Выбрать главу

– Kto to jest Tom Valle? – zapytał, mimo że stałem dokładnie naprzeciwko niego.

– Rozmawialiśmy przez telefon – powiedziałem. – Pamiętasz, Dennis? Jestem dziennikarzem.

– Hę?

– Dzwoniłem w sprawie twojego portfela.

– Hę?

– Ciągle jeszcze jest trochę nieprzytomny – powiedziała pani Flaherty. – Prawda, Dennis?

– Uhm – mruknął. – To jeszcze raz, jak się pan nazywa?

– Tom. Tom Valle. Chciałbym zapytać cię o parę rzeczy.

– O co?

– O to, gdzie mogłeś zgubić swój portfel albo kto mógł go znaleźć.

– Mój portfel?

– Ten, który ktoś ci zabrał i który znaleziono przy zwłokach w samochodzie.

Dennis ciągle przecierał oczy, jednocześnie przechylając się na jedną stronę, jak gdyby stał na pokładzie tonącego statku.

– Zdarzył się wypadek, Dennis. Samochód się zapalił, a człowiek, który był w środku, miał przy sobie twój portfel, dlatego wszyscy myśleli, że nie żyjesz, twoja mama też tak myślała. Pamiętasz?

Pani Flaherty wyciągnęła rękę i pogłaskała Dennisa po ramieniu, jakby chcąc się upewnić, że rzeczywiście jest tuż obok, a nie dwa metry pod ziemią.

– Mój portfel, hm?

To było jak rozmowa ze staruszkiem, na przykład z ojcem Anny. Z kimś, komu pomieszało się w głowie.

– Zaczekaj chwilę, zaraz zaproszę cię do środka – powiedziała pani Flaherty.

Wróciła do przyczepy, skąd zaczął dobiegać stukot przesuwanych z miejsca na miejsce przedmiotów. Dennis nadal stał w drzwiach, wpatrując się we mnie z wyrazem lekkiego zakłopotania na twarzy. Jakiś mężczyzna wyszedł z sąsiedniej przyczepy, kiwnął głową w kierunku Dennisa, a potem oparł się o pojemnik na śmieci i zapalił skręta.

– Mówiłeś, że nie miałeś swojego portfela w szpitalu. Czy jesteś tego pewien?

– W szpitalu?

– W szpitalu dla weteranów.

– Zwinąłem się stamtąd, człowieku.

– Nie wypisali cię oficjalnie?

– Zwinąłem się.

– W porządku, Dennis.

Pani Flaherty ponownie ukazała się w drzwiach przebrana w spódnicę odpowiednią dla osoby o dwadzieścia lat od niej młodszej.

– Wejdź, Tom – powiedziała.

Kiedy wszedłem do środka, zaatakował mnie ostry zapach środka czyszczącego – z tych tanich, których używają w szpitalach. Widocznie próbowała szybko ogarnąć wnętrze, żeby zrobić na mnie dobre wrażenie.

Niepotrzebnie zawracała sobie głowę. Nawet spece z programu „Dom nie do poznania” nie mogliby wiele tutaj zdziałać.

Pomieszczenie przypominało schronisko Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Ściany pokrywały żółte zacieki, brzęczała przedpotopowa lodówka. Zerwana do połowy siatka w drzwiach oddzielających kuchnię od sypialni zwisała z metalowej ramy. W kuchni znajdowało się coś w rodzaju stołu ze zniszczonym blatem.

– Usiądź, Tom – powiedziała.

– Dziękuję – odparłem. Było nieznośnie gorąco, żaden wentylator nie poruszał cuchnącego powietrza.

Dennis nie ruszył się z miejsca, odwrócił się tylko i wpatrywał we mnie niczym w kosmitę, który wpadł na śniadanie.

– Masz ochotę coś zjeść? – zapytała pani Flaherty, jak gdyby myślała o tym samym. – Musisz być głodny po podróży – dodała.

– Nie, dziękuję, zjadłem coś po drodze. – Nawet po tylu godzinach ciągle jeszcze miałem w ustach zjełczały posmak słodkiej pianki. Odwróciłem się do Dennisa. – Powiedziałeś, że zanim trafiłeś do szpitala, mieszkałeś na ulicy. Gdzie to było?

– Nieem.

– Musisz wiedzieć, w jakim to było mieście.

– Ummm… w Detroit. Chyba.

– W Detroit. Świetnie. W której części?

– Koło stadionu.

– Jakiego stadionu?

– Baseballowego.

– Koło Comerica Park? Tam, gdzie grają Detroit Tigers?

– Uhm.

– W porządku. Jak długo tam byłeś?

– Nieem.

– Rok? Dwa lata? Trzy?

– Nie jestem pewien.

– Jak udało ci się przeżyć? Co jadłeś?

– W Mariotcie.

– Jadłeś w hotelu?

– Z tyłu. Tam gdzie wyrzucali śmieci.

Pani Flaherty zasłoniła usta ręką, jak gdyby coś jej podeszło do gardła. Pewnie nie pytała Dennisa, jak mu się żyło na ulicy, i wolałaby tego nie wiedzieć.

– W porządku, Dennis. Miałeś wtedy swój portfel, w Detroit?

– Tak myślę. Czas na moją pigułkę, mamo.

– Wziąłeś już swoją pigułkę, Dennis.

– Nie wziąłem.

– Wziąłeś, synku, wziąłeś.

– Co on bierze? – zapytałem. – Lit?

Wzruszyła ramionami.

– No dobrze, Dennis. Wydaje ci się, że miałeś portfel, kiedy byłeś w Detroit, tak? Kiedy mieszkałeś koło Comerica Park.

Kolejne obojętne spojrzenie.

– Powiedzmy, że miałeś.

– Dobrze.

– Dokąd pojechałeś z Detroit? Zastanów się spokojnie.

– Może do Seattle. Chyba.

– Jak długo tam byłeś?

– Dużo padało.

– Tak. Jak długo tam byłeś, Dennis?

– Nieem. Dużo padało.

– Miałeś jeszcze swój portfel w Seattle?

– Tak.

– Skąd wiesz?

– Pokazałem go w biurze dla weteranów.

– Pamiętasz to, jesteś tego pewien? Pokazałeś portfel w Urzędzie do spraw Kombatantów w Seattle?

– Mamo, muszę wziąć pigułkę.

– Nie, Dennis, wziąłeś już pigułkę. Dałam ci ją rano – przypomniała mu pani Flaherty.

– Dobrze.

– Dennis – odezwałem się. – Dlaczego pokazywałeś portfel w urzędzie?

– Pokazałem im kartę kombatancką. Potrzebowałem pomocy.

– I umieścili cię w szpitalu w Seattle?

– Nie.

– Byłeś w szpitalu, Dennis.

– Tak.

– W Seattle.

– Nie. Mamo, muszę wziąć pigułkę. Czas na moją pigułkę.

– Dennis, posłuchaj. Twoja mama mówi, że dała ci już pigułkę.

– Dobrze.

– Gdzie był ten szpital?

– Nieem.

– To nie było w Seattle? Poszedłeś do Urzędu do spraw Kombatantów w Seattle. Tak powiedziałeś przed chwilą. Potrzebowałeś pomocy, tak właśnie powiedziałeś, zgadza się?

– Tak.

– Co się stało?

– Komputery nie działały. Padało.

– Nie pomogli ci w Seattle?

– Nie.

– No dobrze. Gdzie był ten szpital, Dennis? Robimy postępy, wiemy już, że miałeś portfel w Seattle. Wyjąłeś go i pokazałeś kartę kombatancką. To pamiętasz. Gdzie był ten szpital? Dokąd pojechałeś z Seattle?

Dennis słaniał się i kołysał z przymkniętymi oczami jak meloman, który zapomniał o całym świecie skupiony na dźwiękach ulubionej symfonii.

– Musi się zdrzemnąć – powiedziała pani Flaherty. – To leki.

– Czy możesz nie zasypiać jeszcze przez chwilę, Dennis?

– Jestem zmęczony.

– Wiem, że jesteś. Ale może udałoby ci się nie zasnąć jeszcze przez kilka minut? Potrzebna mi jest nazwa szpitala, w którym się leczyłeś.

– Jestem zmęczony, mamo, idę się zdrzemnąć – oświadczył.

– Dobrze, Dennis. – Pani Flaherty minęła mnie szybko i złapała go pod rękę, prowadząc jak niewidomego do tylnej części przyczepy. Jak gdyby miał dwa latka, a ona wciąż opowiadała mu bajki na dobranoc w środku popołudnia. Może to wszystko nie było aż takie smutne, na jakie wyglądało. Kobieta, która została sama, może z powodu śmierci, a może rozwodu, teraz odzyskała syna i znowu jest matką. Może lepszą niż kiedyś.

– Chyba powinieneś już iść – powiedziała pani Flaherty, kiedy wróciła.

– Jak długo zwykle trwa jego drzemka? – zapytałem.

– Wszystkie te pytania bardzo go zmęczyły. Nie jest do tego przyzwyczajony. Myślę, że powinieneś już iść, dobrze?