– Jasne – odparł Cowart. Był spięty. Detektyw zdawał się wypełniać niewielkie wnętrze samochodu. – Dużo się zmieniło?
– Niech się pan rozejrzy. Droga jest niezła, a to oznacza pieniądze z podatków. To już nie jest sprawa mamy i taty. Teraz wszędzie są sklepy 7-Eleven, Winn-Dixie i Southland Corporation. Jak ktoś chce przesmarować samochód, idzie do korporacji. Jak ktoś chce iść do dentysty, udaje się do profesjonalnego stowarzyszenia. Jak ktoś chce coś kupić, idzie do centrum handlowego. Do diabła, główny napastnik w szkolnej drużynie baseballowej jest synem nauczyciela i jest czarny, a najlepszy obrońca jest synem mechanika i jest biały. Co pan na to?
– Wydaje się, że nie za wiele się zmieniło tam, gdzie mieszka babka Fergusona.
– Nie, ma pan rację. Stare Południe. Bardzo biedne. Latem rozpalone. Zimą zmarznięte. Piec na drewno, toaleta na zewnątrz i bose nogi drepczące po gołej ziemi. Nie wszystko się zmieniło, a to jedno z takich miejsc, które istnieje po to, żeby nam przypominać, ile jeszcze mamy do zrobienia.
– Stacje benzynowe to jedno – powiedział Cowart. – A co z wzajemnym stosunkiem ludzi do siebie?
Brown roześmiał się.
– Te zmiany są powolniejsze, prawda? Wszyscy wiwatują, jak ten syn nauczyciela rzuca piłkę, a chłopak mechanika łapie ją i dotyka ziemi zdobywając punkt. Ale jakby któryś z tych chłopaków zechciał umówić się na randkę z siostrą tego drugiego, wiwaty chyba cholernie szybko by zamilkły… Przy pańskim zawodzie nie jest to dla pana nic nowego, prawda?
Dziennikarz przytaknął, nie bardzo wiedząc, czy Brown się z nim drażni, obraża, czy mówi komplement. Przejechali obok jakiejś nowej dzielnicy wznoszonej na szerokim polu. Żółty buldożer wyrywał z korzeniami poszycie zielonego pola, odsłaniając świeżą czerwonawą glebę. Wydawał dźwięki mielenia i kopania, natychmiast wypełniając samochód odgłosem ciężko pracującej maszyny. Obok załoga w kaskach i przepoconych koszulach układała deski i cegły. Dwaj mężczyźni w samochodzie nie odezwali się, aż minęli plac budowy. Wtedy Cowart zapytał:
– A gdzie jest dzisiaj Wilcox?
– Bruce? Ach, wczoraj wieczorem mieliśmy dwa śmiertelne wypadki drogowe. Wysłałem go, żeby oficjalnie przyjrzał się sekcji zwłok. To napawa człowieka szacunkiem dla pasów bezpieczeństwa i każe zastanowić się nad jazdą po pijanemu i nad tym, co się dzieje, jak robotnicy budowlani, jak ci, których właśnie minęliśmy, dostają wypłaty w czwartki.
– Potrzebne mu takie lekcje?
– Wszystkim nam są potrzebne. To część szkolenia pracowniczego.
– Tak jak jego temperament?
– To też nauczy się kontrolować. Mimo tego temperamentu jest bardzo uważnym obserwatorem. I wnikliwym. Zdziwiłby się pan, jak doskonale radzi sobie z dowodami i z ludźmi. Bardzo rzadko pozwala tak się ponieść emocjom.
– Powinien też był nad nimi zapanować w przypadku Fergusona.
– Chyba jeszcze nie do końca pan zrozumiał, jak wszyscy byliśmy przejęci tym, co przydarzyło się tej dziewczynce.
– Nie o to chodzi i doskonale pan o tym wie.
– Nie, właśnie o to chodzi. Tylko pan nie chce tego wysłuchać.
Upomnienie detektywa uciszyło Cowarta. Po chwili jednak znowu zaczął.
– Wie pan, co się stanie, jak napiszę, że uderzył Fergusona?
– Wiem, co panu się wydaje, że się stanie.
– Będzie powtórnie sądzony.
– Może. Sądzę, że to możliwe.
– Zachowuje się pan jak ktoś, kto coś wie i nie chce powiedzieć.
– Nie, panie Cowart, zachowuję się jak ktoś, kto zna cały ten system.
– Według tego systemu nie wolno siłą wyciągać zeznań od podejrzanego.
– Czy to właśnie zrobiliśmy? Wydaje mi się, że powiedziałem panu jedynie, że Wilcox raz czy dwa klepnął Fergusona w twarz. Klepnął. Otwartą dłonią. To niewiele więcej niż sposób przywrócenia mu uwagi. Czy wydaje się panu, że uzyskanie od mordercy przyznania się do winy to jakaś herbatka u cioci, przez cały czas przyjemna i zgodna z zasadami? Chryste. A poza tym przyznał się dopiero niemal dobę później. Jak ma się tutaj powód do rezultatu?
– Ferguson twierdzi co innego.
– Pewnie twierdzi, że przez cały czas znęcaliśmy się nad nim.
– Tak.
– Że nie miał co jeść. Że nie miał co pić. Że nie pozwoliliśmy mu spać. Nieprzerwane fizyczne znęcanie się połączone z pozbawieniem praw i zastraszeniem. Stare sposoby, które odnosiły niezły skutek. Stosowano je w epoce kamienia łupanego. Tak twierdzi?
– Mniej więcej. Pan temu zaprzecza?
Tanny Brown uśmiechnął się i skinął głową.
– Oczywiście. Było zupełnie inaczej. Gdyby tak się działo, wydostalibyśmy z tego milczącego skurwysyna znacznie lepszą spowiedź. Dowiedzielibyśmy się, jak zwabił Joanie do samochodu, gdzie ukrył swoje ubranie i kawałek dywanika, i całą resztę tego gówna, której nie chciał nam wyjawić.
Cowarta znowu ogarnęły wątpliwości. To, co mówił policjant, było prawdą.
Brown przerwał i zastanawiał się. Następnie dodał:
– Proszę bardzo, to się przyda do pańskiego artykułu, prawda? Oficjalne zaprzeczenie.
– Tak.
– Ale nie powstrzyma to pana przed jego napisaniem?
– Nie.
– No cóż. Wydaje mi się, że znacznie wygodniej dla pana jest wierzyć jemu.
– Tego nie powiedziałem.
– Nie? A dlaczego jego wersja jest bardziej wiarygodna niż to, co ja panu powiedziałem?
– Nie czynię takich osądów.
– O, jasne, że nie. – Brown gwałtownie odwrócił się na swoim fotelu i popatrzył gniewnie na Cowarta. – To typowa wymówka reporterska, prawda? Gadka pod tytułem „Zamieszczam wszystkie wersje i pozwalam zdecydować czytelnikom, komu mają wierzyć…”, tak?
Cowart, zdenerwowany, przytaknął.
Detektyw również skinął głową i odwrócił wzrok do okna.
Cowart, prowadząc samochód po szosie, zagłębił się w ciszy. Zauważył, jak minął skrzyżowanie opisane przez Blaira Sullivana. Przyglądał się poboczu w poszukiwaniu grupy wierzb.
– Czego pan szuka? – spytał Brown.
– Wierzb i drenu, który przebiega pod szosą.
Detektyw zmarszczył brwi i przez chwilę nie odpowiadał.
– Jeszcze kawałek. Niech pan zwolni, pokażę panu.
Wskazał przed siebie i Matthew Cowart ujrzał drzewa i kawałek terenu, gdzie można było się zatrzymać. Zaparkował samochód i wysiadł.
– W porządku – powiedział detektyw. – Znaleźliśmy wierzby. Teraz czego szukamy?
– Nie jestem pewien.
– Panie Cowart, może gdyby mógł pan nieco wybiegać myślami w przyszłość…
– Pod drenem. Kazał mi szukać pod drenem.
– Kto kazał panu szukać pod drenem i czego?
Reporter potrząsnął głową.
– Jeszcze nie. Najpierw popatrzmy.
Detektyw skrzywił się, ale ruszył za nim.
Matthew Cowart poszedł na skraj drogi i przyglądał się krawędzi ołowiano-szarej, zardzewiałej rury, która wystawała pomiędzy krzakami, kamieniami i mchem. Otaczała ją ogromna ilość śmieci: puszki po piwie, plastikowe butelki po napojach, wyblakłe papiery, stary brudnobiały trampek i cuchnący, na wpół zjedzony pojemnik po smażonym kurczaku. Z końcówki metalowego cylindra ciekła strużka czarnej, zabrudzonej wody. Zawahał się, po czym zszedł na dół pośród kolczastych zarośli. Chaszcze czepiały się jego ubrania, a pod stopami czuł miękką od wilgoci ziemię. Detektyw szedł bez wahania za nim, natychmiast drąc i błocąc mundur. Nie zwracał na to uwagi.
– Niech mi pan powie, to zawsze tak wygląda, czy…
– Nie. Jak mocno pada, całe to miejsce napełnia się cuchnącym bagnem i błotem. Mija dzień lub dwa, zanim znowu wyschnie. Tak w kółko.