– Wszyscy płacimy. Każdy z nas. Przez cały czas. – Mocno uderzył pięścią w stół. Dźwięk odbił się echem w niewielkim pomieszczeniu. – Ma pan coś do powiedzenia, niechże więc pan mówi!
Matthew Cowart zastanowił się porządnie nad tym, co wie, a czego nie i odparł:
– Blair Sullivan powiedział mi, gdzie znaleźć ten nóż.
To nazwisko zrobiło na policjancie przewidywane wrażenie. Najpierw przybrał zdziwioną, a następnie zszokowaną minę, jak gracz w baseball, który oczekuje, żeby odbić piłkę, śledzi jej trajektorię lotu i widzi, jak znika poza boiskiem.
– Sullivan? A co on ma z tym wspólnego?
– Powinien pan wiedzieć. Przejeżdżał przez Pachoulę w maju 1987 roku, zabijając po drodze masę ludzi.
– Wiem, ale…
– I wiedział, gdzie jest ten nóż.
Brown wpatrywał się w niego kilka długich sekund.
– Czy Sullivan powiedział, że zabił Joanie Shriver?
– Nie, nie powiedział.
– Czy powiedział, że Ferguson nie zabił tej dziewczynki?
– Nie wprost, ale…
– Czy powiedział coś wprost, co mogłoby zaprzeczyć pierwotnym ustaleniom procesu?
– Wiedział o tym nożu.
– Wiedział o jakimś nożu. Nie wiemy, czy to ten nóż i bez przeprowadzenia ekspertyzy nie jest on niczym więcej jak kawałkiem zardzewiałego metalu. Panie Cowart, wie pan, że Sullivan jest porządnie stuknięty. Czy dał panu coś, co chociaż w najmniejszym stopniu można by nazwać dowodem?
Oczy Browna zwęziły się. Cowart widział, jak szybko przetwarza informacje, rozważa, analizuje, wyciąga wnioski. Pomyślał sobie, że jest to ponad jego siły. Nie zechce przyznać się do jakiejkolwiek możliwości popełnienia błędu. Ma swojego zabójcę i jest zadowolony.
– Nic więcej.
– Więc to nie wystarczy, żeby ponownie otworzyć dochodzenie, które już zakończyło się wyrokiem.
– Nie? Dobrze. Niech się pan przygotuje na lekturę gazety. Wtedy zobaczymy, czy to nie wystarczy.
Policjant popatrzył z gniewem na Cowarta i wskazał mu drzwi.
– Niech pan wyjdzie, panie Cowart. Niech pan natychmiast wyjdzie. Niech pan wsiada do swojego wynajętego samochodu i wraca do motelu. Niech pan spakuje torby. Pojedzie na lotnisko. Wsiądzie w samolot i wróci do swojego miasta. I niech pan nie wraca. Zrozumiano?
Cowart zjeżył się. Czuł, jak narasta w nim gniew.
– Czy pan mi grozi?
Detektyw potrząsnął głową.
– Nie. Daję panu radę.
– I co?
– Niech ją pan przyjmie.
Matthew Cowart podniósł się z krzesła i dłuższą chwilę przyglądał się detektywowi. Spojrzenia obydwu mężczyzn spięły się ze sobą. Wzrokowa próba sił. Kiedy detektyw w końcu odwrócił się plecami, Cowart okręcił się na pięcie, wyszedł, zamknął ostro za sobą drzwi i krocząc szybko pośród jasnych neonowych świateł posterunku policji, jakby pchał przed sobą jakaś falę, patrzył, jak policjanci w mundurach i detektywi schodzą mu z drogi. Czuł na plecach ich wzrok, gdy tak szedł korytarzami, uciszając po drodze rozmowy. Kilkakrotnie słyszał za sobą parę wymamrotanych słów, kilkakrotnie słyszał swoje nazwisko wypowiedziane z niechęcią. Nie rozglądał się, nie zmieniał kroku. Samotnie zjechał windą i wyszedł przez szerokie, szklane drzwi na ulicę. Tam się odwrócił i spojrzał za siebie w stronę gabinetu detektywa. Przez chwilę dojrzał Tanny’ego Browna stojącego przy oknie i przyglądającego mu się. Ich wzrok znów się spotkał. Matthew Cowart nieznacznie pokręcił głową; niemal niedostrzegalny ruch na boki.
Zobaczył, jak detektyw usuwa się i znika z okna.
Cowart stał przez chwilę sztywno, dając się otoczyć nocy. Następnie ruszył, idąc najpierw powoli, ale szybko nabierając tempa i przyspieszając kroku, aż po chwili kroczył żwawo przez miasto, a głęboko w nim, paradując wojskowym szykiem poprzez wyobraźnię, zaczęły zbierać się słowa, które miały stać się jego artykułem.
Rozdział siódmy
Jednak gdy wracał do domu, narastające zmęczenie sprawiło, że żywi pozostali jedynie w jego notesie, a miejsce w wyobraźni zajęli zmarli.
Było późno, dobrze po północy, w przejrzystą noc Miami i niebo wyglądało jak nieskończony obszar czerni pomalowany doskonałymi ruchami pędzla w nieskończoną ilość mrugających gwiazd. Pragnął podzielić się z kimś swoim nadchodzącym sukcesem, ale zdał sobie sprawę, że nie ma z kim. Wszyscy odeszli zabrani przez wiek, rozwód i zbyt wiele śmierci. Najbardziej brakowało mu rodziców, ale ich nie było już od dawna.
Matka umarła, gdy był jeszcze młodym mężczyzną. Wyglądała jak myszka. Była szczupła i silna niczym lekkoatletka, co sprawiało, że jej uścisk był kanciasty i twardy, lecz kompensował to jej miękki, głęboki głos, tak wspaniale brzmiący, gdy opowiadała bajki. Urodziła się w czasach, które zrobiły z niej gospodynię domową, i tak już zostało przez całe życie; wychowała jego oraz jego braci i siostry, tkwiąc w kręgu pieluch, odżywek i ząbkowania, które później zmieniły się w odrapane kolana i wymyślne kontuzje, prace domowe, treningi koszykówki i od czasu do czasu nieuniknione zawody miłosne wieku dojrzewania.
Zmarła nagle, lecz spokojnie w początkach wieku starczego. Złośliwy guz odbytnicy. Pięć tygodni; niezwykła, równomierna metamorfoza od życia do śmierci, zaznaczana codziennie żółknięciem skóry i narastającą słabością głosu i chodu. Ojciec zmarł właściwie wraz z nią, co trudno zrozumieć, bo od kiedy Cowart dorósł, wiedział o burzliwych zdradach małżeńskich ojca. Zawsze były krótkotrwałe, ale nie potrafił ich ukryć. Oceniając z perspektywy, wydawały się znacznie mniej szkodliwe niż jego romans z gazetą, który pozbawiał go czasu i wysysał z niego chęć przebywania z rodziną. Więc gdy po jej pogrzebie ojciec przez sześć miesięcy bezgranicznie oddawał się pracy i na koniec oświadczył, że przechodzi na wcześniejszą emeryturę, zaskoczyło to wszystkie dzieci.
Siostry i bracia odbywali długie rozmowy telefoniczne, zastanawiając się nad jego decyzją, zastanawiając się, co będzie robił sam w wielkim i teraz zawsze opustoszałym, rozbrzmiewającym echem domu na przedmieściu, w otoczeniu młodych rodzin, które jego obecność tam uważały za coś niezwykłego i prawdopodobnie lekko denerwującego. Matthew Cowart był najmłodszym z szóstki – wyrośli na nauczycieli, prawnika, lekarza, artystę i, w jego przypadku, dziennikarza, rozproszyli się po całych Stanach i żadne z nich nie było dość blisko, żeby pomóc nagle zestarzałemu ojcu. Żadne z nich nie dostrzegło sprawy oczywistej. Zastrzelił się w rocznicę ślubu.
Powinienem był przewidzieć, pomyślał. Powinienem był zauważyć, co się święci. Ojciec zadzwonił do niego wieczorem dwa dni wcześniej. Rozmawiali ostrożnie, obco, o artykułach i pracy reporterskiej. Ojciec powiedział: „Pamiętaj, im nie zależy na faktach. Zależy im na prawdzie”. Wcześniej rzadko mówił synowi takie rzeczy i gdy Cowart próbował namówić go, żeby ciągnął dalej, wycofał się gburowato.
Policja znalazła go siedzącego przy biurku, w jednej ręce trzymał mały rewolwer, w skroni miał ranę po pocisku, a na kolanach zdjęcie żony. Cowart rozmawiał później z detektywami, zawsze dziennikarz, i wydobywał z nich opis sceny w najdrobniejszych szczegółach, które, raz usłyszane, na zawsze pozostają w pamięci i odzierają proces umierania z całego dramatyzmu: miał na sobie stare czerwone pantofle i niebieski garnitur oraz krawat w kwiaty, który kupił mu kiedyś z okazji dawno zapomnianego Dnia Ojca; na biurku znajdował się bieżący numer gazety pokryty zapiskami robionymi czerwonym ołówkiem, a obok dietetyczny napój i na wpół zjedzona kanapka z serem. Pamiętał o wypisaniu czeku dla gosposi i przykleił go taśmą klejącą do swojej starej lampy bankierskiej z zielonym abażurem. Dookoła krzesła walało się kilka pogniecionych kartek papieru, które rzucał bezładnie obok siebie i na których widniały zaczęte, ale żaden nie skończony, listy do dzieci.