Выбрать главу

Przez chwilę obydwaj milczeli. Cowart słyszał swój własny oddech, jakby przed chwilą wbiegł po schodach.

– Mówi pan jak filozof.

– Wszyscy skazańcy w celi śmierci są filozofami. Nawet ci szaleni, którzy bez przerwy wrzeszczą i wyją. Albo psychiczni, którzy ledwie sobie zdają sprawę, co się z nimi dzieje. Ale czują ten balast. Ci, którzy mają nieco formalnego wykształcenia, potrafią to trochę lepiej wyrazić. Ale wszyscy czujemy to samo.

– Zmienił się pan tutaj?

– A kto by się nie zmienił?

Cowart przytaknął.

– Gdy moja pierwsza apelacja nie przyniosła rezultatu, niektórzy z więźniów, którzy siedzieli w celi śmierci od pięciu, ośmiu czy dziesięciu lat, zaczęli ze mną rozmawiać na temat mojej przyszłości. Jestem młodym człowiekiem, panie Cowart, i nie chcę jeszcze kończyć życia. Więc postarałem się o lepszego adwokata i napisałem do pana list. Potrzebuję pana pomocy.

– Za chwilę do tego dojdziemy. – Cowart nie był do końca pewien, jaką miał odgrywać rolę podczas tej rozmowy. Wiedział, że chce utrzymać pewien zawodowy dystans, ale nie wiedział do jakiego stopnia. Zastanawiał się wcześniej, jak powinien się zachowywać wobec więźnia, lecz nic mu nie przychodziło do głowy. Czuł się trochę głupawo, siedząc naprzeciwko człowieka skazanego za morderstwo, w środku więzienia wypełnionego ludźmi, którzy popełnili najokropniejsze przestępstwa, i próbując grać twardziela.

– Może na początek opowie mi pan trochę o sobie? Na przykład, jak to się dzieje, że osoba z Pachouli mówi bez akcentu?

Ferguson znowu się roześmiał.

– Jeśli pan chce, mogę mówić z akcentem. Mówim tak, kajdym chcem. Mogem gadoć jok Muzyn z najcorniejsego łasa, jakiego kajdyk pon słysoł… – Ferguson usiadł wygodnie, jakby rozkładając się na krześle, udając faceta rozpartego w bujanym fotelu. Powolny ciąg słów wydawał się osładzać nieruchome powietrze małego pomieszczenia. Nagle gwałtownie pochylił się do przodu i zmienił akcent. – Mogę zasunąć slangiem łebka z ulicy; taką gadane też mam opanowaną na amen. Kiedy chcę. – Ta poza też szybko zniknęła i powrócił zdecydowany, poważny mężczyzna, z łokciami wspartymi na stole i mówiący równym, spokojnym głosem. – I potrafię wysławiać się jak osoba, która studiowała na uniwersytecie i była na drodze do zrobienia dyplomu i, być może, podjęcia pracy w biznesie. Bo taki też byłem.

Cowart był zaskoczony tymi szybkimi zmianami. Wydawały się czymś więcej niż jedynie modulacjami akcentu i tonu. Zmiany mowy były podbudowane subtelnymi modyfikacjami gestykulacji i postawy, tak że Robert Earl Ferguson stawał się w każdym calu uosobieniem środowiska, które naśladował.

– Robi wrażenie – powiedział Cowart. – Ma pan chyba niezły słuch.

Ferguson przytaknął.

– Te trzy akcenty są odbiciem trzech części, z jakich się składam. Urodziłem się w Newark, w stanie New Jersey. Moja mama była służącą. Codziennie o szóstej rano jeździła do podmiejskich dzielnic białych i do wieczora sprzątała ich domy. Dzień w dzień. Mój tata służył w wojsku i słuch po nim zaginął, gdy miałem trzy albo cztery lata. Właściwie to nawet nie wzięli ślubu. Gdy miałem siedem lat, mama umarła. Powiedzieli nam, że to serce, ale tak naprawdę to nigdy się nie dowiedziałem. Po prostu pewnego dnia dostała duszności, poszła do kliniki i więcej już jej nie zobaczyliśmy. Odesłano mnie do Pachouli i wychowywałem się u babki. Nie ma pan pojęcia, co to znaczyło dla takiego małego dzieciaka. Wydostanie się z tego getta do miejsca, gdzie rosną drzewa, płyną rzeki i jest czyste powietrze. Wydawało mi się, że mieszkam w raju, mimo że nie mieliśmy bieżącej wody. To były najlepsze lata mojego życia. Chodziłem pieszo do szkoły. Czytałem w nocy przy świeczce. Jadaliśmy ryby, które łowiłem w strumieniach. Jakbym mieszkał w jakiejś innej epoce. Wydawało mi się, że nigdy stamtąd nie wyjadę, aż babcia zachorowała. Przestraszyła się, że nie będzie mogła się mną należycie opiekować, i wysłano mnie z powrotem do Newark, gdzie zamieszkałem z ciotką i jej nowo poślubionym mężem. Tam skończyłem szkołę średnią i poszedłem na studia. Ale uwielbiałem przyjeżdżać do babci w odwiedziny. Gdy nadchodziły wakacje, całą noc jechałem autobusem do Atlanty, tam przesiadałem się w inny, do Mobile i potem w lokalny do Pachouli. W mieście wydawało mi się, że jestem nie na miejscu. Chyba czułem się chłopakiem ze wsi. Nie za bardzo mi się podobało w Newark.

Ferguson potrząsnął głową i na twarzy pojawił mu się dyskretny uśmiech.

– Te cholerne przejazdy autobusami – powiedział cicho. – Przez nie zaczęły się wszystkie kłopoty.

– Co pan przez to rozumie?

Ferguson nadal potrząsał głową, ale odpowiedział na pytanie.

– Cała podróż zabierała niemal trzydzieści godzin. Najpierw po autostradzie, a potem przedzieranie się przez wszystkie prowincjonalne miasteczka i wiejskie drogi. Podskakiwałem na wybojach, dawała mi się lekko we znaki choroba lokomocyjna, potrzebowałem skorzystać z kibelka i byłem otoczony ludźmi, którym przydałaby się kąpiel. Biedakami, którzy nie mogli pozwolić sobie na bilet lotniczy. Nie za bardzo mi się to podobało. Właśnie dlatego kupiłem samochód. Używanego forda granadę. Ciemnozielonego. Odkupiłem go od innego studenta za tysiąc dwieście dolarów. Miał przejechane tylko sto tysięcy kilometrów. Cacko. Cholera! Uwielbiałem jeździć tym samochodem…

Głos Fergusona był gładki i odległy.

– Ale…

– Ale gdybym nie miał tego samochodu, nigdy nie dobraliby się do mnie ludzie szeryfa przeprowadzający śledztwo.

– Niech mi pan o tym opowie.

– Nie za bardzo jest o czym opowiadać. Tego popołudnia, gdy dokonano zabójstwa, siedziałem w domu z babcią. Zeznałaby to, gdyby komukolwiek przyszło do głowy ją zapytać…

– Czy jeszcze ktoś pana widział? Ktoś spoza rodziny?

– Hm, nikogo sobie nie przypominam. Byliśmy tylko we dwójkę. Jak pan ją odwiedzi, to zrozumie pan dlaczego. Jej dom to stara lepianka, oddalona od innych ruder. Potwornie uboga.

– Niech pan mówi dalej.

– Wkrótce po tym, jak znaleźli ciało, do domu przyjechało dwóch detektywów, którzy chcieli się ze mną zobaczyć. Byłem przed domem, myłem samochód. Kurczę, tak lubiłem, żeby się błyszczał. Był środek dnia. Przyjechali i pytali mnie, co robiłem dwa dni wcześniej. Zaczęli przyglądać się mnie i samochodowi nie słuchając za bardzo, co mówię.

– Jacy detektywi?

– Brown i Wilcox. Znam obydwu tych skurwieli. Wiedziałem, że mnie nienawidzą. Powinienem był wiedzieć, że nie należy im ufać.

– Skąd pan to wie? Dlaczego pana nienawidzili?

– Pachoula to mała miejscowość. Niektórzy chcieliby, żeby tak trwała bez zmian. Wiedzieli, że mam przed sobą przyszłość. Wiedzieli, że zostanę kimś. To im się nie podobało. Chyba nie podobała im się moja postawa.