W tym czasie miał tylko jeden koszmarny sen: gwałtowną senną wizję Fergusona i Sullivana, wpychających go przemocą do wagonika jednej z najbardziej zwariowanych kolejek górskich i wydzierających mu córkę.
Obudził się, chwytając z trudem powietrze. Usłyszał zaspany, pytający głos Becky:
– Tatusiu?
– Nic mi nie jest, kochanie. Wszystko w porządku.
Odetchnęła głęboko, przekręciła się na drugi bok, zanim zapadła powtórnie w sen. Pozostał w łóżku, czując otaczające go zewsząd zimne, klejące prześcieradła.
Tydzień przebiegł, jakby popędzany niecierpliwością dziecka, zbity w jeden nieprzerwany ciąg wydarzeń. Kiedy nadszedł w końcu czas na zabranie jej do domu, jechał powoli, ociągając się i zatrzymując: najpierw w Wodnym Świecie – na kilka zjazdów po mokrej ślizgawce, potem skręt z głównej drogi do baru z hamburgerami. Ponowny przystanek na lody i wreszcie czwarty na parkingu sklepu z zabawkami, by kupić jeszcze jeden prezent. Gdy w końcu dojechali do zamożnych przedmieść Tampy, gdzie mieszkała obecnie ze swym nowym mężem jego była żona, jechał tak wolno, że samochód ledwie się toczył leniwą o tej porze ulicą. Odwlekał, jak mógł, chwilę pożegnania, jednak jego niechęć do rozstania się z córką ginęła w radosnym entuzjazmie, z jakim pokazywała mu mijane domy przyjaciółek.
Pod domem jego córki wybudowano długi, półokrągły podjazd. Starszy ciemnoskóry człowiek popychał kosiarkę do trawy po rozciągającym się bezkreśnie trawniku. Jego stary samochód, kiedyś zapewne czerwony, teraz wyblakły od słońca do rdzawego brązu, stał zaparkowany nieopodal. Zauważył słowa: NED – KOMPLEKSOWA OBSŁUGA TRAWNIKÓW, wypisane białą farbą na boku wehikułu. Starszy człowiek zatrzymał się na chwilę, by obetrzeć pot ściekający mu po twarzy i pomachać do Becky, która natychmiast odpowiedziała mu tym samym. Cowart zobaczył, jak za moment ponownie pochyla się nad urządzeniem, dzięki któremu trawa za chwilę nabierze jednolitej, pożądanej przez właścicieli domu wysokości. Kołnierzyk jego koszuli odcinał się ciemniejszą plamą od szyi.
Cowart podniósł wzrok na drzwi frontowe. Dwa szerokie skrzydła z rzeźbionego drewna. Sam dom był jednopiętrowy, budowany na wzór bogatych domów kolonialnych, okrywający swą masą całe niewielkie wzniesienie. Tuż nad linią dachu widać było czarną, połyskliwą taflę basenu. Przed domem rósł równo przycięty szpaler krzewów, przypominający swą nieskazitelnością makijaż zrobiony uważną, wprawną ręką. Becky wypadła z samochodu i pognała do wnętrza domu.
Stał przez chwilę, czekając na pojawienie się Sandy. Nabrzmiała oczekiwaniem ostatnich miesięcy ciąży, posuwała się ostrożnie, walcząc z gorącem i własną ociężałością. Obejmowała ramieniem córkę.
– Pełen sukces?
– Wyczerpaliśmy wszelkie możliwości.
– Tak też sądziłam. Jesteście wykończeni?
– Trochę.
– A tak w ogóle jak się miewasz?
– Dobrze.
– Wiesz, nadal się o ciebie martwię.
– Cóż, dziękuję, ale u mnie wszystko w porządku. Nie musisz się martwić.
– Chciałabym móc z tobą porozmawiać. Możesz wejść? Na kawę? Albo na coś zimnego? – Uśmiechnęła się. – Chciałabym o wszystkim posłuchać. Tyle się przecież wydarzyło.
– Becky z pewnością ci o wszystkim opowie.
– Nie o to mi chodziło – powiedziała.
Potrząsnął przecząco głową.
– Muszę wracać. I tak już jestem spóźniony.
– Tom będzie w domu za jakieś pół godziny. Chętnie by się z tobą zobaczył. Bardzo mu się podobały twoje ostatnie artykuły. Mówił, że to kawał dobrej roboty.
Nadal jednak przecząco potrząsał głową.
– Podziękuj mu ode mnie. Naprawdę muszę jechać. I tak będę w Miami dopiero koło północy.
– Bardzo bym chciała… – zaczęła. Zatrzymała się i już innym tonem dokończyła: – Dobrze. Niedługo porozmawiamy.
Skinął głową.
– Daj mi buziaka, kochanie. – Ukląkł obok córki i uściskał ją z całych sił. Czuł jej energię przepływającą w niego przez chwilę, ten jej niewysłowiony, nieskończony entuzjazm. Wysunęła się z jego objęć.
– Do widzenia, tatusiu. – Jej głos miał w sobie ledwie dostrzegalną, pękniętą nutkę.
Wyciągnął dłoń, pogłaskał ją delikatnie po policzku i powiedział:
– Tylko nie mów mamie, co przez ten czas jadłaś… – Zniżył głos do scenicznego szeptu: -… Ani o tych wszystkich prezentach. Mogłaby być zazdrosna.
Becky uśmiechnęła się i energicznie przytaknęła.
Zanim wsunął się za kierownicę, odwrócił się jeszcze i pomachał im z udawaną beztroską. Mruknął do siebie:
– Świetnie zagrałeś rozwiedzionego ojca. Opanowałeś rolę do perfekcji.
Wściekłość na siebie nie opuściła go przez kilka następnych godzin.
W redakcji Martin próbował go zainteresować kilkoma potencjalnymi hitami na stronę redakcyjną – bez rezultatu. Raz po raz łapał się na rozmyślaniach, dotyczących przebiegu zbliżającego się procesu Fergusona, chociaż tak naprawdę nie oczekiwał, że się odbędzie. Lato na Florydzie przeciągało się, przechodząc powoli w jesień, bez najmniejszej zmiany temperatury czy wilgotności powietrza. Postanowił wrócić do Pachouli i napisać coś o reakcjach w mieście na uwolnienie Fergusona.
Pierwszy telefon, jaki wykonał ze swego pokoju hotelowego, był do Tanny’ego Browna.
– Poruczniku? Matthew Cowart z tej strony. Chciałem po prostu zaoszczędzić panu kłopotu z bazowaniem na informacjach od szpiegów i informatorów. Będę w mieście przez kilka dni.
– Mogę spytać po co?
– Ciekaw jestem, co nowego w sprawie Fergusona. Nadal macie zamiar ponownie go zaskarżyć?
Detektyw zaśmiał się.
– Ta decyzja należy do prokuratora stanowego, nie do mnie.
– Niby tak, ale jego decyzja jest oparta na informacjach, których wy mu dostarczacie. Macie coś nowego?
– Sądzi pan, że powiedziałbym panu, gdyby się coś pojawiło?
– Po prostu pytam.
– No cóż, ponieważ Roy Black i tak powiedziałby panu, nie, nic nowego.
– A co z Fergusonem? Co robił ostatnio?
– Dlaczego go pan o to sam nie zapyta?
– Mam zamiar.
– To niech pan jedzie najpierw do niego, a potem do mnie zadzwoni.
Cowart odwiesił słuchawkę, ulegając niejasnemu wrażeniu, że detektyw drwił sobie z niego. Następnie przejechał przez las pełen sosen i cieni, kierując się w stronę domu babci Fergusona. Zajechał tam, wzniecając tumany kurzu i rozganiając stadko zdezorientowanych kur, a następnie stanął na ubitej ziemi. Przez chwilę czekał na jakiś znak życia, a nie doczekawszy się, wszedł po schodach na ganek i zapukał we framugę drzwi. Po chwili usłyszał niespieszne szuranie nogami, w drzwiach zaś pojawiła się kilkucentymetrowa szczelina.
– Pani Ferguson? To ja, Matthew Cowart, z gazety „Journal”.
Drzwi uchyliły się nieco szerzej.
– Czego? A, to znowu ty, Panie Biały Dziennikarzu.
– Gdzie jest Bobby Earl? Chciałbym z nim porozmawiać.
– Wrócił na północ.
– Co?
– Uczy się w New Jersey.
– A kiedy wyjechał?
– Będzie z tydzień. Nic tu po nim, Biały Człowieku. Wiesz to tak samo jak ja.
– Ale co z procesem?
– To jego sprawa.
– Jak mógłbym się z nim skontaktować?
– Powiedział, że napisze. Jeszcze nie napisał, to i adresu nie znam.
– Czy coś się wydarzyło tutaj, w Pachouli? Przed jego wyjazdem?
– Ja nic nie wiem. Jeszcze coś, Panie Biały Dziennikarzu?
– Nie.
Cowart zszedł z ganku, spojrzał w górę na dom. Drzwi zatrzasnęły się głośno.