– Jak to znosi Hinch? – zapytałem.
Nie licząc mojego zawieszenia, Hinch zawsze był w porządku. Dał mi szansę, kiedy nikt inny nie chciał mi jej dać.
– Mniej więcej tak, jak można się było spodziewać. Bóg jeden wie, co on naprawdę myśli. Tłumi to wszystko w sobie. Był jej naprawdę oddany.
– Tak. A jak się czuje Nate?
– Dobrze. Miał wczoraj niewielką infekcję, więc dali mu silniejsze antybiotyki. Jego mama tu jest.
– Tak, wiem, widziałem ją w szpitalu.
– Nie, chodzi mi o to, że jest tutaj, u mnie w domu. Nocuje u mnie.
– To miło z twojej strony.
– Tyle przynajmniej mogę zrobić dla tej biedaczki. Gdzie jesteś, Tom? Twój głos dobiega jakoś tak z daleka.
– W Północnej Dakocie.
– Co, na Boga, robisz w Północnej Dakocie?
– Szukamy czegoś.
– My?
– Ja i mój towarzysz podróży.
– To znaczy kto?
– To znaczy człowiek, który zginął w wypadku na drodze numer czterdzieści pięć.
– Przerażasz mnie, Tom, wiesz o tym?
– No dobrze, on tak naprawdę żyje, chociaż czasem wydaje mi się, że nie ma w sobie zbyt wiele życia.
Zapadła krótka cisza, którą zakłócały tylko dobiegające z motelowego telewizora dźwięki pozycji dwudziestej drugiej na liście stu najlepszych piosenek lat osiemdziesiątych: Girls Just Want to Have Fun.
– Tom.
– Słucham?
– Te rzeczy, o których mówisz… słyszałam co nieco od Mary-Beth, która słyszała od nie wiem kogo… nie zmyślasz tego, prawda?
– Nie zmyślam.
– Nigdy nie pytałam cię o… no wiesz, Nowy Jork i tak dalej.
Nie pytała. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy w ogóle wiedziała. Nie czytała ogólnokrajowych gazet, a o ile mi wiadomo, w „Us” nigdy o mnie nie pisano.
– Wiem.
– Doszłam do wniosku, że jeśli będziesz chciał o tym rozmawiać, to sam zaczniesz.
– Właśnie.
– Więc chcesz o tym porozmawiać?
– Nie bardzo.
– W porządku, Tom. W każdym razie nie dałeś nikomu swojego rewolweru, żeby do ciebie strzelał, prawda?
– Nie.
– Od początku uważałam, że to brzmi niedorzecznie. Ale tak mówią.
– A czy mówią, dlaczego miałbym to zrobić?
– Dla większej… wiarygodności. Czy to właściwe słowo? Żeby być w centrum uwagi.
– W takim razie podziałało.
– Hę? Przecież powiedziałeś, że to nieprawda?
– Ktoś ukradł mój rewolwer. Tylko żartowałem.
– Ha, ha.
– Czy mogłabyś zadzwonić do Sama Weitza i powiedzieć mu, że wyjechałem z miasta? To już chyba tydzień, prawda? Będzie się zastanawiał, dlaczego nie przychodzę na kręgle.
– Jasne. – Cisza. – Tom?
– Tak?
– Czego ty właściwie szukasz?
– Wiarygodności. Tak jak powiedziałaś.
Dennis miał rację, jeśli chodzi o Seattle.
Kiedy tam dojechaliśmy, lało, aż nad asfaltem unosiła się para.
Jechaliśmy przez centrum miasta, bo Dennis chciał zobaczyć Safeco Field, gdzie grali Seattle Mariners. Dawno temu Dennis był fanem baseballu, ale to było jeszcze w czasach, gdy odczytywanie wyników rozgrywek nie przyprawiało go o ból głowy. Kiedyś potrafił wyrecytować z pamięci statystyki każdego zawodnika. Może dlatego koczował w cieniu stadionu baseballowego w Detroit, kiedy już znalazł się na ulicy. Chciał być blisko kultowej rozrywki Amerykanów.
Minęliśmy targi i restauracje rybne, które otaczają Safeco i ciągną się wzdłuż wybrzeża, a potem ruszyliśmy autostradą na południe.
Pierwszy szpital dla weteranów, który planowaliśmy odwiedzić, znajdował się na granicy stanów Waszyngton i Oregon, w mieście Tellings zamieszkałym przez sto pięćdziesiąt dziewięć tysięcy osób. Tyle przynajmniej Dennis wyczytał z mapy.
– Czy to brzmi znajomo? – zapytałem.
– Hę?
– Nazwa miasta. Czy coś ci to mówi?
– Liczba mieszkańców: sto pięćdziesiąt dziewięć tysięcy -powiedział.
– Tak. Pytam, czy ta nazwa ci się z czymś kojarzy, czy może tam kiedyś byłeś.
– Nieem.
Dennis zaczął się klepać po twarzy, chociaż w samochodzie nie było żadnych owadów. Czasem coś do siebie szeptał, ale kiedy prosiłem, żeby powtórzył, pytał, o co mi chodzi.
Próbowałem sobie wyobrazić, co myślą o nas ludzie w przejeżdżających obok samochodach. Poobijana miata ze zderzakiem od innego wozu i pasażerem, który mamrocze do siebie z przerwami na zabijanie nieistniejących much.
Wtedy zorientowałem się, jak dokładnie wyglądamy.
Przynajmniej dla jednego kierowcy.
ROZDZIAŁ 39
Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno.
Jeszcze przed chwilą Dennis mógł bez problemu odczytywać numery rejestracyjne mijających nas samochodów, dla których porzucił znaki drogowe, teraz przychodziło mu to z trudem.
Musiał się pochylać i mrużyć oczy, kiedy tablice pojawiały się nagle w kręgach bladożółtego światła.
– Przyspiesz – powiedział. – Nie widziałem ostatniej cyfry.
Zaproponowałam mu, żeby odpoczął. To ciągłe mamrotanie cyfr i liter zaczynało mnie denerwować, a chwile wytchnienia zdarzały się tylko dzięki tablicom w stylu WOLNIEJ albo WRA K200.
Dennis uparcie ignorował moje błagania, więc się poddałem. Przynajmniej miał jakieś zajęcie.
M65LK1…
RLN895…
Nie jestem pewien, kiedy się zorientowałem.
L98HT4…
K61MN0…
Trochę, jakbym miał włączone radio, ale zaczynał słuchać jakiejś piosenki, dopiero kiedy zaczyna się już następna. Zdarza mi się to czasem, kiedy się zamyślę, i mam wtedy wrażenie, że muzyka dobiega z oddali, jak gdyby wpadała przez otwarte okno.
VML254…
HG54MT…
Litania numerów Dennisa przypominała rodzaj muzyki – jednostajnej, cichej i rytmicznej. Melodia do mnie docierała, mimo że częściowo się wyłączyłem.
QR327N9…
KL61WT…
W pewnej chwili zdałem sobie sprawę z powtarzającej się frazy.
MH92TV…
Coś dziwnego działo się z tymi literami i cyframi. Brzmiały znajomo. Zupełnie, jak gdybym je już słyszał przed chwilą. I wcześniej też.
MH92TV…
Jakieś dwadzieścia minut temu, potem jeszcze raz, a teraz znowu.
MH92TV.
I co z tego? Mnóstwo samochodów jedzie tą drogą dokładnie w tym samym kierunku co my, może nawet całą drogę do Tellings. Próbowałem się uspokoić, ale zdawałem sobie sprawę, że słyszałem te numery dużo wcześniej niż dwadzieścia minut temu.
Dennis czytał tablice rejestracyjne odkąd wyjechaliśmy z Iowa.
– Dennis… który samochód ma te numery?
– Hę?
– MH92TV. Który to jest samochód?
Wydawał się miło zaskoczony faktem, że zainteresowałem się czymś, co wcześniej mnie denerwowało. Ekstra.
– Tam – powiedział.
– Gdzie tam?
– Tam. – Pokazał na lewo, ale kiedy zwolniłem, żeby dać się wyprzedzić czerwonemu mitsubishi, na jego tablicy ukazały się litery GAYSROK.
– To nie ten, Dennis. Wzruszył ramionami.
– Nie, nie ten. Chyba za nami.
– Gdzie za nami? – Wpatrywałem się w lusterka, ale w ciemnościach przecinanych długimi światłami samochodów widziałem tylko zamazane kształty.
– Nieem, człowieku. Może jest przed nami.
– No dobra. Jaki to samochód?
Wiedziałem, jaka będzie odpowiedź, zanim to powiedział.
Byłem jak czarodziej Karnak Wspaniały ze skeczu Johnny'ego Carsona: już przyciskałem do czoła zaklejoną kopertę i odczytywałem jej zawartość, cały czas modląc się, aby to było coś innego – jakikolwiek inny samochód: honda accord, Saturn albo volkswagen caddy, praktyczny dodge minivan, volkswagen bus albo volvo.