Выбрать главу

– Oczywiście nie winimy pana, panie Cowart. – Przerwał na chwilę. – A co tam, może i trochę tak. Nie możemy po prostu przestać myśleć, że gdzieś po drodze coś poszło źle. Pewnie to nie pana wina. Zupełnie nie pana. Kruche to było, tak jak powiedziałem. Kruche, to i się rozpadło.

Wielki mężczyzna ujął żonę za rękę i razem schronili się w mroku swego domu, zostawiając na zewnątrz nożyce i Cowarta.

Rozmawiając z Fergusonem, został niemalże przytłoczony podnieceniem w jego głosie. Wydawało się, jakby był tuż obok, a nie rozmawiał przez telefon, oddzielony znaczną przestrzenią.

– Nie wiem, jak panu dziękować, panie Cowart. Nie stałoby się tak, gdyby nie pańska pomoc.

– Stałoby się, prędzej czy później.

– Nie, proszę pana. To pan puścił koło w ruch. Gdyby nie pan, nadal siedziałbym w celi śmierci.

– Co pan teraz zamierza, Ferguson?

– Mam dużo planów, panie Cowart. Plany, żeby coś wyszło z tego mojego życia. Skończyć studia. Zrobić karierę. Tak jest. – Ferguson przerwał, a po chwili dodał: – Czuję się taki wolny, że mogę zrobić dosłownie wszystko.

Cowart już gdzieś słyszał takie stwierdzenie, nie mógł sobie jednak przypomnieć, kto i kiedy je wypowiedział. Nie chcąc sobie łamać nad tym głowy, zapytał:

– Jak idą studia?

– O, dużo się nauczyłem – oznajmił Ferguson. Zaśmiał się krótko. – Czuję, że wiem stokroć więcej, niż wiedziałem. Tak. Wszystko jest teraz inaczej. Była to niezła szkoła.

– Zamierza pan zostać w Newark?

– Nie jestem do końca pewny. Tutaj, panie Cowart, jest nawet zimniej, niż pamiętałem. Myślę, że powinienem wrócić na południe.

– Pachoula?

Ferguson zawahał się chwilę, zanim odpowiedział.

– Raczej nie. To miejsce nie przyjęło mnie zbyt gościnnie po tym, jak wyszedłem z celi śmierci. Ludzie się gapili. Słyszałem, jak mówią o mnie za plecami. Pokazywali mnie sobie. Nie mogłem iść nawet do sklepu, żeby zaraz za rogiem nie ustawiał się wóz policyjny. Było tak, jakby ciągle mnie obserwowali, jakby wiedzieli, że zaraz coś zrobię. Zabrałem babcię na mszę w niedzielę, zaraz odwracały się za nami głowy, gdy tylko weszliśmy w drzwi. Chciałem znaleźć pracę, ale gdzie bym nie poszedł, zawsze właśnie przed chwilą znaleźli już kogoś na to miejsce, i nie robiło różnicy, czy szef był czarny, czy biały. Patrzyli na mnie, jakbym był wcieleniem diabła, przechadzającym się w ich przytomności, a oni nie mogli na to nic poradzić. To było złe, panie Cowart, naprawdę złe. I nie było jednej cholernej rzeczy, którą mógłbym z tym zrobić. Ale, panie Cowart, Floryda to duży stan. Wie pan, nawet ostatnio jeden kościół z Ocala prosił mnie, abym przyjechał i opowiedział o tym, co mi się przydarzyło. I nie byli pierwsi. Więc jest trochę miejsc, w których nie uważają mnie za jakiegoś zboczonego pomyleńca. Może tylko w Pachouli. Ale to się nie zmieni tak długo, jak długo będzie tam Tanny Brown.

– Będzie pan w kontakcie?

– Ależ oczywiście – odparł Ferguson.

Pod koniec stycznia, prawie rok po otrzymaniu pamiętnego listu od Roberta Earla Fergusona, Matthew Cowart dostał za swe artykuły nagrodę Związku Dziennikarzy Stanu Floryda. Wkrótce po niej został uhonorowany nagrodami ze Szkoły Dziennikarstwa Penney Missouri oraz nagrodą Ernie Pyle, przyznaną przez koncern prasowy Scripps-Howard.

W tym samym czasie Sąd Najwyższy Stanu Floryda utrzymał w mocy wyrok skazujący dla Blaira Sullivana. Tego dnia Cowart odebrał jeszcze jeden telefon na swój koszt.

– Cowart? To ty?

– To ja, panie Sullivan.

– Słyszałeś o decyzji sądu?

– Tak. Co pan zamierza zrobić? Musi pan tylko zdobyć się na rozmowę z jednym prawnikiem. Czemu pan nie zadzwoni do Roya Blacka?

– Panie Cowart, czy ja według pana jestem skazany na brak zasad? – Zaśmiał się. – Dobre, co? Skazany, rozumie pan? Czy pan sądzi, że ja nie mam sumienia? Ale kawał! A czemu ty myślisz, że nie będę się trzymać tego, co już powiedziałem, co?

– Nie wiem. Może dlatego że uważam, że warto żyć.

– Nie miałeś mojego życia.

– To prawda.

– I nie masz też przed sobą tego, co mnie czeka. Pewnie sobie myślisz, że nie mam za dużej przyszłości. Ale możesz się jeszcze zdziwić.

– Będę czekał.

– Wiesz pan co, panie Cowart? Najśmieszniejsze jest to, że naprawdę nieźle się teraz bawię.

– Cieszę się.

– Chcesz pan wiedzieć jeszcze coś, panie Cowart? Jeszcze pogadamy. Kiedy już będzie bardzo blisko.

– Czy coś już panu mówiono o dacie?

– Nie. Nie wiem, co robi przez cały ten czas gubernator.

– Pan naprawdę chce umrzeć, panie Sullivan?

– Mam plany, panie Cowart. Wielkie plany. Śmierć jest tylko ich małą częścią. Jeszcze zadzwonię.

Odłożył słuchawkę. Matthew Cowart poczuł dreszcz. Pomyślał, że to trochę tak jakby rozmawiał z nieboszczykiem.

Pierwszego kwietnia Matthew Cowart otrzymał prestiżową nagrodę Pulitzera za wybitne osiągnięcia w kategorii reportażu prasowego.

W czasach, które obecnie mogłyby uchodzić za zamierzchłe, kiedy to telegrafy wystukiwały mozolnie potoki słów, układające się w wiadomości z ostatniej chwili, w dniu, w którym ogłaszano nazwiska laureatów nagrody Pulitzera, miały miejsce pewnego rodzaju rytualne zgromadzenia wokół telegrafu. Każdy chciał być pierwszym, który zobaczy nazwiska nagrodzonych, przesuwające się na taśmie. Agencja „The Associated Press” konkurowała zazwyczaj z „United Press International”, która z nich szybciej zgarnie nazwiska laureatów, a następnie wypuści gotowy reportaż. Stare telegrafy miały na wyposażeniu dzwonek, który odzywał się zawsze, ilekroć po drucie nadciągał jakiś gorący temat. Dlatego też w dzień ogłoszenia listy laureatów w redakcjach panowała niemalże religijna atmosfera, wzmacniana jeszcze pobrzmiewaniem dzwonków. Swoista aura romantyzmu unosiła się nad redakcją, gdy telegraf wystukiwał pospiesznie nazwiska przy akompaniamencie wiwatów lub jęków zawodu, wydawanych gromko przez tłumnie zgromadzonych redaktorów i dziennikarzy. Wszystko to zostało teraz zastąpione natychmiastową transmisją przez łącza komputerowe. Teraz nazwiska pojawiały się bezszelestnie na wszechobecnych zielonych ekranach, którymi usiany był nowoczesny pokój redakcyjny. Natomiast wiwaty i jęki pozostały takie same.

Spędził całe popołudnie na konferencji dotyczącej gospodarowania zasobami wodnymi. Kiedy wszedł do pokoju redakcyjnego, wszyscy pracownicy wstali klaszcząc.

Fotograf zrobił zdjęcie, gdy wręczano mu kieliszek szampana, a potem popchnięto go do monitora, żeby sam mógł przeczytać. Były okolicznościowe gratulacje od redaktora naczelnego oraz redaktora działu miejskiego, Will Martin zaś powiedział:

– Cały czas wiedziałem, że tak będzie.

Został zalany falą telefonów gratulacyjnych. Zadzwonił Roy Black i Robert Earl Ferguson, z którym rozmawiał dosłownie przez chwilę. Tanny Brown również się odezwał i stwierdził z rezerwą:

– No cóż, cieszę się, że przynajmniej ktoś coś z tego ma.

Zadzwoniła jego była żona, płacząc:

– Wiedziałam, że stać cię na to.

W tle słychać było krzyk niemowlęcia. Jego córka aż piszczała z radości, rozmawiając z nim. Nie do końca rozumiała, co się stało, ale i tak była zachwycona. Trzy lokalne stacje telewizyjne przeprowadziły z nim obszerne wywiady. Telefonował również przedstawiciel jednego z wydawnictw z zapytaniem, czy nie byłby zainteresowany napisaniem książki. Producent, który nabył prawa do sfilmowania historii życia Roberta Earla Fergusona, nie omieszkał zadzwonić, dając do zrozumienia, że i jemu coś się należy. Nie dał się łatwo zbyć, skłaniając w końcu recepcjonistkę selekcjonującą napływające telefony, aby go połączyła z Cowartem.