Gwiazdy migotały ponad nim.
Byłem najmłodszy, pomyślał. Jedyny, który poszedł w jego ślady. Sądziłem, że to nas zbliży. Sądziłem, że będę w tym lepszy. Sądziłem, że będzie dumny. Albo zazdrosny.
Zamiast tego odsunął się jeszcze bardziej.
Pomyślał o uśmiechu matki. Przypominał mu go uśmiech jego córki. I pozwoliłem swojej żonie zabrać ją niemal bez żadnego sprzeciwu. Na tę myśl poczuł nagle ciemną pustkę, którą natychmiast zajęło koszmarne wspomnienie zdjęć małej Joanie Shriver zrobionych w miejscu zbrodni.
Opuścił głowę i patrzył w głąb ulicy. Daleko widział bulwar błyszczący żółtym światłem latarni i przesuwających się świateł przejeżdżających samochodów. Odwrócił się słysząc wycie syreny gdzieś w oddali i wszedł do swojego bloku. Wjechał windą na górę, przeszedł przez korytarz i otworzył drzwi swego mieszkania. Na chwilę zawahał się w przedpokoju, zapalił światła i rozejrzał się wokół siebie. Ujrzał kawalerski nieład, książki upchnięte na półkach, oprawione plakaty na ścianach, biurko zasłane papierami i czasopismami i przypięte nad nim notatki. Rozejrzał się za czymś znanym, co by mu powiedziało, że jest w domu. Westchnął, zamknął za sobą drzwi. Przystąpił do rozpakowywania bagażu i pójścia spać.
Cały następny długi tydzień spędził przy telefonie, zbierając dodatkowe informacje do swojego materiału. Przeprowadził kilka niemiłych rozmów telefonicznych z prokuratorami, którzy oskarżali Fergusona i nie życzyli sobie kontaktów z żadnymi dziennikarzami. Były też dłuższe rozmowy telefoniczne z osobami, które zajmowały się sprawą Blaira Sullivana. Detektyw z Pensacoli potwierdził obecność Sullivana w okręgu Escambia, w czasie gdy zamordowano Joanie Shriver; na paragonie ze stacji benzynowej koło Pachouli, gdzie Sullivan płacił kartą kredytową, widniała data o dzień wcześniejsza niż dzień zamordowania dziewczynki. Prokuratorzy z Miami pokazali Cowartowi nóż, jakiego używał Sullivan w chwili, gdy został aresztowany; był to tani, mało charakterystyczny nóż o dziesięciocentymetrowym ostrzu, podobny do tego, który znaleziono pod drenem, ale nie identyczny.
Potrzymał ten nóż w ręce i pomyślał: Pasuje.
Inne fragmenty łamigłówki również zaczynały pasować.
Rozmawiał telefonicznie z władzami Uniwersytetu Rutgersa i uzyskał dane o przeciętnych wynikach studiów Fergusona. Był sumiennym, nigdy nie wyróżniającym się studentem, takim, którego interesuje jedynie zaliczenie wszystkich przedmiotów, bez szczególnego wybijania się. Zarządca domu akademickiego pamiętał go jako cichego, zamkniętego w sobie studenta niższych lat; wydawał się nie brać udziału w żadnych imprezach czy życiu towarzyskim. Samotnik, jak go określił, któremu wystarczało wyłącznie jego towarzystwo i który wkrótce po skończeniu pierwszego roku przeniósł się do wynajętego mieszkania.
Cowart rozmawiał również z pedagogiem Fergusona z liceum, ten powiedział mu w większości to samo, ale zaznaczył, że w Newark Ferguson miał znacznie lepsze stopnie. Żadna z tych osób nie była mu w stanie podać nazwiska choćby jednego człowieka, mogącego uchodzić za bliskiego przyjaciela skazanego.
Zaczął postrzegać Fergusona jako chłopaka dryfującego po powierzchni życia, niepewnego siebie, niepewnego kim jest i dokąd zmierza, człowieka czekającego, aż coś mu się przydarzy, kiedy spadła na niego najgorsza możliwa rzecz. Postrzegał go nie tyle jako niewinnego, ale jako ofiarę swojej własnej pasywności. Jako człowieka, którego można wykorzystać. To mu pomogło zrozumieć, co zaszło w Pachouli. Przyszły mu na myśl przeciwieństwa występujące pomiędzy dwoma czarnymi mężczyznami, którzy stanowili trzon jego materiału; jednemu nie podobało się, że musi jeździć w tylnej części autobusu, drugi przedzierał się przez linię ognia, żeby pomóc innym. Jeden studiował na uczelni, drugi został policjantem. Pomyślał, że Ferguson był bez szans, gdy musiał się z mierzyć z siłą osobowości Tanny’ego Browna.
Pod koniec tygodnia wrócił fotograf wysłany przez „Journal” na północ Florydy. Rozłożył zrobione przez siebie zdjęcia na biurku przed Cowartem. Było tam kolorowe ujęcie Fergusona w celi, wpatrującego się w obiektyw poprzez kraty. Było zdjęcie drenu, kilka ujęć z Pachouli, zdjęcie domu Shriverów, szkoły. Było kilka fotografii, które Cowart widział na ścianach w podstawówce. Było zdjęcie Tanny’ego Browna i Bruce’a Wilcoxa, wychodzących z biura do spraw zabójstw w okręgu Escambia.
– Jak ci się udało to zrobić? – spytał Cowart.
– Siedziałam cały dzień na czatach i czekałam na nich. Nie powiem, żeby byli zachwyceni.
Cowart przytaknął zadowolony, że jego tam nie było.
– A co z Sullym?
– Nie zgodził się na zdjęcie – odparł fotograf. – Ale mam jego dobre ujęcie wykonane podczas procesu. Popatrz. – Wręczył fotografię Cowartowi.
Widniał na niej Blair Sullivan kroczący wzdłuż korytarza w sądzie, ze spętanymi nogami i rękami, trzymany za ramiona przez dwóch rosłych policjantów. Robił do obiektywu szyderczą minę, śmiejąc się i grożąc zarazem.
– Nie rozumiem jednego – powiedział fotograf.
– Czego?
– Jakbyś zobaczył, że ten facet podchodzi do ciebie na ulicy, jestem pewien, że zwiałbyś w drugą stronę. Na pewno nie wsiadłbyś do jego samochodu. A Ferguson, do diabła, nawet jak patrzy na ciebie z gniewem, też nie wygląda tak cholernie strasznie. To znaczy, jemu mogłoby się udać namówić mnie, żebym wsiadł do jego samochodu.
– Nie rozumiesz – odparł Cowart. Podniósł zdjęcie Sullivana. – Ten facet to psychopatyczny morderca. Byłby w stanie namówić cię do wszystkiego. Tu nie chodzi tylko o tę dziewczynkę. Pomyśl o wszystkich innych jego ofiarach. Co powiesz na to stare małżeństwo, któremu pomógł zmieniać koło? Pewnie jeszcze mu podziękowali, zanim ich zabił. Albo kelnerka. Poszła z nim, przypominasz sobie? Po prostu chciała się trochę zabawić. Myślała, że idą na imprezę. Nie sądziła, że to morderca. A chłopak w sklepiku? Miał tuż pod kasą przycisk uruchamiający alarm. Ale go nie uruchomił.
– Sądzę, że nie miał czasu.
Cowart wzruszył ramionami.
– Ja w każdym razie na pewno nie wsiadłbym do jego samochodu – powiedział fotograf.
– I słusznie. Już byś nie żył.
Zajął całe swoje stare biurko na tyłach sali redakcyjnej, rozkładając wokół siebie wszystkie notatki i wpatrywał się w ekran komputera. Przez krótką chwilę, gdy ekran przed nim był zupełnie pusty, poczuł nagłe zdenerwowanie. Minęło sporo czasu, od kiedy napisał ostatni felieton, i zastanawiał się, czy nadal posiada dawny kunszt. Szybko pomyślał: Na pewno się uda – i pozwolił podnieceniu zepchnąć na bok wszelkie wątpliwości. Zaczął od opisu dwóch mężczyzn zamkniętych w celach; jak wyglądali, jak się wypowiadali. Pokrótce opisał, co widział w Pachouli i zwrócił uwagę czytelnika na potężne napięcie drzemiące w jednym z detektywów i gwałtowny wybuch gniewu drugiego. Słowa z łatwością, równomiernie, napływały mu do głowy. Nie myślał o niczym poza nimi.
Trzy dni zajęło mu napisanie pierwszego artykułu, dwa, żeby stworzyć drugą część. Jeden dzień spędził poprawiając styl, jeszcze jeden dodając przypisy.
Dwa kolejne dni sprawdzał tekst, linijka po linijce, wraz z redaktorem działu miejskiego. Następnego dnia z prawnikami – denerwująca analiza każdego słowa. Stał nad deską rozkładową, gdy podejmowano decyzję o zamieszczeniu jego materiału na pierwszej stronie wydania niedzielnego. Główny tytuł brzmiał: SPRAWA PEŁNA PYTAŃ. Podobał mu się. Podtytuł: DWAJ MĘŻCZYŹNI, JEDNA ZBRODNIA I MORDERSTWO, O KTÓRYM WSZYSCY PAMIĘTAJĄ. Też mu się podobał.