– Co pan o tym sądzi?
– Myślę, że dobrze się bawi. Na swój sposób.
– To przerażające.
– Opowiadałem panu o tym facecie.
– Więc dlaczego chce ze mną rozmawiać?
– Nie wiem. Wstał dzisiaj rano i spytał mnie, czy go z panem połączę.
– Więc niech go pan da do telefonu.
Sierżant zakaszlał zmieszany.
– To nie takie proste. Pamięta pan, że podejmujemy specjalne środki ostrożności, jak przemieszczamy pana Sullivana.
– Oczywiście. Jak wygląda?
– Tak samo jak wtedy gdy go pan widział, może trochę bardziej podekscytowany. Otacza go jakaś taka aura, jakby przybierał na wadze, chociaż nie przybiera, bo bardzo mało je. Tak jak mówiłem, wydaje mi się, że nieźle się bawi. Jest bardzo ożywiony.
– Aha, sierżancie, nie powiedział mi pan, jaka jest pańska opinia o tym artykule.
– Nie? Wydaje mi się bardzo ciekawy.
– I co?
– Cóż, panie Cowart, muszę powiedzieć, że jest pan dobrze obeznany z więzieniami, szczególnie z celą śmierci i pewnie słyszał pan najprzedziwniejsze cholerne historie.
Cowart, zanim zdążył zadać następne pytanie, usłyszał w tle podniesione głosy i odgłosy szurania. Sierżant powiedział:
– Właśnie wchodzi.
– Czy to poufna rozmowa?
– Chce pan spytać, czy jest założony podsłuch? Do diabła, nie mam pojęcia. To linia, którą udostępniamy przede wszystkim prawnikom, więc chyba nie, bo narobiliby wokół tego masę smrodu. W każdym razie już tu jest, jeszcze chwileczkę, musimy skuć mu ręce.
Zapadła chwilowa cisza. Cowart słyszał w oddali sierżanta, jak mówił: „Za ciasno, Sully?” I usłyszał odpowiedź więźnia: „Nie, w porządku”. Potem było słychać kilka dźwięków niewiadomego pochodzenia i odgłos zamykanych drzwi, aż w końcu głos Blaira Sullivana.
– Proszę, proszę, panie Cowart. Reporter o światowej sławie, jak się mamy?
– Doskonale, panie Sullivan.
– To dobrze, to dobrze. No i co o tym sądzisz, Cowart? Nasz chłoptaś, Bobby Earl wyjdzie na wolność? Sądzisz, że bożek szczęścia wyciągnie go zza kratek, z cienia śmierci, co? Myślisz, że ostrza sprawiedliwości zaczną się teraz od niego oddalać? – Sullivan roześmiał się chrapliwie.
– Nie wiem. Jego adwokat wystąpił do sądu, który go skazał, o nową rozprawę…
– I sądzisz, że to się uda?
– Zobaczymy.
Sullivan zakaszlał.
– Racja. Masz rację.
Obydwaj zamilkli.
Po chwili Cowart spytał:
– Więc po co do mnie dzwonisz?
– Poczekaj – odpowiedział Sullivan. – Usiłuję zapalić tego cholernego peta. To trudne, muszę odłożyć słuchawkę. – Rozległ się szczęk i Cowart znowu usłyszał jego głos. – No, zrobione. O co pytałeś?
– Po co dzwonisz?
– Chciałem się po prostu dowiedzieć, jaki słynny się stajesz.
– Co?
– Do diabła, Cowart, twój materiał jest we wszystkich mediach. Przyciągnąłeś powszechną uwagę, nieprawdaż? Po prostu dzięki wepchnięciu łapy pod stary, brudny dren, zgadza się?
– Chyba tak.
– Łatwy sposób na sławę, co?
– To nie ograniczało się tylko do tego.
Sullivan znowu wybuchnął śmiechem.
– Oczywiście, że nie. Ale nieźle się prezentowałeś odpowiadając na te wszystkie pytania w programie „Nocna Linia”. Bardzo stanowczy i pewny siebie.
– Ty nie chciałeś z nimi rozmawiać.
– Nie. Postanowiłem, że lepiej jak ty i Bobby Earl będziecie gadać. – Sullivan zawahał się, po czym zagwizdał. – Oczywiście zauważyłem, że ci policjanci z Pachouli też za bardzo nie chcą gadać. Mam wrażenie, że oni nie wierzą Bobby’emu Earlowi. I tobie też nie wierzą. I jestem diablo pewien, że mnie też nie wierzą. – Sullivan wybuchnął drwiącym rechotem. – To ci upór! Dopiero widać, jak niektórzy są ślepi na wszystko, co?
Cowart nie odpowiedział.
– Czy nie zadałem pytania, Cowart? Czy cię o coś nie spytałem? – Blair Sullivan nagle ostro szepnął, zaskakując go.
– Tak – odrzekł spiesznie Cowart. – Niektórzy są ślepi na wszystko.
Więzień przerwał na chwilę.
– Powinniśmy pomóc im zdjąć klapki z oczu, czyż nie, Sławny Panie Reporterze? Wyprowadzić ich na światłą drogę, co ty na to?
– Jak? – Cowart gwałtownie pochylił się nad biurkiem. Czuł, jak pot spływa mu spod ramion i łaskocze w żebra.
– Powiedzmy, że jeszcze o czymś bym ci powiedział. O czymś niezmiernie ciekawym.
Cowart pochwycił ołówek i stertę czystych kartek, żeby notować.
– Na przykład o czym?
– Zastanawiam się. Nie ponaglaj mnie.
– W porządku. Nie spiesz się. – Zaraz pęknie bomba, pomyślał.
– Dobrze byłoby wiedzieć, jak ta dziewczynka znalazła się w samochodzie, prawda? To na pewno cię interesuje, mam rację, Cowart?
– Jak?
– Nie tak szybko. Myślę. W dzisiejszych czasach trzeba uważać, co się mówi. Nie chciałbym, żeby coś zostało opacznie zrozumiane, jeśli mnie rozumiesz. Wiesz, Cowart, że tego dnia gdy zginęła ta dziewczynka, była urocza pogoda? Czy ustaliłeś, że było gorąco, ale jednocześnie sucho, wiał lekki wiaterek, który dawał trochę ochłody, na górze było wspaniałe, błękitne niebo, a wokół kwitła masa kwiatów? Wymarzony dzień na umieranie. I wyobraź sobie, jak chłodno i przyjemnie musiało być tam w cieniu na bagniskach. Może ten gość, który zabił małą Joanie – co za słodkie imię – poleżał sobie potem i cieszył się, jak wspaniały był ten dzień przez kilka minut? I starał się ochłonąć trochę w chłodnym cieniu?
– Bardzo chłodnym?
Blair Sullivan zaśmiał się ostro.
– A niby skąd mam to wiedzieć, Cowart? Doprawdy… – Wciągnął ze świstem powietrze i gwizdał do słuchawki. – Pomyśl tylko, ile jest spraw, o których chciałyby się dowiedzieć te dwie gliniarskie świnie. Na przykład o ubraniu i plamach z krwi, i dlaczego nie było odcisków palców, włosów, próbek gruntu i tym podobnych.
– Dlaczego?
– Cóż – odparł Sullivan chłodno – sądzę, że zabójca małej Joanie był na tyle doświadczony, iż wiedział, że potrzebne mu będzie ubranie na zmianę. Tak żeby mógł jedno zdjąć, to poplamione krwią i całym gównem, i gdzieś się go pozbyć. Prawdopodobnie myślał na tyle rozsądnie, że miał w samochodzie kilka dużych plastikowych worków na śmieci, w które mógł zawinąć to pokrwawione ubranie, tak żeby nikt go nie widział.
Cowart poczuł skurcz żołądka. Przypomniał sobie, że detektyw z Miami powiedział mu, że w noc kiedy aresztowano Sullivana, w bagażniku jego samochodu znaleziono zapasową odzież i rolkę worków na śmieci.
Na chwilę zamknął oczy i spytał:
– Gdzie morderca wyrzucił ubranie?
– Och, na przykład do pojemnika na datki dla Armii Zbawienia. Wiesz, jeden jest ustawiony obok centrum handlowego koło Pensacola. Ale to tylko w przypadku gdy nie było zbyt zapaprane. A jakby chciał być bardzo ostrożny, mógł je wrzucić do jednego z tych wielkich pojemników na śmieci, jak takie co to stoją na parkingach przy autostradzie. Jak przy zjeździe na Willow Creek. Ten wielki. Opróżniają go raz na tydzień i wszystko jedzie prosto na wysypisko. Nikt nigdy nie przygląda się, co wyrzucają. Zakopane pod tonami śmieci. Nie do odszukania.