Odchrząknął.
– Następna sprawa. Wybraliśmy tamte skały tuż za basenem na latrynę. Mądra rzecz. Przypływ za każdym razem zmywa stamtąd brudy. Wy, maluchy, wiecie o tym.
Tu i ówdzie rozległy się chichoty, dały się zauważyć szybko wymieniane spojrzenia.
– Teraz każdy chodzi tam, gdzie chce. Nawet koło szałasów i koło płyty. Słuchajcie, maluchy, jak idziecie na owoce i przypili was…
Zgromadzenie ryknęło śmiechem.
– Jak was przypili, trzymajcie się z dala od owoców. Bo to świństwo.
Znowu wybuchł śmiech.
– Mówię, że to świństwo!
Szarpnął palcami sztywną, szarą koszulę.
– To prawdziwe świństwo. Jeśli was przypili, macie iść na plażę, między skały. Zrozumiano?
Prosiaczek wyciągnął ręce po konchę, ale Ralf potrząsnął głową przecząco. Miał przemówienie ułożone punkt po punkcie.
– Musimy wszyscy zacząć znowu używać tamtego miejsca. Wszędzie zaczyna być pełno paskudztwa. – Przerwał. Zgromadzenie wyczuwając kryzys czekało w napięciu. – A teraz sprawa ogniska.
Westchnął ciężko i to westchnienie odbiło się echem wśród słuchających. Jack zaczął siekać nożem kawałek drewna i szepnął coś do Roberta, który odwrócił głowę.
– Ognisko jest najważniejszą rzeczą na wyspie. Jakże możemy liczyć na ocalenie, jeśli nie pilnujemy ogniska? Czy to za trudne dla nas?
Wyciągnął rękę przed siebie.
– Spójrzcie, ilu nas jest. A mimo to nie potrafimy podtrzymać ognia, żeby był dym. Czy wy nie rozumiecie? Czy nie możecie zrozumieć, że powinniśmy… powinniśmy prędzej zginąć, niż dopuścić, żeby ogień zgasł?
Wśród myśliwych rozległ się nieśmiały chichot. Ralf zwrócił się do nich porywczo:
– Wy, myśliwi! Możecie się sobie śmiać! Ale ja wam mówię, dym jest ważniejszy od świń, choćbyście ich nie wiadomo ile co dzień przynosili. Czy nie rozumiecie? – Rozpostarł szeroko ramiona i zwrócił się do wszystkich:
– Musimy utrzymać ten ogień… albo zginąć. Urwał przed przejściem do następnego punktu.
– I jeszcze jedna rzecz.
Ktoś krzyknął:
– Za dużo tych rzeczy!
Rozległ się pomruk uznania. Ralf przekrzyczał go.
– I jeszcze jedna rzecz. O mało nie podpaliliśmy całej wyspy. Tracimy czas staczając głazy i rozpalając małe ogniska do gotowania. Teraz ja wam mówię i takie będzie prawo, bo jestem wodzem. Nie wolno palić żadnych ognisk, prócz tego na wierzchołku góry. Pod żadnym pozorem.
Natychmiast wybuchła wrzawa. Chłopcy wstawali i wrzeszczeli, a Ralf im odkrzykiwał.
– Bo jak wam potrzebny ogień, żeby upiec kraba albo rybę, możecie z powodzeniem pójść na górę. W ten sposób będziemy bezpieczni.
W świetle zachodzącego słońca dziesiątki rąk wyciągnęły się po konchę. Nie oddał jej i wskoczył na pień palmy.
– To właśnie chciałem wam powiedzieć. I powiedziałem. Wybraliście mnie na wodza. Teraz musicie robić, co wam mówię.
Uspokoili się powoli i w końcu znowu posiadali. Ralf zeskoczył z pnia i zaczął mówić dalej już spokojnym głosem:
– Pamiętajcie więc. Latryna wśród skał. Podtrzymywanie ognia i dymny sygnał. Nie zabierać ognia z wierzchołka góry. Kto chce coś upiec, ma z tym iść na górę.
Jack wstał krzywiąc twarz w półmroku; wyciągnął ręce.
– Jeszcze nie skończyłem.
– Ale gadasz i gadasz bez przerwy.
– Trzymam konchę.
Jack usiadł mrucząc pod nosem.
– I ostatnia rzecz. O tym możemy sobie porozmawiać.
Odczekał, póki zgromadzenie się nie uspokoiło.
– Wszystko zaczyna się psuć. Nie rozumiem czemu. Zaczęło się dobrze, byliśmy szczęśliwi. A potem…
Poruszył lekko konchą patrząc gdzieś poza nich i przypominając sobie zwierza, węża, pożar lasu, rozmowy o strachu.
– Potem zaczął się strach.
Podniósł się pomruk, niemal jęk, i ucichł. Jack przestał strugać drzewo. Ralf mówił szybko dalej:
– Ale to dziecinna paplanina. Zrobimy z nią porządek. Więc ostatnia rzecz, o której wszyscy możemy pomówić, to sprawa tego strachu.
Włosy zaczęły włazić mu do oczu.
– Musimy porozmawiać o tym strachu i przekonać się, że nie ma się czego bać! Ja sam czasem się boję, ale to są bzdury! Jak ze straszydłami. A potem, kiedy już to załatwimy, możemy wszystko zacząć od nowa i dbać o takie sprawy jak ognisko. – Na chwilę ujrzał w myślach obraz trzech chłopców idących po plaży. – I żeby znów było nam dobrze.
Położył uroczyście konchę na pniu obok siebie dając tym znak, że skończył mówić. Skąpe promienie słońca, które do nich docierały, padały poziomo.
Teraz wstał Jack i wziął konchę.
– Więc mamy się tutaj zastanowić, co się stało. Ja wam powiem, co się stało. Wszystko zaczęliście wy, maluchy, swoim gadaniem o strachach. Zwierzęta! Jakie zwierzęta? Jasne, że czasami mamy stracha, ale to trudno. Ralf mówi, że wrzeszczycie w nocy. To może tylko znaczyć, że macie złe sny. W każdym razie nie polujecie, nie budujecie szałasów, nic nie pomagacie – jesteście kupą beks i maminsynków. I to wszystko. A jeśli chodzi o strach, musicie nauczyć się go znosić jak my wszyscy.
Ralf spojrzał na Jacka i otworzył usta, ale Jack nie zwrócił na to uwagi.
– Strach może wam tyle zrobić, co zły sen. Tu nie ma żadnych zwierząt na wyspie, których trzeba się bać. – Przebiegł wzrokiem rząd szepcących maluchów. – Tyle z was pożytku, że nawet dobrze by było, żeby was coś porwało, beksy zatracone! Ale tu nie ma żadnych zwierząt…
Ralf przerwał mu gniewnie:
– Co ty gadasz? Kto mówił o zwierzętach?
– Ty, parę dni temu. Mówiłeś, że im się śni i krzyczą. A teraz plotą – nie tylko maluchy, moi myśliwi też – plotą o czymś czarnym, jakimś potworze, jakimś zwierzu. Sam słyszałem. Myślisz, że nie? Słuchajcie. Na małych wyspach nie ma wielkich zwierząt. Tylko świnie. Lwy i tygrysy mieszkają w wielkich krajach, jak Afryka i India…
– I ZOO…
– Ja trzymam konchę. Nie mówię o strachu. Mówię o zwierzu. Bójcie się, jak chcecie. Ale jeśli chodzi o zwierza…
Przerwał, kołysząc konchę w rękach, następnie zwrócił się do myśliwych, siedzących w brudnych czarnych czapkach.
– Jestem myśliwy czy nie?
Kiwnęli głowami. Jasne, że jest myśliwym. Nikt w to nie wątpi.
– No to słuchajcie. Schodziłem całą wyspę. Sam jeden. Gdyby tu był jakiś zwierz, tobym go zobaczył. Bójcie się sobie, jak chcecie – ale tu, w lesie, nie ma żadnego zwierza.
Położył konchę i usiadł. Całe zgromadzenie z ulgą go klaskało. Z kolei sięgnął po konchę Prosiaczek.
– Zgadzam się z tym, co powiedział Jack, ale nie we wszystkim. Jasne, że w lesie nie ma żadnego zwierza. No bo skąd? Co by taki zwierz jadł?
– Świnie.
– My jemy świnie.
– Prosiaczka!
– Ja trzymam konchę! – krzyknął Prosiaczek z oburzeniem. – Ralf, niech oni się zamkną. Zamknijcie się, maluchy! Chodzi mi o to, że ja się nie zgadzam z tym całym strachem. Oczywiście, nie ma się czego w lesie bać. Ba, sam tam chodziłem! Niedługo zaczniecie gadać o duchach i różnych takich rzeczach. My wiemy, jak sprawy stoją, i jeśli coś jest nie tak, zawsze się znajdzie jakieś lekarstwo.
Zdjął okulary i patrzył na nie mrugając powiekami. Słońce zgasło, jakby ktoś przekręcił kontakt. Prosiaczek perorował dalej:
– Jeżeli kogoś boli brzuch, to czy jest mały, czy duży…
– Twój jest duży.
– Jak skończycie się śmiać, może będziemy mogli dalej prowadzić zebranie. A jeżeli te maluchy wlezą z powrotem na kłodę, to zaraz znowu pospadają. Niech więc usiądą na ziemi i słuchają. Nie. Na wszystko są lekarze, nawet na to, co się dzieje w naszej głowie. Nie myślicie chyba, że trzeba się bać czegoś, czego nie ma? Życie – powiedział Prosiaczek wylewnie -trzeba traktować naukowo, ot co. Za rok albo dwa, gdy się skończy wojna, ludzie będą latali na Marsa. Wiem, że tu nie ma żadnego zwierza – znaczy takiego z pazurami i tak dalej -ale wiem również, że nie ma żadnego strachu. Prosiaczek przerwał.