– Niewiele. A przy okazji: zauważyłeś, że mają różne kolory?
Mama Dennisa powierzyła mi zaszczytną funkcję strażnika leków – włożyła je wszystkie do pudełka po plastrach z opatrunkiem i wepchnęła do mojej kieszeni. Mimo woli pomyślałem, że to jakaś metafora – trochę jak daremne przylepianie plastra na śmiertelną ranę.
– Jestem głodny – powiedział Dennis.
– Dobra, zjemy coś po drodze.
Starałem się oszczędzać gotówkę, żeby nie korzystać z bankomatu. Chociaż właściwie nie miało to już znaczenia, bo zanim dojechaliśmy do szpitala i tak zapłaciłem kartą za paliwo – wsunąłem ją do czytnika, jak pracownicy UPS wsuwają do otworu na listy kartkę ze słowami: byłem tu.
Następny szpital znajdował się w Oregonie, sto pięćdziesiąt kilometrów dalej na południe.
Szpital imienia Eisenhowera.
Pomijając ostatnie wypadki, nigdy w życiu nie byłem w okolicach Oregonu. Teraz jechałem tam drugi raz w ciągu dwóch tygodni.
– Dennis, powiedz mi, gdy zobaczysz znowu tę tablicę, dobrze?
– Jasne – pokiwał głową. – Jaką tablicę?
– MH92TV.
– A, w porządku.
Dochodziła północ. Uznałem, że poruszając się nocą, jesteśmy bezpieczniejsi – unikamy przydrożnych moteli, w których musiałbym użyć karty kredytowej albo wypłacić gotówkę, a człowiek z niebieskiego pick-upa mógłby zaskoczyć nas w ciemnościach.
Dojechaliśmy do szpitala Eisenhowera o pierwszej w nocy.
Wyglądał trochę jak podstawówka, do której chodziłem w dzieciństwie, tylko był trzy razy większy. Przed wejściem do przysadzistego budynku z czerwonej cegły stał obowiązkowy maszt. W gorącym, lepkim powietrzu amerykańska flaga zwisała z niego bezwładnie jak kuchenna ścierka.
– Co to jest? – zapytał Dennis, kiedy wjechałem na parking. – Gdzie jesteśmy?
To nie wróżyło dobrze.
W rejestracji mieliśmy powtórkę z Tellings. Tym razem pielęgniarka w izbie przyjęć okazała się bladym mężczyzną o sowiej twarzy, który zapytał, czego chcemy, powiedział, że nigdy w życiu nie widział Dennisa, i zapytał o jego zdrowie psychiczne, kiedy ten zabił nieistniejącą muchę.
Mimo to poszliśmy na mały spacer wkoło, podobnie jak w Tellings. To była klapa, Dennis nigdy tam nie był.
Wróciliśmy do samochodu i wyjechaliśmy główną bramą.
Przygotowałem się do długiej jazdy, do następnego szpitala było prawie pięćset kilometrów.
Dennis był niespokojny.
Powierzyłem mu zadanie odczytywania tablic rejestracyjnych. Dzięki temu on miał zajęcie, a ja prawie wiarygodnego obserwatora wypatrującego niebezpieczeństwa w otaczającym nas gąszczu cyfr i liter.
Mniej więcej o trzeciej nad ranem poczułem ten rodzaj zmęczenia, z którym nie można już walczyć. Dennis zasnął już wcześniej i chrapał teraz głośno oparty o boczną szybę. Byłem bliski pójścia w jego ślady. Przerywane żółte linie na jezdni działały na mnie jak tabletki nasenne połykane jedna po drugiej w drodze do łóżka.
Kiedy dotarło do mnie, że naprawdę zasnąłem za kierownicą i zjechałem na sąsiedni pas, zacząłem wypatrywać następnego zjazdu. Niecałe pięć kilometrów dalej zjechałem z autostrady w poszukiwaniu miejsca, w którym moglibyśmy się kilka godzin przespać.
Znalazłem całodobową stację benzynową.
Zaparkowałem obok oświetlonego okna. Było przez nie widać hinduskiego właściciela, ale my nie byliśmy widoczni z drogi. Wyłączyłem silnik i natychmiast zasnąłem.
Dennis obudził mnie, kiedy nad horyzontem pojawił się zaledwie wątły pas różowego światła.
Spojrzałem na zegarek: była piąta trzydzieści.
Otaczały nas niskie zarośla, które właśnie wyłaniały się z porannego mroku. Słychać było szelest dwóch rozpiętych nad stacją wielkich linii wysokiego napięcia i od czasu do czasu upiorny świst przejeżdżającego samochodu.
– Muszę iść – powiedział Dennis. – Boli mnie brzuch.
– Dobra, Dennis, tam. – Pokazałem mu drzwi do toalety z tyłu budynku.
Otworzył drzwi do samochodu i siedział chwilę, przecierając oczy. Potem powoli się przeciągnął: najpierw stopy, potem ręce, w końcu reszta ciała. Ruszył niepewnym krokiem w kierunku łazienki i wszedł do środka.
Byłem potwornie zmęczony, musiałem się jeszcze przespać. Kiedy się obudziłem, zastanawiałem się, czy Dennis naprawdę wyrwał mnie ze snu, idąc do łazienki, czy to mi się śniło. Zupełnie jak moja była żona, która potrafiła rozmawiać ze mną o drugiej w nocy, a potem zarzucać mi, że wszystko zmyśliłem.
Tylko że Dennisa nie było w samochodzie. Różowe światło płynnie przechodziło w bladożółte.
Była piąta czterdzieści.
Wysiadłem, podszedłem do drzwi od łazienki i zapukałem.
– Dennis, czy wszystko w porządku?
Usłyszałem stęknięcie.
Obszedłem budynek w poszukiwaniu jedzenia.
Kiedy wszedłem zaspany do sklepu, Hindus – prawdopodobnie Sikh, ponieważ nosił charakterystyczny czerwony turban – nawet mnie nie zauważył. Siedział przygarbiony za ladą i czytał gazetę.
Wszedłem między regały, usiłując znaleźć coś do jedzenia. Stacje benzynowe najwyraźniej ignorują ostatnie trendy w żywieniu. Ta ograniczała się właściwie do produktów spożywczych o nazwach kończących się na „os”.
Cheetos. Doritos. Tostitos. Rolos.
Było tak cicho, że kiedy wyciągnąłem z półki dwie paczki doritos, ich szelest zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu.
Ale Sikh nawet nie drgnął nad swoją gazetą.
– Czy jest jakiś sos? – zawołałem.
Zignorował mnie.
– Gdzie mogę znaleźć sos?
Cisza.
– Hej! – zawołałem.
Włączył się terkoczący klimatyzator. Przejechał samochód. Na zewnątrz rozległ się wrzask dachowego kota. Trzeszczała linia wysokiego napięcia.
Zdarza się, że człowiek uświadamia sobie coś w jednej chwili, a kilka wyraźnych, przerażających myśli ni stąd, ni zowąd jednocześnie opanowuje mózg, tak że nie można złapać tchu.
Wtedy idzie się na dno.
Wybiegiem ze sklepu, upuszczając doritos na podłogę.
Zacząłem głośno wołać.
– Dennis! – Rzuciłem się do drzwi do łazienki, powtarzając: o mój Boże, o mój Boże, Dennis, o mój Boże, Dennis…
Ja, który raczej unikałem zwracania się do Boga, ponieważ nie zrobił dla mnie w życiu zbyt wiele, wezwałem go trzy razy, jak gdybym wznosił do nieba jakiś święty lament. Jak gdybym odmawiał pokutę za grzechy.
Popełniłem grzech.
Zasnąłem.
ROZDZIAŁ 41
Pędziliśmy autostradą.
Jak najdalej od stacji benzynowej, gdzie hinduski sprzedawca leżał twarzą na rozłożonej gazecie – był Hindusem, nie Sikhem, i tak naprawdę nie miał czerwonego turbanu, przynajmniej dopóki ktoś nie wpakował mu kuli w głowę.
W łazience sprawy przedstawiały się inaczej. Krew, która nie miała w co wsiąknąć, pokrywała całą podłogę i część stłuczonego łazienkowego lustra. Na podłodze leżały kawałki szkła.
Wśród nich z pewnością ten, którego hydraulik użył, żeby odciąć Dennisowi język.
Przejechaliśmy zaledwie trzy kilometry, gdy po lewej stronie nagle wyrósł jak spod ziemi budynek, zupełnie jak gdyby Bóg chciał powiedzieć: pamiętasz o mnie, ja pamiętam o tobie.
Szpital dla weteranów nr 138.
Tak po prostu.
Wyglądał na bardzo stary i bardziej przypominał arsenał -zbudowany z kamienia, otoczony wieżyczkami. Ale był to szpital,
z lekarzami, pielęgniarkami i lekarstwami, a Dennis właśnie wykrwawiał się na śmierć.
Przejeżdżając przez bramę, zauważyłem zakratowane okna na ostatnim piętrze.
Podjechałem pod główne wejście, wyciągnąłem Dennisa z samochodu i prawie wniosłem go do środka. Wtedy właśnie zobaczyła go pielęgniarka z izby przyjęć i powiedziała: