– Czy tak właśnie było?
Sullivan nie odpowiedział, tylko ciągnął dalej:
– Założę się, że ci gliniarze, i ty też, Cowart, i może pogrążeni w smutku mamusia i tatuś tej dziewczynki szczególnie chcieliby wiedzieć, dlaczego w ogóle ta dziewczynka wsiadła do samochodu, co? To by była niezła informacja? Dlaczego tak się stało, co?
– Powiedz dlaczego?
Blair Sullivan zasyczał w słuchawce:
– Wola Boga, Cowart.
Przez chwilę zapanowało milczenie.
– A może szatana. Jak sądzisz, Cowart? Może Bóg wtedy miał zły dzień, więc pozwolił swemu byłemu zastępcy numer jeden posiać trochę zła, co?
Cowart nie odpowiedział. Wsłuchiwał się w szeptane słowa, które przelatywały przez słuchawkę i z impetem wpadały mu do ucha.
– Sądzę, Cowart, że ktokolwiek to był, kto namówił tę dziewczynkę, żeby wsiadła do samochodu, powiedział coś w rodzaju: „Kochanie, czy mogłabyś wskazać mi drogę? Zgubiłem się i muszę jakoś znaleźć drogę”. Czy to nie prawda Boża, Cowart? Ten mężczyzna w samochodzie, widzę go równie wyraźnie jak własną dłoń. Był zagubiony, tak bardzo zagubiony. Ale tego dnia się odnalazł, czyż nie?
Sullivan odetchnął ostro, zanim podjął dalej:
– A jak już ściągnął uwagę tej dziewczynki, co dalej powiedział? Może powiedział: „Kochanie, podwiozę cię do rogu, chcesz?” w bardzo szczery i naturalny sposób. – Znowu się zawahał. – Szczery i naturalny. Zupełnie jak w sennym koszmarze. Właśnie przed takim człowiekiem dobrzy ludzie przestrzegają dzieci, żeby się wystrzegały i trzymały od niego z daleka. – Przerwał i dodał dysząc: – Ale ona nie posłuchała, racja?
– To właśnie jej powiedziałeś? – zapytał Cowart niecierpliwie.
– Czy mówiłem, że to jej powiedziałem? Czyżby? Nie, ja tylko powiedziałem, że tak pewnie ktoś do niej mówił. Ktoś kto akurat tego dnia miał ochotę kogoś skrzywdzić i zamordować, i dopisało mu szczęście, że spotkał tę dziewczynkę.
Znowu się zaśmiał. Kichnął.
– Dlaczego to zrobiłeś? – spytał Cowart gwałtownie.
– Czy powiedziałem, że to zrobiłem? – odparł Sullivan, chichocząc.
– Nie, tylko drażnisz mnie…
– Wybacz mi, że się trochę zabawiam.
– Dlaczego nie powiesz prawdy? Dlaczego nie wystąpisz publicznie i nie powiesz prawdy?
– Co, i popsuję sobie całą zabawę? Cowart, nie masz pojęcia, skąd człowiek w celi śmierci czerpie swoje przyjemności.
– Dopuszczając, żeby usmażyli niewinnego człowieka…
– Czy to właśnie robię? Czyż nie mamy potężnego systemu sprawiedliwości, żeby się tym zajął? Żeby się upewnił, że żaden niewinny nie dostaje czapy?
– Wiesz, o czym mówię.
– Wiem – odparł Sullivan cicho, groźnie. – I gówno mnie to obchodzi.
– Więc po co do mnie zadzwoniłeś?
Sullivan zamilkł po drugiej stronie słuchawki. Gdy znowu zabrzmiał jego głos, był cichy i złowieszczy.
– Bo chciałem, żebyś wiedział, jak bardzo zainteresowała mnie twoja kariera zawodowa, Cowart.
– To…
– Nie przerywaj mi! – Sullivan wycedził te słowa. – Już ci to mówiłem! Gdy ja mówię, ty masz, do cholery, słuchać, Panie Reporterze. Zrozumiano?
– Tak.
– Bo chciałem ci coś powiedzieć.
– Co takiego?
– Chciałem ci powiedzieć, że to jeszcze nie koniec. To się dopiero zaczyna.
– Co przez to rozumiesz?
– Domyśl się.
Cowart czekał. Po chwili Sullivan powiedział:
– Chyba kiedyś jeszcze porozmawiamy. Lubię nasze pogawędki. Tyle się na ich skutek dzieje. Ach, jeszcze jedno.
– Co takiego?
– Słyszałeś, że Sąd Najwyższy Florydy ustalił moją samoistną apelację na jesień? Lubią trzymać ludzi w oczekiwaniu. Może sądzą, że zmienię zdanie albo co. Zdecyduję się na wszystkie możliwe apelacje i tak dalej. Może wynajmę jakieś grube ryby, tak jak Bobby Earl i zacznę kwestionować, czy usmażenie mi dupy jest zgodne z Konstytucją. To mi się podoba. Podoba mi się ich poważanie dla starego Sully’ego. – Przerwał na moment. – Ale nie wiemy jednego. Prawda, Panie Reporterze?
– Czego?
– Że się mylą. Nie zmieniłbym swojej decyzji, nawet gdyby sam Jezus zstąpił z niebios i osobiście uprzejmie mnie poprosił.
Nagle odłożył słuchawkę. Cowart podniósł się z krzesła. Poszedł do toalety, gdzie przez kilka minut polewał sobie nadgarstki zimną wodą, usiłując pozbyć się nagłej gorączki, która go owładnęła, i spowolnić bicie serca.
Jego była żona również zadzwoniła pewnego wieczoru, gdy miał już wychodzić z pracy, dzień po tym jak wystąpił w programie „Nocna Linia”.
– Matty? – powiedziała Sandy. – Widzieliśmy cię w telewizji.
W jej głosie brzmiało w związku z tym wydarzeniem jakieś dziewczęce podniecenie, które przypomniało mu o lepszych czasach, gdy byli młodzi, a ich związek był jeszcze świeży. Zaskoczył go telefon od niej, a jednocześnie ucieszył. Poczuł coś w rodzaju fałszywej skromnej satysfakcji.
– Cześć, Sandy. Jak się masz?
– Och, nieźle. Robię się gruba. Ciągle jestem zmęczona. Pamiętasz, jak to było.
Nie za bardzo, pomyślał. Przypomniał sobie, że gdy była w ciąży, na ogół pracował po czternaście godzin dziennie w redakcji działu miejskiego.
– Jak ci się podobało?
– To pewnie dla ciebie niezwykle ekscytujące. To był fantastyczny materiał.
– Cały czas jest.
– Co się stanie z tymi dwoma facetami?
– Nie wiem. Sądzę, że Ferguson będzie miał ponowny proces. Ten drugi…
Przerwała mu.
– Przeraził mnie.
– To porządnie szurnięty człowiek.
– Co się z nim stanie?
– Jeśli nie zacznie składać apelacji, gubernator podpisze zgodę na egzekucję, o ile tylko Sąd Najwyższy utrzyma wyrok w mocy. Raczej nie ma wątpliwości, że tak się stanie.
– Kiedy to nastąpi?
– Nie wiem. Sąd na ogół ogłasza swoje decyzje kilka razy. Gdzieś przed Nowym Rokiem. Będzie tylko jedna linijka w całej masie innych decyzji: „Odnośnie do: Stan Floryda przeciwko Blairowi Sullivanowi. Werdykt i wyrok sądowy podtrzymany”. Cała sprawa jest dość bezkrwawa, do czasu jak do więzienia nadchodzi rozporządzenie gubernatora. Wiesz, pełno dokumentów, podpisów, oficjalnych pieczęci i tego rodzaju rzeczy, aż w końcu komuś przypada w udziale usmażenie faceta. Strażnicy więzienni nazywa jato odrobieniem zadania śmierci.
– Świat chyba nic na tym nie straci, jak on już zginie – powiedziała Sandy z nieznacznym drżeniem głosu.
Cowart nie odpowiedział.
– A jeśli nigdy nie przyzna się do swojego czynu, co się stanie z Fergusonem?
– Nie wiem. Stan może go ponownie sądzić. Może zostać uniewinniony. Może pozostać w celi śmierci. Może się wydarzyć cała masa dziwnych rzeczy.
– Jeśli stracą Sullivana, czy kiedykolwiek ktoś dowie się prawdy?
– Dowie się prawdy? Wydaje mi się, że już znamy prawdę. Prawda jest taka, że Ferguson nie powinien siedzieć w celi śmierci. Ale żeby tej prawdy dowieść? To całkiem inna sprawa. Naprawdę trudna.
– A co teraz będzie z tobą?
– To co do tej pory. Będę zajmował się tą sprawą do końca. Potem będę znowu pisał felietony, aż się zestarzeję, powypadają mi zęby i w końcu zdecydują się przerobić mnie na klej. Tak robią ze starymi końmi wyścigowymi i z felietonistami, wiedziałaś?
Roześmiała się.
– Przestań. Dostaniesz Pulitzera.
Uśmiechnął się.
– Wątpię – skłamał.
– Tak, dostaniesz. Czuję to. Wtedy pewnie odstawią cię do stajni ogierów.
– To by się nazywało mieć szczęście.