Nie ma tak dobrze.
– Pick-up – powiedział Dennis.
Zacisnąłem ręce na kierownicy, aż zbielały mi knykcie.
– Jesteś pewien?
– Uhm. Jedzie za nami od samego początku, człowieku.
– Od Iowa? Dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Cóż, no wiesz. Może nie dostrzegałem tego, co widzę?
– W porządku. Jaki kolor ma ten pick-up, który jedzie za nami od Iowa?
– Gadasz coraz konkretniej, człowieku.
Wymieniałem wszystkie możliwe kolory, jakie przychodziły mi do głowy, wszystkie kolory tęczy, a Dennis za każdym razem kręcił głową, „nie, nie wydaje mi się”, aż proces eliminacji doprowadził mnie nieubłaganie do ostatniego koloru, jaki chciałem usłyszeć.
– Niebieski? Czy on jest niebieski, Dennis?
– Uhm – powiedział Dennis. – Tak jest. Niebieski.
Gonisz.
Stoi na dole schodów z metalowym narzędziem w ręce.
Bawi się ze mną w autoberka na pustej drodze.
Przechadza się Trzecią Ulicą i dostrzega przez okno rewolwer Smith & Wesson kaliber trzydzieści osiem. Mój Smith & Wesson.
Bang.
Spojrzałem w lusterko.
Potem na boki. W prawo, w lewo.
Serce waliło mi, jakby zamierzało zrobić numer z Obcego i wybuchnąć wewnątrz klatki piersiowej. Szybko zmieniłem pas, cudem unikając zmiażdżenia przez osiemnastokołową ciężarówkę z wyposażeniem toalet, skręciłem ponownie i zwolniłem, zbliżając się do prawego pasa.
– Hej, co ty robisz? Zatrzymujemy się?
Zbliżał się następny zjazd. Dennis odczytał sumiennie jego nazwę trzy kilometry wcześniej: Wohop Road.
– Muszę siusiu – powiedział Dennis.
Spojrzałem w boczne lusterko. Chciałem zobaczyć, czy ktoś jeszcze zmienia pas. Sąsiednim jechały jakieś samochody – dwie wyraźne pary świateł. A potem nagle została tylko jedna.
Zmrużyłem oczy, wpatrując się w lusterko. Co się stało?
– Muszę siusiu jak skurwysyn, Tom – powtórzył Dennis.
Wyłączył światła.
Były dwie pary świateł, a teraz została jedna.
Wyłączył światła.
Gaz do dechy. Przekroczyłem sto trzydzieści, nie przestając przyspieszać.
– Aż tak bardzo mi się nie spieszy – powiedział Dennis. – Nie zsikam się w gacie.
Sto czterdzieści… sto czterdzieści pięć… sto pięćdziesiąt…
– A może się zsikam.
Kiedy pojawił się zjazd na Wohop Road, Dennis nawet nie próbował przeczytać znaku. Nie mógł. Zasłonił oczy i siedział skulony w pozycji awaryjnej znanej pasażerom wszystkich linii lotniczych.
Jeszcze nie… jeszcze nie…
Teraz.
Szarpnąłem kierownicą w prawo.
Prawie przejechałem zjazd, jak gdybym kierował się do następnego. Pierwszy raz odkąd skończyłem czwartą klasę, wszedłem w zakręt na dwóch kołach, ledwo mieszcząc się w łuku. Spadłem na cztery łapy, wyjechałem na szczęśliwie pustą drogę dojazdową i gnałem dalej.
Słuchaj.
Nic.
Jak to się mogło stać?
Skąd mógł wiedzieć, że tutaj jestem?
Widział mnie na kempingu w Iowa?
Na drodze do Tellings?
Jak?
Pomyśl.
No dobrze, był jeden sposób. Oczywiście, że był. Jeden sposób, zakładając, że nie jechał za mną całą drogę z Littleton.
Wypłaty z bankomatów.
Karta kredytowa.
Ta, której używałem na stacjach benzynowych, podczas postoju w Nevadzie i w motelu Sioux Nation w Północnej Dakocie.
Trop, który wywęszy każdy dobry pies myśliwski.
Całą trasę z Iowa do Seattle, a potem tutaj.
Tylko że…
Do tego trzeba mieć specjalny dostęp.
Prywatne operacje bankowe i wyciągi z kart kredytowych to informacje, których banki powinny strzec jak oka w głowie. Żeby się do nich dostać, trzeba mieć odpowiednie uprawnienia.
– Uh, naprawdę muszę siusiu, człowieku.
– Jeszcze kilka minut, Dennis.
Już prawie tam byłem, całkiem blisko. Usiadłem na stołku w Niech Mnie Kule Biją i zacząłem coś rysować, a szkic nabierał kształtów. Gdybym wpatrywał się w to coś wystarczająco długo, może nawet zgadłbym, co to jest.
Musiałem poruszać się szybciej. Musiałem zwiększyć tempo, złapać rytm.
O ile się nie myliłem, hydraulikowi nie udało się skręcić.
Zgubiłem go.
Przejechałem kolejne dwadzieścia mil, zanim ugiąłem się wobec budzących coraz większą litość żądań Dennisa – „już nie moooogę, człowieku” – i zjechałem na całodobową stację Exxona.
ROZDZIAŁ 40
Nikt nie chciałby wylądować w szpitalu.
Jeżeli tylko ma inne wyjście.
A już na pewno nikt nie chciałby wylądować w szpitalu dla weteranów.
Armia, marynarka, siły powietrzne i piechota przeznaczają większość swoich środków na próby zabijania ludzi, a nie leczenia ich.
Szpitale dla weteranów cuchną zaniedbaniem.
Ten w Tellings nie był wyjątkiem.
W holu dla odwiedzających krzyczał jakiś człowiek na wózku. Rozerwał mu się worek na odchody i nikt nie przychodził go wymienić. Powiedział, że woła tak od dwóch godzin.
Pielęgniarka z izby przyjęć nie zważała na jego krzyki, jak gdyby słuchała głośnej muzyki z niewidzialnego iPoda.
Nas ledwo dostrzegła.
– Tak? – zapytała kilka minut po naszym zgłoszeniu się w rejestracji.
Wcześniej okrążyliśmy teren szpitala drogą wokół trzech niewinnie wyglądających budynków, które składały się na cały kompleks. Zapytałem Dennisa, czy pamięta to miejsce.
– Czy to tutaj, Dennis? Byłeś już tutaj?
Nie potrafił powiedzieć. Rozglądał się jak turysta, który patrzy na coś, o czym czytał w przewodnikach – na coś, co wygląda znajomo, ale nie do końca.
Był łatwy sposób, żeby się dowiedzieć.
– Czy długo tu pani pracuje? – zapytałem pielęgniarkę z izby przyjęć.
– Co?
– Czy pracuje pani tutaj dłużej niż tydzień?
– Co to ma znaczyć? – zapytała. – Ma pan jakieś uwagi odnośnie do moich kwalifikacji?
– Czy widziała już pani któregoś z nas?
– Czy mogę szanownym panom w czymś pomóc? – zapytała tonem, który mówił, że przyjrzała się Dennisowi wystarczająco dobrze, żeby stwierdzić, że taki z niego szanowny pan jak i ze mnie. Kiedy człowiek spędzi trochę czasu w samochodzie, zaczyna wyglądać, jakby w nim mieszkał.
– Mamy receptę – powiedziałem. – Chcielibyśmy ją zrealizować.
– Czy widzi pan tu gdzieś napis „apteka”?
– Nie.
– W takim razie dlaczego prosi mnie pan o zrealizowanie recepty?
– No dobrze, w porządku.
– Czy on jest weteranem? – zapytała, wskazując na Dennisa. Mogłaby zapytać o to jego, ale widziała już tylu pacjentów szpitali psychiatrycznych, że rozpoznawała ich na kilometr.
– Saddam nafaszerował mnie chemikaliami – powiedział Dennis.
– Naprawdę?
– Mam w żyłach ropę, potrzebuję smaru.
– Czy pan jest jego opiekunem, czy coś w tym rodzaju? -zapytała.
– Coś w tym rodzaju.
– Chce go pan powierzyć naszej opiece?
– Nie. Tylko kupić leki, jedzie na rezerwie.
– Może pan to przemyśli, on nie wygląda najlepiej.
– Nie, nic mu nie jest. Potrzebuje tylko swoich lekarstw.
– No dobrze, jestem zajęta.
– Jasne, w porządku. I nigdy go pani nie widziała?
– Nie.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie nad łukiem głównego wejścia wisiał napis „Wesprzyj nasze wojsko”.
Zrobiłem coś, co ostatnimi czasy robiłem przy każdym wyjściu na zewnątrz. Rozejrzałem się, szukając niebieskiego pick-upa.
– Ile pigułek mi zostało? – zapytał Dennis.