– Muszę się dowiedzieć, z jakiego szpitala uciekł. Może poczekam, aż się obudzi.
– A co to za różnica? Kogo to obchodzi z jakiego szpitala?
Usiadła przy kuchennym stole. Wyjrzała przez osłonięte siatką okno, zza którego dochodził ostry zapach chwastów.
– Napijesz się kawy? – zapytała. – Mam rozpuszczalną, ale dobrą.
Kiedy Dennis się obudził, poszliśmy się przejść po kempingu. W przyczepie było nieznośnie gorąco, a na zewnątrz tylko trochę chłodniej. Powietrze było jak wilgotny ręcznik.
Dennis powiedział, że brał udział w operacji Pustynna Burza i zatruł się oparami ropy.
– Saddam mnie zabił, człowieku.
– Zbadali cię?
– Hę?
– Czy ktoś cię zbadał pod kątem zatrucia chemikaliami?
– Nie sądzę. Nie mieli pojęcia.
Dennis mówił trochę składniej po swojej drzemce. Pani Flaherty powiedziała, że zdarzają mu się chwile przytomności i wtedy przypomina dawnego siebie.
– Czy możemy porozmawiać o szpitalu?
– Nie wiem.
– Chyba zgubiłeś tam portfel. Może ktoś go ukradł.
– Możliwe. Pewnie ten sukinsyn z piechoty.
– Kto to był?
– Był stuknięty – powiedział Dennis, jak gdyby sam był okazem zdrowia psychicznego. – Ci goście z piechoty to są jacyś obłąkani popaprańcy.
– Dlaczego myślisz, że to był on?
– Nie wiem. Jego żona zrobiła niezłą dywersję, kiedy był za granicą. Załatwiła dzieci z osiemdziesiątki szóstki.
– Zabiła jego dzieci?
– Właśnie. Zakopała je gdzieś przy międzystanowej osiemdziesiątce. A potem strzeliła sobie w pieprzoną głowę. Facet zdezerterował i szukał ciał chyba przez rok. Nie mógł ich znaleźć.
– Dlaczego uważasz, że ukradł twój portfel?
– Nieem.
– Z jakiegoś powodu uważasz, że to on.
– Pokazałem mu swojego syna, w portfelu.
– W takim razie miałeś jeszcze swój portfel. Widzisz, Dennis, wiemy już, że miałeś go w szpitalu dla weteranów.
– Uhm.
– Pokazałeś mu zdjęcie swojego syna. Ile on ma lat?
– Nieem. Nie pozwala mi się z nim zobaczyć, pieprzona dziwka.
Najwidoczniej mówił o drugiej pani Flaherty, tej, którą jego matka wciąż przeklinała
– Co się stało po tym, jak pokazałeś temu gościowi z piechoty zdjęcie w portfelu?
– Nic.
– No dobrze. Więc dlaczego uważasz, że go ukradł?
– Nieem, może chciał zdjęcie.
– Dlaczego miałby zabrać zdjęcie czyjegoś dziecka?
– To był stuknięty popapraniec, mówiłem ci.
– Był tam jeszcze, kiedy uciekłeś?
– Jasne. Był stuknięty.
– A więc to nie on. Twój portfel znaleziono w Kalifornii.
– Żartujesz.
– Czy facet z piechoty był czarny?
– Nie.
– Dobra. Zapomnij o nim. Pomyśl chwilę. Miałeś portfel, a potem go nie miałeś. Jak to się mogło stać?
Wzruszył ramionami.
– Wypisali cię ze szpitala?
– Wyszedłem.
– Zwiałeś.
– Wyszedłem.
– Skąd masz leki?
– Hę?
– Lekarstwa. Dostawałeś je w pojedynczych dawkach, prawda?
– Tak jest.
– Więc skąd wziąłeś te, które teraz bierzesz?
– A, te. Zarekwirowałem je.
– Ukradłeś je.
– Potrzebowałem ich, człowieku.
– Co zrobisz, kiedy się skończą?
– Hę?
– Skąd weźmiesz leki, kiedy te ci się skończą?
– Houston, mamy problem.
– Gdzie był ten szpital, Dennis?
– Trudno powiedzieć.
– Pamiętasz faceta z piechoty.
– Tak jest.
– Pamiętasz, jak pokazałeś mu zdjęcie swojego syna.
– Tak jest.
– Gdzie jest ten szpital, Dennis?
– Nieem.
Jego umysł bawił się z nim w chowanego. Może sprawiły to leki, może opary ropy w Iraku, a może był tak samo stuknięty jak żołnierz z piechoty – próbował odkopać pochowane w zakamarkach mózgu wspomnienia, tak jak tamten swoje dzieci pogrzebane przy drodze numer osiemdziesiąt.
– Cóż, wiemy przynajmniej, że nie w Seattle.
Pomyślałem, że mógłbym wprawdzie obdzwonić wszystkie szpitale dla weteranów w Ameryce, ale dane o ich pacjentach
podlegały ochronie i nie łudziłem się, że cokolwiek by mi powiedziano. W większości szpitali psychiatrycznych nie ma nawet rejestru pacjentów.
– Pamiętasz, w jakim kierunku pojechałeś po wyjeździe z Seattle? Jak w ogóle podróżowałeś?
– Machałem, człowieku.
– Jeździłeś stopem.
– Tak jest.
– Pamiętasz, kto cię podwiózł?
– Facet.
– No tak, kobieta by cię nie zabrała.
Doszliśmy do niewielkiego placu zabaw z zaledwie paroma huśtawkami, na których bawiło się kilkoro małych dzieci; było ich wystarczająco dużo, żeby niektóre musiały czekać na swoją kolejkę. Kilka stojących obok zaniedbanych kobiet paliło wspólnego papierosa, obserwując dzieci bez większego zainteresowania.
– Na południe – powiedział Dennis.
– Co?
– Pytałeś o kierunek. Pojechałem na południe. Nie da się pojechać za daleko na północ, kiedy się jest w Seattle.
ROZDZIAŁ 38
Dennis lubił czytać na głos znaki drogowe.
– Dawsville. Zjazd czterdzieści dwa. Dwa kilometry.
– Boise. Zjazd pięćdziesiąt dziewięć. Pół kilometra.
– Roboty drogowe na odcinku piętnastu kilometrów.
Przyzwyczaiłem się do tego, że mam GPS, i w końcu przestałem patrzeć na znaki.
Kiedy przez dłuższy czas nie było znaków, Dennis przestawił się na czytanie tablic rejestracyjnych przejeżdżających samochodów.
– A6572G4.
– M87GT2.
Nie był złym towarzyszem podróży. Pomijając ciągłe mamrotanie, zachowywał się przyjaźnie i spokojnie. Od czasu do czasu przysypiał, jednak prawie zawsze budził się przed następnym znakiem ostrzegawczym.
Kiedy włączyłem radio, powiedział, że grał kiedyś na gitarze w kapeli stylizującej się na Metallicę. Zaśpiewał nawet kawałek St. Anger, nieźle naśladując Jamesa Hetfielda.
Na południe od Seattle było sześć szpitali dla weteranów.
Byłem gotów sprawdzić je wszystkie.
Dennis był moim przewodnikiem. Czułem się trochę jak ślepiec prowadzony przez niewidomego, ale tylko on mógł mi pomóc.
Zapakowanie go do samochodu wymagało pewnego wysiłku.
Dopiero co uciekł ze szpitala psychiatrycznego i nie miał specjalnej ochoty tam wracać. Kiedy powiedziałem pani Flaherty o swoich zamiarach, popatrzyła na mnie, jakbym sam wymagał leczenia.
Powiedziałem jej, że Dennisowi kończą się leki. To był fakt.
Poza tym nie wrócił jeszcze do zdrowia. To też był fakt.
W dodatku ucieczka z oddziału psychiatrycznego szpitala federalnego nie była zbyt mądrym posunięciem. Nie wiedziałem, czy to, że zgłosił się tam sam, było jakąkolwiek okolicznością łagodzącą, więc wolałem o tym nie wspominać.
Potrzebowałem go.
Leki okazały się argumentem, który przekonał ich oboje. Pani Flaherty nie miała pieniędzy na psychiatrów, należała do grupy około czterdziestu milionów Amerykanów bez ubezpieczenia zdrowotnego. Jeśli Dennis miał być nadal leczony, potrzebował pomocy armii.
Jego miejsce było w szpitalu – smutne, ale prawdziwe.
Zamierzałem go tam zabrać.
Zakładając, że uda mi się znaleźć ten szpital.
Z Północnej Dakoty zadzwoniłem do Normy.
Znowu sięgnąłem do bankomatu po swoje topniejące zasoby i zapłaciłem za dwa pokoje w motelu Sioux Nation. W jego holu mieściło się niewielkie kasyno.
– Mam złą wiadomość, Tom – powiedziała. – Laura odeszła zeszłej nocy.
Żona Hincha.
To rzeczywiście była zła wiadomość, ale też nie najgorsza spośród tych, które ostatnio słyszałem. Weźmy na przykład strzał z przejeżdżającego pick-upa.