– Panie Flaherty, gdzie, u diabła, się pan podziewał?
Nie najgorzej.
Znaleźliśmy nasz szpital.
– W porządku – powiedział major DeCola, ostrzyżony na jeża chirurg, gdy w końcu lekarze zatamowali krwawienie. Ze wszystkich części ciała język jest najbardziej ukrwiony. – Co mu się, do diabła, stało?
– Ktoś go zaatakował – powiedziałem.
Siedzieliśmy w poczekalni, gdzie stały krzesła, stoły i dwa prawie puste automaty z przekąskami.
– Nie chrzań, Sherlocku – powiedział DeCola. – Kto?
– Nie wiem. Był w toalecie na stacji benzynowej kilka kilometrów stąd i ktoś go tam dopadł.
Pominąłem część o zamordowanym właścicielu stacji benzynowej.
Dlaczego?
Bo został zastrzelony z mojego rewolweru.
Znajdą w jego głowie pocisk kaliber trzydzieści osiem.
Wiedziałem o tym.
Morderstwa nie dało się długo zachować w tajemnicy -było prawdopodobne, że ktoś, kto wszedł do sklepu z zamiarem kupienia paczki papierosów, znalazł już zesztywniałe ciało.
Ćwiczyłem w myślach wersję dla policji. Zamierzałem powiedzieć, że spałem za budynkiem, a potem usłyszałem krzyk Dennisa i znalazłem go z odciętym językiem. To wszystko.
Okazja nadarzyła się już jakieś pół godziny później. Do poczekalni weszło dwóch detektywów i policjant.
Wyjaśnili, że wezwał ich major DeCola.
Wiedzieli o martwym Hindusie.
Policjant odpowiedział na wezwanie rozhisteryzowanej kobiety. Podjechała na stację, żeby zatankować, i wybiegła na drogę w jednym bucie na wysokim obcasie.
Przedstawiłem swoje przygotowane zawczasu zeznania.
– Spał pan w samochodzie? – zapytał detektyw Wolfe podejrzliwym tonem. Może dlatego że to ludzie śpiący w samochodach zwykle popełniają przestępstwa w przeciwieństwie do tych, którzy padają ich ofiarą.
– Zgadza się – odpowiedziałem.
Kiedy dodałem, że jestem dziennikarzem, wydawał się jeszcze bardziej skonsternowany.
– Co pan tam robił z panem Flahertym? – zapytał. Swoim wzorowym schludnym wyglądem przypominał bohaterów seriali o wojsku. – Dennis Flaherty był pacjentem tutejszego oddziału psychiatrycznego, prawda? Gdzieś się zawieruszył.
– Tak, przywiozłem go z powrotem.
– Dlaczego?
– Dlaczego?
– Dlaczego pan? Kim pan dla niego jest?
– Przeprowadzałem z nim wywiad w związku z artykułem, który piszę.
– Naprawdę? Z jakim artykułem?
– O weteranach – powiedziałem. – O ich trudnościach z przystosowaniem się po powrocie do domu i problemach, z którymi się borykają.
Nie wiem, dlaczego powiedziałem akurat to, a nie cokolwiek innego. Może z powodu artykułu, który kiedyś napisał Wren. Artykułu, który – jak teraz przypuszczałem – zaprowadził go prosto do większego tematu. Łączyłem punkty. A może dlatego, że hydraulik miał oficjalny dostęp do wyciągów z mojej karty
kredytowej, a ci byli kolejnymi trzema oficjelami.
– No dobrze, a więc obaj spaliście w samochodzie?
– Tak. Dennis nie pamiętał, w jakim był szpitalu, więc jechaliśmy na południe, sprawdzając wszystkie po kolei.
– Nie pamiętał?
– Od czasu do czasu traci kontakt z otoczeniem – wyjaśniłem.
– Uhm. – Detektyw Wolfe zerknął na swojego współpracownika, który próbował dobrać się do ostatniej paczki chipsów, waląc ręką w bok automatu, jakby to był nieskłonny do współpracy podejrzany.
– Więc twierdzi pan, że usłyszał krzyk pana Flaherty'ego – Wolfe odwrócił się – a kiedy pobiegł pan do łazienki, znalazł pan go w tym stanie?
– Tak jest. A potem przyjechaliśmy tutaj.
– Nie wchodził pan do sklepu?
– Nie.
– Nie słyszał pan strzału?
– Nie – powiedziałem. – Ale kto wie, może to właśnie mnie obudziło.
– Kto wie? Pan wie.
– Nie pamiętam, żebym cokolwiek słyszał, po prostu się obudziłem.
– I nie widział pan nikogo, kto wychodziłby z łazienki albo ze sklepu?
– Nie, spałem twardym snem.
– I nie wchodził pan do sklepu?
– Nie. – To pytanie zadał mi już wcześniej.
– Na podłodze leżały dwie paczki… czego, John? – zapytał kolegi.
– Doritos – powiedział John tonem dającym do zrozumienia, że mógłby teraz skorzystać ze swoich uprawnień. Automat uparcie odmawiał wydania paczki chipsów.
– Właśnie – powiedział Wolfe. – Dwie paczki doritos. Ktoś musiał je upuścić, wybiegając ze sklepu, na przykład w panice. Zastanawialiśmy się, kto to mógł być, skoro pan nie wchodził do sklepu.
– Ten, kto zabił właściciela stacji benzynowej? – podsunąłem.
– Pan Patjy był tylko sprzedawcą na nocnej zmianie – poprawił mnie. – Myśli pan, że morderca wziął, wychodząc, dwie paczki doritos, a potem stwierdził, „po co mi, do diabła, te doritos”, i rzucił je na podłogę?
– Może najpierw je wziął – powiedziałem.
– Wszedł tam, żeby kupić doritos, a potem zmienił zdanie i postanowił zamiast tego zastrzelić pana Patjy'ego. I obciąć język pana przyjacielowi.
– Nie wiem – powiedziałem.
– Taak, ja też nie wiem.
– A co z tą kobietą? Może to ona je upuściła?
– Tak, to by miało sens. Tylko że zapytaliśmy ją, a ona powiedziała, że nie. Więc sprawa doritos pozostaje zagadką.
Cisza.
– Zastanawiam się, dlaczego obcięli mu akurat język – powiedział detektyw Wolfe.
Jako ostrzeżenie… siedź cicho…
– Myślę, że będziemy musieli poczekać, aż sam nam to powie – stwierdził Wolfe. – Tylko że on niespecjalnie będzie w stanie mówić, prawda?
– Nie wiem, będzie?
– Lekarz mówi, że nie. Poza tym, tak jak pan powiedział, chwilami się wyłącza. Więc nie będziemy mieli z niego wiele pożytku.
– Brał udział w operacji Pustynna Burza – powiedziałem. – Jest przekonany, że zatruł się oparami z płonących pól naftowych.
– Pewnie tak było. – Detektyw Wolfe się zamyślił. – To była cholerna katastrofa.
– Był pan tam?
– Tak.
– W wojsku? – zapytałem.
– W piechocie. Dlaczego nie wszedł pan do sklepu?
– Słucham?
– Znalazł pan pana Flaherty'ego całego we krwi, z odciętym językiem. Dlaczego nie pobiegł pan do sklepu po pomoc? Albo żeby zadzwonić po pogotowie? Ma pan komórkę?
– Rozładowała mi się – skłamałem.
– Uhm. Więc dlaczego nie skorzystał pan z telefonu w sklepie? Dlaczego pan tam nie pobiegł po pomoc?
– Nie wiem, chyba spanikowałem. Chciałem stamtąd uciec.
– Uhm. Cóż, może zapis z kamery powie nam, co się stało – powiedział, patrząc mi prosto w oczy z niewzruszonym wyrazem twarzy.
A potem dodał:
– Zapomniałem. Cholerne dziadostwo nie działa.
Położyli Dennisa w sali pooperacyjnej obok żołnierza pokrytego bliznami od szrapnela.
– W Iraku tak go załatwili? – zapytał, wskazując na mojego towarzysza.
Siedziałem na krześle obok Dennisa. Był wieczór; fluorescencyjne oświetlenie nad łóżkiem skwiercząc, błyskało na biało i niebiesko, co przypominało mi odległy ostrzał rakietowy.
Zaczynałem myśleć, że jest coś szczególnego w tym szpitalu.
Szpital dla weteranów nr 138 w Oregonie.
– Nie – powiedziałem. – Tutaj, w domu.
– Cholera. Język, tak?
Pokiwałem głową.
– Przekichane. Jego babce się to nie spodoba. Może pozwać armię za uszczerbek w pożyciu małżeńskim. Wiesz, o co mi chodzi. – Wystawił język i poruszył nim.
– Nie sądzę, by można było pozwać armię – powiedziałem.
– Nie można? A, to do dupy ze mnie prawnik.
Nie doczekał się odpowiedzi, więc dodał:
– Tylko się z ciebie nabijam.