– Pan Cowart? Tutaj Jeffery Maynard. Dzwonię z Instacom Productions. Bylibyśmy bardzo zainteresowani zrobieniem filmu opartego na wynikach pańskiej pracy.
Producent miał zdyszany, nerwowy głos, jakby każda mijająca sekunda oznaczała zmarnowaną szansę i stracone pieniądze.
Cowart odpowiedział powoli:
– Przykro mi, panie Maynard, ale…
– Proszę mi nie odmawiać, panie Cowart. Rozmawialiśmy już ze wszystkimi tutejszymi decydentami; jesteśmy naprawdę zainteresowani uzyskaniem praw od wszystkich osób zamieszanych w tę sprawę. Mówimy tutaj o niebagatelnych pieniądzach, dla pana zaś być może o szansie wydostania się z gazety.
– Nie mam chęci wydostawać się z gazety.
– Myślałem, że wszyscy dziennikarze chcieliby robić coś innego.
– Źle pan myślał.
– Tak czy inaczej, chciałbym się z panem spotkać. Rozmawialiśmy już ze wszystkimi innymi, mamy zapewnioną ich pełną współpracę i…
– Zastanowię się nad tym, panie Maynard.
– Odezwie się pan do mnie?
– Pewnie.
Cowart odłożył słuchawkę, nie mając najmniejszej chęci odezwania się kiedykolwiek. Wrócił do atmosfery podniecenia, zalewającego redakcję, popijając szampana z plastikowego kubka, pławiąc się w skierowanej na niego uwadze, czując, jak wszelkie pytania i cała niepewność rozpływają się w morzu uścisków i gratulacji.
Kiedy jednak wrócił wieczorem do domu, nadal był sam.
Wszedł do mieszkania i pomyślał o Vernonie Hawkinsie, mającym za całe towarzystwo swe wspomnienia i kaszel. Nieżyjący detektyw zdawał się dzisiaj zajmować każdy zakamarek jego wyobraźni. Starał się zmusić ducha przyjaciela do złożenia mu gratulacji, przekonując sam siebie, że Hawkins byłby jednym z pierwszych dzwoniących, pierwszym, który otworzyłby drogą, dostępną nielicznym butelkę szampana. Wyobrażenie to jednak ciągle mu gdzieś uciekało. Jedyny obraz, który ciągle do niego wracał, to wizja starego detektywa w jego szpitalnym łóżku, mówiącego z trudem poprzez gęste, senne opary leków i tlenu:
– Jak brzmi Dziesiąte Prawo Ulicy, Matty?
Usłyszał własna odpowiedź:
– Chryste, Vernon, naprawdę nie wiem. Odpocznij trochę.
– Dziesiąte Prawo brzmi: Nic nie jest takie, jak się wydaje.
– A co by to niby miało oznaczać?
– Znaczy to, że tracę głowę. Zawołaj mi pielęgniarkę, tylko nie tę starą. Młodą, tę z dużymi cyckami. Powiedz, że proszę o zastrzyk. Nie ma znaczenia jaki, byle tylko przez kilka minut potarła mi tyłek watką umoczoną w spirytusie, zanim mi przyładuje.
Zawołał wtedy pielęgniarkę i patrzył, jak stary dostaje swój zastrzyk, a potem z szerokim, łobuzerskim uśmiechem wpada w senne odrętwienie.
Ale ja wygrałem, Vernon. Dopiąłem swego, powiedział do siebie. Spojrzał raz jeszcze na pierwsze wydanie, które przyniósł do domu. Zdjęcie i artykuł widniały ponad linią złożenia gazety: Reporter „Journala” nagrodzony Pulitzerem za artykuły z celi śmierci.
Przez większą część nocy bezsennie patrzył w czarną przestrzeń nieba, pozwalając euforii mieszać się z wątpliwościami, aż wreszcie podniecenie wywołane otrzymaniem nagrody przyćmiło wszystkie inne uczucia i zasnął, odurzony swym zastrzykiem sukcesu.
W dwa tygodnie później, podczas gdy Matthew Cowart nadal płynął na fali swych osiągnięć, inny temat pojawił się na elektronicznych łączach.
Na ekranach ukazała się wiadomość, że gubernator podpisał decyzję wykonania wyroku śmierci dla Blaira Sullivana. Termin egzekucji na krześle elektrycznym został tym samym naznaczony na północ, siedem dni od daty złożenia podpisu pod dokumentem. Wiele osób spekulowało, że Sullivan może uniknąć wykonania wyroku, jeżeli w którymkolwiek momencie w ciągu następnego tygodnia zdecyduje się złożyć apelację. Gubernator uznał ten fakt, podpisując wyrok. Ze strony więźnia nie było jednak żadnej zauważalnej reakcji.
Minął jeden dzień, potem drugi, trzeci i czwarty. Rankiem piątego dnia od podpisania wyroku, gdy Cowart siedział rano przy biurku, zadzwonił telefon. Szybko złapał słuchawkę.
Po drugiej stronie dał się słyszeć głos sierżanta Rogersa z więzienia.
– Cowart? Jest pan tam?
– Tak, sierżancie. Oczekiwałem na wiadomość od pana.
– Zaczyna być blisko, prawda?
To pytanie nie wymagało odpowiedzi.
– A co z Sullivanem?
– Chodzi pan czasem oglądać węże w zoo? Patrzeć na nie przez szyby, za którymi siedzą? Nie ruszają się specjalnie, tylko oczy im chodzą, z jednej strony na drugą, kontrolując wszystko. Taki właśnie jest teraz Sully. Mamy niby obserwować go, ale tak naprawdę to on śledzi każde nasze poruszenie, jakby na coś czekał albo czegoś się spodziewał. W niczym nie przypomina tych innych chłoptasiów, co też czekali na kocioł.
– A co się zwykle dzieje?
– Ogólnie rzecz biorąc, zaczynają się tu kręcić hordy prawników, księży i tych od demonstracji. Wszyscy są jak nakręceni, latają do różnych sędziów i sądów, spotykają się z tym, gadają o tamtym. Ani się nie obejrzysz, a już nadchodzi czas. Jedna rzecz, którą da się powiedzieć o tym, kiedy stan chce ci dokręcić śrubę: Nie jesteś wtedy sam. Jest rodzina i różni życzliwi, którzy mówią o Bogu, sprawiedliwości i innych takich, dopóki ci uszy nie odpadną. I to jest normalne. Nie to co teraz. Nie ma nikogo wewnątrz ani na zewnątrz, kto by tu przyszedł dla Sully’ego. Jest po prostu sam. Czekam tylko, kiedy wybuchnie, taki jest nabuzowany.
– Będzie składał apelację?
– Mówi, że nię.
– A jak pan myśli?
– Jest facetem, który dotrzymuje słowa.
– A co sądzą inni?
– Generalnie większość uważa, że jednak się posypie, może nawet ostatniego dnia poprosi kogoś, żeby apelował, dostanie odroczenie, a potem będzie siedział tutaj przez następne dziesięć lat, zmieniając tylko sądy na coraz wyższe instancje. Ostatnie zakłady były dziesięć do pięćdziesięciu, jeżeli faktycznie wyląduje na krześle. Ja też postawiłem na to pewną sumkę. Tak przynajmniej uważa facet od gubernatora. Mówił, że chcieli po prostu złapać go na bladze. Ale on wszystkich nieźle przetrzymuje. Balansuje na krawędzi.
– Jezu.
– Tak. O nim też tutaj dużo ostatnio słyszymy.
– A co z przygotowaniami?
– Krzesło działa bez zarzutu, sprawdzaliśmy je właśnie dziś rano. Zabije za jednym kopnięciem, nie ma się co czarować. Tak czy inaczej, będzie przeniesiony do izolatki dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Może sobie zamówić wtedy posiłek, zgodnie z tradycją. Nie obcinamy mu teraz włosów ani nie robimy żadnych innych przygotowań, dopiero na kilka godzin przed. Do tego czasu wszystko biegnie tak normalnie, jak tylko się da. Inni faceci w celi śmierci są bardzo niespokojni; nie lubią widzieć, że ktoś nie walczy. Kiedy wychodził Ferguson, ożywiło to wszystkich, było tak, jakby im ktoś dał zastrzyk nadziei. Teraz przez Sully’ego są nieźle wkurzeni i jakby trochę się boją. Nie wiem, co się tutaj może stać.
– Musi być panu ciężko.
– Pewnie. Ale w końcu to nic innego jak moja zwykła praca.
– Czy Sully z kimś rozmawiał?
– Nie. Ale dlatego właśnie dzwonię.
– Słucham?
– Chce pana widzieć. Osobiście. Natychmiast.
– Mnie?
– Tak. Chce, zdaje się, żeby pan miał swój udział w przedstawieniu. Umieścił pana na liście świadków.
– Jakich świadków?
– A jak pan myśli? Goście stanu i Blaira Sullivana, zaproszeni na jego małą imprezę pożegnalną.
– Jezu. Chce, żebym oglądał egzekucję?
– No.
– Boże! Nie wiem, czy…
– Dlaczego pan go zresztą sam nie zapyta? Musi pan zrozumieć, panie Cowart, że nie ma za dużo czasu. Miło nam się tak gawędzi przez telefon, ale sądzę, że lepiej by pan zrobił, zamawiając sobie teraz miejsce w samolocie. Niech się pan tu zjawi jeszcze dziś po południu.