Выбрать главу

Dennis ocknął się jakąś godzinę później.

Musiałem się zdrzemnąć. Obudziło mnie płaczliwe pojękiwanie przypominające miauczenie bezpańskiego kota, który próbuje wprosić się do domu.

To był Dennis.

Nie mógł mówić.

To, co zostało z jego języka, pokrywały szwy.

A usta miał pełne waty.

– Nic nie mów, Dennis. Mam dla ciebie kiepskie wieści, ale mogło być gorzej.

Otworzył szeroko oczy – były zaczerwienione i spuchnięte. Wyglądał jak Chińczyk.

– Boli cię? Pokiwaj głową, jeżeli cię boli, Dennis. Jeżeli wciśniesz ten mały guziczek przy kroplówce, dostaniesz dodatkową dawkę morfiny.

Nie przestawał się we mnie wpatrywać. Znowu spróbował coś powiedzieć.

– Ten, kto cię zaatakował, obciął ci język, Dennis. Nie cały, ale sporą część. Nie jestem pewien, co to oznacza, jeśli chodzi o… mówienie. Nie wiem. Rozumiesz?

Nie odpowiedział.

Zaczął się rozglądać, jakby czegoś szukał.

– Pamiętasz, co się stało, Dennis? Pamiętasz, kto cię napadł?

Teraz szukał czegoś innego – swojego języka. Przełykał gwałtownie, próbując go znaleźć, a potem wkładał do ust drżące palce, próbując dotknąć czegoś, czego tam już nie było. Płakał.

– Nie wkładaj tam palców, Dennis, masz założone szwy.

Zamknął oczy, jęknął i walnął głową o poduszkę.

Wyjrzałem przez brudne szpitalne okno. Gałąź jakiegoś drzewa stukała o szybę, jakby próbując dostać się do środka.

Poczekałem, aż Dennis się uspokoił i przestał uderzać głową o łóżko.

– Czy mógłbyś pisać na kartce odpowiedzi na moje pytania?

Wpatrywał się w sufit.

– Tylko kilka pytań, Dennis.

Na nocnym stoliku leżał ogryziony ołówek. Podniosłem go i włożyłem mu do ręki. Nie chwycił go zdecydowanie, ale też i nie upuścił. W korytarzu znalazłem porzucony numer „Oregonian”. Wydarłem z niego całostronicową reklamę najlepszego w Oregonie dealera używanych samochodów i włożyłem do jego drugiej ręki.

Wlepił w nią swoje puste spojrzenie i zapisał coś nierównymi, dziecinnymi kulfonami.

„Dlaczego?”

– Nie wiem, Dennis.

„Dlaczego?”, powtórzył.

„Dlaczego… dlaczego… dlaczego…” wciąż od nowa jak dziecko, które nie przestanie, dopóki nie dostanie odpowiedzi: dlaczego niebo jest niebieskie… dlaczego ptaki latają… Dlaczego ktoś odciął mój pieprzony język?

– Jak wyglądał człowiek, który ci to zrobił?

Pokręcił głową. Przycisnął magiczny przycisk na kroplówce z morfiną.

– Czy wyglądał dziwnie? Jak gdyby nie miał rysów twarzy?

Zamrugał przymkniętymi oczami.

„Śpiący”, nabazgrał.

– Czy tak wyglądał, Dennis?

„Śpiący”.

– Jasne, to morfina.

Zapytałem jeszcze raz, ale tym razem nawet nie starał się odpowiedzieć.

Odpływał. Patrzyłem, jak zasypia. A raczej jak próbuje zasnąć.

Powieki opadały mii powoli, a potem nagle otwierał szeroko oczy, jak gdyby zobaczył coś, co przeraziło go na śmierć. Łazienkę i hydraulika zbliżającego się z kawałkiem szkła.

Po chwili znowu podniósł ołówek.

„Opowiedz mi coś”, napisał.

– Co?

„Bajkę na dobranoc”.

– Nie znam żadnych bajek na dobranoc, Dennis.

„Śpiący”.

– Dobrze, w takim razie prześpij się.

„Boję się. Opowiedz”.

– Słuchaj, Dennis…

„Mamo”.

– Twoja mama jest w Iowa. Ja jestem Tom. Jesteś w szpitalu.

„Bajkę”.

– Nie znam żadnych bajek, Dennis.

– No dalej, człowieku, opowiedz mu bajkę. – Żołnierz się obudził i dołączył do Dennisa. – Biedak nie ma języka. Nie znasz żadnej bajki na dobranoc?

– Nie.

– Daj spokój, a o Czerwonym Kapturku? Każdy to zna.

Dennis otworzył oczy i utkwił we mnie wzrok.

– No dobrze – powiedziałem. – Znam jedną historyjkę. Prawdziwą.

– Dawaj – powiedział żołnierz.

– To historyjka o duchach.

– Myślałem, że miała być prawdziwa.

– Bo jest.

– Słyszałeś, Dennis? Prawdziwa historia o duchach.

– Byli sobie ci ludzie – zacząłem. – Ci lekarze…

– Kiedy? – przerwał mi żołnierz. – Kiedy sobie byli? Teraz?

– Nie – odpowiedziałem. – Nie teraz, w 1945.

ROZDZIAŁ 42

Pierwszego dnia po przyjeździe zebrali się w świątyni Gokoku.

Trochę dlatego że wszystko obrosło już w legendę. Nie zaskoczyło ich to: kiedy świat opanowały czary, nie można się obejść bez bożków i totemów.

Wpatrywali się w granitowe nagrobki i byli przekonani, że widzą cienie wypalone w kamieniu. Rzeczywiście, jeśli się zmrużyło oczy i patrzyło wystarczająco długo, w odpowiednim świetle można było zobaczyć cienie łudzi.

Duchów.

Były też inne cienie. Na dachu siedziby Izby Handlowej, odbite na wieży budynku Kompanii Energetycznej Chugoku i dwa na jedynej ocalałej ścianie świątyni. To właśnie cienie na nagrobkach zawładnęły wyobraźnią na skałę masową. Dlaczego nie? Ta wyobraźnia została wypaczona, przekroczyła dotychczasowe granice pojmowania.

Miesiąc wcześniej to miasto było tętniącym życiem ośrodkiem wojskowym i przemysłowym zamieszkanym przez trzysta tysięcy ludzi.

Teraz pozostało w nim sześć budynków.

To, czego od razu nie zmiotła fala uderzeniowa, pochłonął ogień. Liczba mieszkańców zmalała o dwie trzecie – nie od razu, lecz w kolejnych, przerażających etapach, które dopiero teraz dawały znać o sobie, chociaż ciągle jeszcze nie pozwalały się do końca zrozumieć.

Stanęli oko w oko z czarną magią czy może raczej na skraju przepaści, bo przed nimi rozciągała się otchłań – próżnia w ówczesnym stanie wiedzy.

Przyjechali, aby ją wypełnić.

Niektórzy byli wcześniej w Nowym Meksyku, gdzie przyglądali się nieufnie technikom, naukowcom i robotnikom bezpośrednio zaangażowanym w prace nad czymś, co nazwano kryptonitem, czyniąc w ten sposób ponurą aluzję do pierwiastka zdolnego pokonać samego Supermana. Wszyscy już wiedzieli, że rzecz jest podstępna. Pozostawało tylko pytanie, jak bardzo.

Oni tymczasem uważali się za zaklinaczy węży próbujących uśpić kobrę, którą Oppenheimer i inni wywabili z koszyka. Tańczyli wokół niej z nadzieją, że ich nie ukąsi.

A może to, z czym mieli do czynienia, bardziej przypominało smoka niż kobrę? Entuzjaści, którzy montowali materiał rozszczepialny w pancerzu bomby, nazywali swoje zajęcie łaskotaniem smoka. Mieli nadzieję, że się nie poparzą, ale jednemu to się przytrafiło – fizykowi o nazwisku Louis Fruton, którego w 1945 roku niespodziewany radioaktywny wybuch ugotował na śmierć.

Kiedy zdetonowali Trinity w punkcie zero, o świcie na niebie rozbłysło miniaturowe słońce, dwa tysiące razy gorętsze niż to, dookoła którego krąży Ziemia. Siedmiotonowa wieża, na której zamocowano bombę, wyparowała. Ziarenka piasku zeszkliły się pod wpływem temperatury. Pierwsza w historii chmura w kształcie grzyba uniosła się do nieba i przyprószyła białym śniegiem miniaturowe postacie wojskowych na dole.

Druga w historii chmura w kształcie grzyba pojawiła się

trzy tygodnie później nad ośrodkiem wojskowym i przemysłowym, jakim była Hiroszima.

Wąż wydostał się z kosza, jego jad krążył już we krwi.

Najpierw zebrali się na Okinawie – lekarze wojskowi z Los Alamos, z Wojskowego Centrum Medycznego im. Waltera Reeda, szpitala w Rochester, a nawet kilku z kliniki Mayo. Porównywali notatki i wertowali istniejącą literaturę. Nie było tego wiele, a informacje, którymi dysponowali, były żałośnie fragmentaryczne. Czekali.