakt, że powiedział, gdzie go odbył. Myślę, że było to potknięcie z jego strony, bo rozmowa miała być anonimowa. – Zaciskał zęby na rozprostowanym spinaczu do papieru, prawie przegryzionym już na pół. – Właściwie, skoro już o tym rozmawiamy, przychodzi mi do głowy, że mógł mi przecież powiedzieć, że odbył staż w St. Alban's dla zmylenia tropu. Chyba powinienem był tę informację opuścić.

– Masz swoje notatki, Tom?

– Proszę.

– Dobrze.

Pochyliłem się i położyłem je na biurku, otwierając notes na drugiej stronie.

– Tutaj – powiedziałem, wskazując nazwę szpitala. – Tak mi powiedział. Staż w St. Alban's. Może powinienem był go przycisnąć w tej kwestii, ale wtedy wstrzymywałem oddech zadowolony, że powiedział mi chociaż tyle.

Wpatrywał się w moje notatki, przesuwając pałce po atramencie jak niewidomy czytający Braille'a.

– Kiedy z nim rozmawiałeś, Tom?

– Zobaczmy… piątego marca. – Pokazałem datę, którą nagryzmoliłem u góry strony po przeprowadzeniu w myślach wywiadu z wyimaginowanym lekarzem: Tom Valle, spotkanie z doktorem Anonimowym, zamieniając swój wymyślony artykuł w skrupulatnie uporządkowane notatki zdolne oprzeć się tłumom podstępnych niedowiarków, gwiazdom palestry i coraz bardziej podejrzliwym redaktorom.

– To dziwne, Tom.

– Dlaczego?

– Piąty marca. Piątego marca byłeś na Florydzie. Pamiętam, ponieważ poprzedniego dnia skończyłem pięćdziesiąt pięć lat i zadzwoniłeś do mnie z życzeniami. Byłeś wtedy w Boca Raton w związku z tekstem poświęconym emerytom. To było piątego marca, Tom, jestem tego pewien. A wspominałeś przecież, że rozmawiałeś z tym lekarzem w Michigan.

– Zaraz… o co ty mnie pytasz?

– Pytam, kiedy rozmawiałeś z lekarzem. Mam tutaj rzecznika z St. Alban's grożącego nam procesem i muszę znać fakty. Więc jeszcze raz… Kiedy rozmawiałeś z tym lekarzem?

– Niech zobaczę, to była więcej niż jedna rozmowa. Rozmawiałem z nim przez telefon, a potem spotkaliśmy się osobiście w Michigan.

– Powiedziałeś, że spotkałeś się z nim na pustkowiu, w ruinach jakiegoś przygranicznego miasta, które się spalilo. Pojechałeś tam, a on przyjechał swoim samochodem, tak?

– Tak. Zgadza się. Możliwe, że… tak, to są widocznie notatki z naszej rozmowy telefonicznej. Tak, przypominam sobie, tak to chyba było. Widocznie zadzwoniłem do niego z Florydy.