W nocy leżał w łóżku nie mogąc zasnąć i rozmyślał: Mam. Udało mi się. Naprawdę się udało.
W sobotę, w przeddzień ukazania się artykułu, zadzwonił do Tanny’ego Browna. Detektyw był w domu, a na posterunku nie chcieli podać mu jego zastrzeżonego numeru. Poprosił sekretarkę, żeby przekazała detektywowi, aby do niego oddzwonił, co też uczynił godzinę później.
– Cowart? Tanny Brown z tej strony. Myślałem, że to już koniec naszych rozmów.
– Chciałem tylko dać panu szansę skomentowania materiału wykorzystanego w artykule.
– Pewnie taką samą, jaką dał nam ten wasz cholerny fotograf?
– Przepraszam za to.
– Zastawił na nas pułapkę.
– Przepraszam.
Brown zamilkł na chwilę.
– Przynajmniej mam nadzieję, że nie wyszedłem na tym zdjęciu najgorzej. Człowiek zawsze jest trochę próżny – powiedział.
Cowart nie mógł się zorientować, czy detektyw żartuje, czy nie.
– Całkiem nieźle – odparł. – Jak fotografia z magazynu „Dragnet”.
– No to może być. Czego pan chce?
– Chce pan dołączyć jakiś komentarz do artykułu, który jutro się ukaże?
– Jutro? O cholera. Chyba będę musiał wcześnie wstać i iść do kiosku. To będzie głośna sprawa?
– Tak.
– Pierwsza strona? Staniesz się pan gwiazdą, co, Cowart? Będziesz słynny?
– Tego nie wiem.
Detektyw roześmiał się kpiąco.
– To jest atutowa karta Roberta Earla, tak? Myśli pan, że to mu pomoże? Sądzi pan, że wydobędzie go pan tym z celi śmierci?
– Nie wiem. Ale to bardzo ciekawy artykuł.
– Nie wątpię.
– Chciałem tylko dać panu możliwość załączenia oświadczenia.
– Powie mi pan w końcu, czym on jest?
– Tak. Powiem. Teraz jest już napisany.
Głos Tanny’ego Browna umilkł na chwilę w słuchawce.
– Pewnie napisał pan o pobiciu go i te wszystkie bzdury? Ten kawałek o pistolecie, zgadza się? – zapytał.
– Jest tam opisana jego wersja. Jest również napisane, co pan twierdzi.
– Tylko że nie za bardzo wyeksponowane, co?
– Obydwie wersje są wyeksponowane w jednakowym stopniu.
Brown roześmiał się.
– Na pewno – powiedział.
– No więc, czy chciałby pan dołączyć bezpośredni komentarz?
– Podoba mi się słowo „komentarz”. Dużo wnosi, prawda? Jest układne i bezpieczne. Chce pan, żebym skomentował treść artykułu? – W jego głosie wyraźnie brzmiał sarkazm.
– Tak. Chcę, żeby miał pan taką możliwość.
– Mam możliwość. Możliwość wykopania sobie głębszego grobowca – powiedział detektyw. – Wpędzenia się w jeszcze gorsze tarapaty niż te, w których już się znajduję, tylko dlatego że nie naopowiadałem panu steku kłamstw. Oczywiście. – Złapał oddech i ciągnął dalej głosem niemal smutnym. – Mogłem w ogóle nie dopuścić pana do żadnych danych, ale nie zrobiłem tego. Czy napisał pan to w swoim artykule?
– Oczywiście.
Tanny Brown roześmiał się krótkim, szyderczym śmiechem.
– Wiem, jak pan sobie wyobraża dalszy ciąg tej sprawy. Ale jedno panu powiem. Myli się pan. Niezmiernie się pan myli.
– Czy to chciał pan powiedzieć?
– Sprawy nigdy nie toczą się tak gładko, czy tak po prostu, jak ludzie tego chcą. Zawsze powstaje bałagan. Zawsze padają pytania. Zawsze pojawiają się wątpliwości.
– Czy to właśnie chciał pan powiedzieć?
– Nie, chciałem tylko, żeby pan to zrozumiał. – Detektyw roześmiał się nerwowo. – Ciągle jest pan twardziel, co, Cowart? Nie musi pan na to odpowiadać. Już znam odpowiedź. – Minęła dłuższa chwila.
Cowart wsłuchiwał się w głęboki, złowieszczy oddech po drugiej stronie słuchawki, zanim Tanny Brown w końcu się odezwał słowami, grzmiącymi jak daleka burza.
– Dobrze. Oto mój komentarz. Pierdol się.
I odłożył słuchawkę.
Rozdział ósmy
Nie widział się z Fergusonem ani z nim nie rozmawiał aż do czasu rozprawy.
To samo dotyczyło detektywów, którzy nie odpowiedzieli na żaden telefon przez kilka tygodni po ukazaniu się artykułów. Jego prośby o aktualne informacje były spełniane w zwięzłej formie przez prokuratorów, którzy próbowali obmyślić jakąś taktykę. Z drugiej strony adwokaci stanowi broniący Fergusona byli bardzo wylewni, dzwonili do niego niemal codziennie i informowali o najnowszym rozwoju wydarzeń, wprawiając w ruch mechanizm przedkładania nowych wniosków sędziemu, który przewodniczył procesowi o zabójstwo wytoczonemu Fergusonowi.
Kiedy materiał się ukazał, Cowart wpadł w naturalny pęd będący skutkiem zarzutów, które przedstawił, jakby ulewne strugi deszczu pchały go po ulicy. Telewizja i prasa zaangażowały się w sprawę, rzucając się drapieżnie na wszystkich ludzi, zdarzenia i miejsca, opowiadając tę fabułę ciągle od nowa, przerabiając ją na dziesiątki, zasadniczo nie różniących się niczym od siebie sposobów. Dla wszystkich zainteresowanych był to materiał zawierający kilka fascynujących punktów – wymuszone zeznanie, zbulwersowane miasteczko, wciąż poruszone zabójstwem dziecka, nieprzystępni detektywi, i w końcu ta przerażająca ironia: oto morderca może spokojnie patrzeć, jak ktoś inny ląduje na krześle elektrycznym, tylko dlatego że nie chce puścić pary z ust. Oczywiście Blair Sullivan faktycznie nie puszczał pary z ust, odmawiając wszelkich wywiadów, rozmów z reporterami, prawnikami, policją, a nawet ekipą programu „60 Minut”. Wykonał tylko jedną rozmowę telefoniczną do Matta Cowarta, może z dziesięć dni po ukazaniu się artykułów.
Dzwonił na koszt rozmówcy. Cowart siedział przy biurku na tyłach działu wydawniczego i czytał przedruk swojego artykułu w „The New York Timesie”. (PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI W SPRAWIE O MORDERSTWO NA FLORYDZIE), kiedy zadzwonił telefon i głos telefonistki międzymiastowej zapytał go, czy przyjmie na swój koszt rozmowę telefoniczną z panem Sullivanem ze Starkę na Florydzie. Najpierw się zmieszał, następnie ogarnęło go elektryzujące podniecenie. Pochylił się na krześle i usłyszał znajomy, miękki nosowy ton sierżanta Rogersa z więzienia.
– Cowart, jest pan tam, chłopie?
– Słucham, sierżancie. Tak?
– Przyprowadzimy Sully’ego. Chce z wami porozmawiać.
– Jak się tam sprawy mają?
Sierżant zaśmiał się.
– Do diabła, nie powinienem był tu pana wpuszczać. Od czasu jak ukazały się pańskie artykuły, roi się tu jak w cholernym gnieździe pszczół. Nagle wszyscy z celi śmierci dzwonią do każdego cholernego reportera w stanie, to pewne. A ci wszyscy cholerni reporterzy przyjeżdżają tutaj i domagają się wywiadów, oprowadzania po więzieniu i co tylko mogą, cholera, wymyślić. – Śmiech sierżanta nadal huczał po drugiej stronie słuchawki. – Jest tutaj więcej zamieszania niż wtedy, gdy wysiadły obydwa generatory, główny i awaryjny, i wszyscy pensjonariusze myśleli, że to zrządzenie losu otwiera przed nimi drzwi.
– Przykro mi, jeśli przysporzyłem panu kłopotów…
– Ach, do diabła, nic nie szkodzi. Ta codzienność już była nudna, wie pan. Na pewno będzie nam tu dość trudno sobie poradzić, jak już wszystko się uspokoi. Bo się uspokoi, wcześniej czy później.
– A jak tam Ferguson?
– Bobby Earl? Udziela tylu wywiadów, że sądzę, że powinni mu dać jego własny program telewizyjny, taki jak ma Johnny Carson albo ten facet Letterman.
Cowart uśmiechnął się.
– A Sully?
Przez chwilę panowała cisza, a następnie sierżant powiedział cicho:
– Z nikim nie chce o niczym rozmawiać. Nie tylko z dziennikarzami i psychiatrami. Adwokat Bobby’ego Earla był tutaj z pięć albo sześć razy. Przyjechali ci dwaj detektywi z Pachouli, ale tylko się śmiał i pluł im w twarz. Wezwania do stawienia się przed sądem, groźby, obietnice, co pan tylko wymyśli, nic nie odnosi skutku. Nie chce rozmawiać, szczególnie na temat tej dziewczynki z Pachouli. Śpiewa hymny, pisze pełno listów i uporczywie studiuje Biblię. Wypytuje mnie, jak się mają sprawy, i informuję go o wszystkim, jak mogę najlepiej, przynoszę mu gazety, czasopisma i tak dalej. Co wieczór ogląda telewizję, więc wie, że ci dwaj detektywi obrzucają pana wszelkimi epitetami, jakie kiedykolwiek ktoś wymyślił. I wyśmiewa się z tego wszystkiego.