Kłótnia rozpoczęła się na nowo. Ralf wyciągnął połyskliwą konchę i Maurice wziął ją posłusznie. Zgromadzenie ucichło.
– Chciałem powiedzieć, że Jack dobrze mówi, że się boimy, bo tacy już jesteśmy i nie ma na to rady. I myślę, że ma rację, jak mówi, że tu na wyspie są tylko świnie, ale naprawdę to skąd on może wiedzieć, to znaczy, nie może wiedzieć na pewno – Maurice nabrał tchu. – Mój tata mówił, że są takie stworzenia… jak one się nazywają… co robią atrament, aha, kałamarnice, które mają kilkaset jardów długości i mogą połknąć całego wieloryba. – Znowu przerwał i zaśmiał się wesoło. – Wcale nie wierzę w żadnego zwierza. Bo jak Prosiaczek mówi, należy życie traktować naukowo, ale skąd my możemy wiedzieć? To znaczy, nie na pewno…
Ktoś krzyknął:
– Kałamarnica nie mogłaby wyjść z wody!
– A mogłaby!
– – A właśnie, że nie!
W jednej chwili granitową płytę wypełniły skłócone, rozgestykulowane cienie. Ralf, który pozostał na swoim miejscu, odniósł wrażenie, że wszyscy zwariowali. Lęk, zwierzęta, brak powszechnej zgody co do wagi ognia sygnalnego, a na domiar złego dyskusja schodzi na sprawy uboczne wnosząc nowe nieprzyjemne elementy.
Zobaczył koło siebie konchę bielejącą w mroku, sięgnął więc, wyrwał ją Maurice'owi i zatrąbił, jak tylko umiał najgłośniej. Wszyscy umilkli nagle. Siedzący tuż obok niego Simon dotknął rękami konchy. Simon odczuwał ryzykowną potrzebę powiedzenia czegoś, ale publiczne wystąpienie było dla niego rzeczą straszną.
– Może – rzekł z wahaniem – może zwierz naprawdę jest?
Zgromadzenie wydało dziki okrzyk, a Ralf aż wstał ze zdumienia.
– Ty, Simon? Ty w to wierzysz?
– Ja nie wiem – rzekł Simon. Serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. – Ale…
Zerwała się burza głosów.
– Siadaj!
– Zamknij się!
– Zabrać mu konchę!
– Stul pysk!
– Zamknij się!
Ralf krzyknął:
– Słuchajcie go! On ma konchę!
– Chciałem powiedzieć… że może to tylko my sami.
– Stuknięty!
Słowo to wypowiedział Prosiaczek, który zapomniał się z oburzenia. Simon ciągnął dalej:
– Może jesteśmy trochę…
Utknął z wysiłku wyrażenia zasadniczej dolegliwości ludzkiej. Nagle doznał olśnienia.
– Jakie jest największe paskudztwo na świecie?
W odpowiedzi Jack rzucił w ciszę niezrozumienia jedno brutalne, lecz pełne wyrazu słowo. Wywołane nim odprężenie było jak orgazm. Maluchy, które wdrapały się na wywrotną kłodę, znowu pospadały i wcale się tym nie przejęły. Myśliwi wrzeszczeli z zachwytu.
Cały wysiłek Simona poszedł na marne; śmiech chłostał go bezlitośnie, a on skulony i bezbronny wrócił na swoje miejsce.
Wreszcie zgromadzenie znowu się uspokoiło. Jeden z chłopców nie prosząc o głos powiedział:
– Może on ma na myśli coś w rodzaju ducha?
Ralf uniósł konchę i spojrzał bacznie w mrok. Najjaśniejszą rzeczą była blada plama plaży. Ale co to, czy maluchy znalazły się bliżej? Tak, niewątpliwie, zbiły się w ciasną grupkę na trawie pośrodku trójkąta. Palmy rozgadały się w powiewie wiatru i dźwięk ten wydawał się bardzo głośny, teraz, gdy uwydatniła go cisza i ciemność. Pnie dwóch palm ocierały się o siebie wydając złowróżbne skrzypienie, którego nikt za dnia nie zauważył.
Prosiaczek wziął konchę z jego rąk. Zaczął mówić głosem pełnym oburzenia:
– Ja nie wierzę w żadne duchy – wcale, ale to wcale!
Jack wstał również, dziwnie czemuś zły.
– Kogo to obchodzi, w co ty wierzysz, Tłuściochu!
– Ja trzymam konchę!
Dały się słyszeć odgłosy krótkiej szarpaniny i koncha przesuwała się to w jedną, to w drugą stronę.
– Oddaj mi zaraz konchę!
Ralf wcisnął się między nich i dostał w pierś kułakiem. Wyrwał któremuś konchę i usiadł bez tchu.
– Za dużo tego gadania o duchach. Lepiej zaczekać z tym do rana.
Przerwał mu jakiś stłumiony głos:
– Może ten zwierz jest właśnie… duchem.
Jakby wiatr zatrząsł zgromadzeniem,
– Za dużo tego gadania poza kolejnością – rzekł Ralf. – Jakże możemy prowadzić po ludzku zebranie, jeśli się nie trzymamy praw?
Znowu umilkł. Starannie obmyślany plan zebrania poszedł na marne.
– Co jeszcze mam wam powiedzieć? Źle zrobiłem zwołując lak późno zebranie. Przegłosujemy je, to znaczy duchy, i pójdziemy do szałasów, bo wszyscy jesteśmy zmęczeni. Nie – to ty, Jack? – zaczekaj chwilę. Z miejsca oświadczam, że nie wierzę w żadne duchy. Albo może tak mi się wydaje. Ale nie lubię o nich myśleć. A w każdym razie teraz, po ciemku. Mieliśmy zbadać, w czym rzecz.
Uniósł konchę na chwilę.
– A więc świetnie. Mnie się zdaje, że wszystko zależy od tego, czy duchy są, czy ich nie ma…
Pomyślał chwilkę formułując pytanie.
– Kto uważa, że duchy istnieją?
Długi czas była cisza i nie zauważało się jakiegoś wyraźnego ruchu. Potem Ralf wpatrzył się pilniej w mrok i spostrzegł wzniesione ręce.
– Widzę – rzekł tępo.
Świat, ten zrozumiały, rządzący się prawami świat, zaczął mu się usuwać spod stóp. Niegdyś było to i tamto; a teraz… i okręt odpłynął.
Ktoś wyrwał mu z rąk konchę i rozległ się głos Prosiaczka:
– Ja nie głosowałem na duchy!
Obrócił się na pięcie ku zgromadzeniu.
– Zapamiętajcie to sobie wszyscy!
Usłyszeli tupnięcie o ziemię.
– Kto my jesteśmy? Ludzie? Czy zwierzęta? A może dzikusy? Co sobie o nas pomyślą starsi? Rozłazimy się, polujemy na świnie, zapominamy o ognisku, a teraz jeszcze to!
Nagle wyrósł przed nimi jakiś cień.
– Zamknij się, tłusty próżniaku!
Powstała szarpanina i połyskująca koncha zaczęła podrygiwać w mroku. Ralf zerwał się na nogi.
– Jack! Jack! On trzyma konchę! Daj mu mówić!
W ciemności podpłynęła ku niemu twarz Jacka.
– I ty się zamknij! Za kogo ty się masz? Siedzisz i gadasz, co wszyscy mają robić. A sam nie umiesz ani polować, ani śpiewać…
– Jestem wodzem. Wybraliście mnie.
– No to co, że wybraliśmy? Wydajesz tylko głupie rozkazy…
– Prosiaczek trzyma konchę.
– Dobra, dobra, podlizuj się dalej Prosiaczkowi…
– Jack!
– Jack! Jack! – przedrzeźniał go Jack.
– Prawa! – krzyknął Ralf. – Łamiesz prawa!
– No to co?
Ralf zebrał myśli.
– Prawa to jedyna rzecz, jaką mamy.
Ale Jack wrzeszczał:
– Wypchaj się prawami! Jesteśmy silni, polujemy! Jeżeli tu jest jakiś zwierz, to go zabijemy! Otoczymy i będziemy tłuc, tłuc, tłuc, tłuc…
Wydał dziki okrzyk i skoczył na bielejący piach. W jednej chwili granitową płytę wypełniła wrzawa, podniecenie, ruch, krzyki i śmiechy. Zgromadzenie rozsypało się i ruszyło tyralierą wzdłuż plaży, aż pochłonęła je noc. Ralf poczuł na policzku dotyk konchy i zabrał ją od Prosiaczka.
– Co by powiedzieli starsi? – utyskiwał Prosiaczek. – Spójrz na nich!
Od plaży napływały odgłosy zabawy w polowanie, histeryczny śmiech i okrzyki prawdziwego przerażenia.
– Zatrąb konchą, Ralf.
Prosiaczek był tak blisko, że Ralf widział błysk szkła jego okularów.
– Chodzi o ogień. Czy oni nie rozumieją?
– Musisz być teraz twardy, Ralf. Zmusić ich, żeby robili, co każesz.
Ralf odparł z rozwagą jak człowiek, który wygłasza twierdzenie:
– Jeśli zatrąbię, a oni nie wrócą, to koniec. Nie utrzymamy ognia. Upodobnimy się do zwierząt. Zostaniemy tu na zawsze.
– Jeśli nie zatrąbisz, wkrótce i tak staniemy się zwierzętami. Nic widzę, co oni robią, ale dobrze słyszę.