Выбрать главу

– Ma pan rację, ma pan rację. Będę tam. Boże.

– To była pańska opowieść, panie Cowart. Zdaje się, że nasz stary znajomy Sully po prostu chce, żeby pan dopisał ostatni rozdział, co? Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zaskoczyło.

Matthew Cowart nic nie odpowiedział. Odłożył słuchawkę. Zajrzał do gabinetu Willa Martina i szybko wytłumaczył powód nagłego wezwania.

– Jedź – usłyszał. – Jedź natychmiast. To niesamowity materiał. Nic już nie mów, uciekaj.

Jeszcze tylko pospieszna rozmowa z redaktorem naczelnym, a potem biegiem do mieszkania po szczoteczkę do zębów i ubranie na zmianę.

W ostatniej chwili zdążył na południowy samolot.

Było już późne popołudnie, kiedy dotarł do więzienia, wyciskając ostatnie poty z wynajętego samochodu, gnając przez szary, ociekający deszczem dzień. Naglący dźwięk stale pracujących wycieraczek nie pozwolił mu zwolnić ani na chwilę. Sierżant Rogers czekał już na niego w biurze więziennym. Uścisnęli sobie ręce jak członkowie jednej drużyny, spotykający się na zjeździe koleżeńskim.

– Niezły czas – stwierdził sierżant.

– Wie pan, czuję na własnej skórze to całe zwariowanie. Jadę i myślę o każdej minucie, każdej sekundzie. Jakiego nagle nabrały znaczenia.

– To prawda – przytaknął sierżant. – Nie ma to jak mieć naznaczony dzień i godzinę pożegnania z tym światem, wtedy nagle każda chwilka staje się strasznie ważna.

– Przerażające.

– W samej rzeczy. Tak jak już mówiłem panu, panie Cowart, cela śmierci daje człowiekowi zupełnie inne spojrzenie na życie.

– Nikt na zewnątrz nie demonstruje?

– Jeszcze nie. Ktoś naprawdę musiałby nienawidzić kary śmierci, żeby tłuc się po takim deszczu dla starego Sully’ego. Sądzę, że przybędą za jakiś dzień lub dwa. Podobno dziś wieczorem ma się przejaśnić.

– Pokazał się tu jeszcze ktoś do niego?

– Są prawnicy z papierami gotowymi do podpisu, gdyby chciał się odwoływać, ale na razie nikogo nie wezwał. Tylko pana. Byli też jacyś detektywi. Ci dwaj z Pachouli zjawili się tu wczoraj, ale nie chciał z nimi gadać. Tak samo paru facetów z FBI i kilku innych z Orlando i Gainesville. Wszyscy chcieli się czegoś dowiedzieć o paru morderstwach, których jak dotąd nie udało się z nikim skojarzyć. Też nie chciał ich widzieć. Chce tylko pana. Może panu coś powie. Pomogłoby niejednemu, gdyby puścił trochę pary z gęby. Tak jak to zrobił stary Ted Bunny, zanim poszedł na krzesło. Wyjaśnił mnóstwo zagadek, nad którymi mnóstwo luda łamało sobie bezskutecznie głowę. Nie wiem, czy mu to zostało policzone, kiedy dotarł na tamtą stronę, ale któż to, u diabła, może wiedzieć?

– Chodźmy.

– Racja.

Sierżant Rogers pobieżnie sprawdził zawartość notesu i teczki Cowarta, a po dopełnieniu tej formalności poprowadził go przez sale odwiedzin i długi ciąg elektronicznie zamykanych krat, aż do wnętrza więzienia. Sullivan już czekał. Sierżant postawił krzesło po zewnętrznej stronie kraty i wskazał je Cowartowi.

– Potrzebna mi większa prywatność – zakasłał Sullivan.

Cowart zauważył, że więzień wydawał się bledszy. Zaczesane gładko do tyłu włosy pobłyskiwały w świetle jedynej, wiszącej na drucie żarówki. Sullivan chodził nerwowo od ściany do ściany, splatając i rozplatając palce. Przygarbiona sylwetka nadawała mu wygląd znacznie starszego, niż był w istocie.

– Sully, wiesz dobrze, chłopie, że nie ma nikogo ani w celi po prawej, ani po lewej. Możesz rozmawiać tak, jak jest – cierpliwie tłumaczył sierżant.

Więzień pozwolił błyskowi uśmiechu przemknąć po twarzy.

– Urządzają to tak, jakby to już był grób – powiedział do Cowarta, obserwując oddalającego się sierżanta. – Ma być cicho i spokojnie, żeby człowiek mógł się zacząć przyzwyczajać do życia w trumnie. – Podszedł do krat i szarpnął. – Zupełnie jak trumna. Zabite na głucho.

Blair Sullivan roześmiał się z wysiłkiem, aż w końcu śmiech przeszedł w ni to gwizd, ni to westchnięcie.

– No, Cowart, nieźle wyglądasz.

– Nie narzekam. Jak mógłbym panu pomóc?

– Dojdziemy i do tego, spokojnie. Daj mi chwilę, żebym się mógł nacieszyć. Hej, słyszałeś coś o naszym chłoptasiu, Bobbym Earlu?

– Kiedy dostałem nagrodę, zadzwonił z gratulacjami. Ale nie miałem z nim okazji tak naprawdę porozmawiać. Z tego co wiem, wrócił na studia.

– Powaga? Jakoś mi nie wyglądał na kujona. Ale kto wie, może uniwerek ma dla naszego Bobby’ego jakieś specjalne atrakcje? Kto to wie?

– O czym pan mówi?

– Nic, nic. Nic, czego nie musiałbyś pamiętać za jakiś czas. – Blair Sullivan odrzucił w tył głowę i poddał się dreszczowi. – Czy uważasz, Cowart, że tu zimno?

Cowart czuł strużki potu ściekające mu po plecach.

– Nie. Gorąco.

Sullivan skrzywił się w uśmiechu i wykasłał jeszcze jeden rechot.

– Niezły kawał, co, Cowart? Porobiło się tak, że już nie odróżniam. Nie mogę powiedzieć, czy jest zimno, czy ciepło. Dzień czy noc. Jak dziecko. Zdaje się, że to normalne, jak się umiera, znaczy. Po prostu cofasz się w czasie.

Wstał i podszedł do małej umywalki w rogu celi. Odkręcił kran, pochylając się i pociągając wodę wielkimi łykami.

– Ciągle chce mi się pić. Sucho w ustach. Jakby coś wysysało ze mnie całą wilgoć.

Cowart się nie odezwał.

– Spodziewam się zresztą, że kiedy kopną mnie pierwszy raz tymi dwudziestoma pięcioma setkami woltów, wszystkim, co tam będą, pewnie też zachce się pić.

Matthew Cowart poczuł ucisk w gardle.

– Ma pan zamiar się odwoływać?

Sullivan nachmurzył się.

– A jak myślisz?

– Nic nie myślę.

Więzień patrzył przez chwilę w milczeniu na Cowarta.

– Musisz zrozumieć, Cowart, teraz czuję się bardziej żywy niż kiedykolwiek przedtem.

– Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć?

– Ostatnia wola i testament. Deklaracja umierającego. Słynne ostatnie słowa. Brzmi nieźle?

– Zależy od pana.

Sullivan zwinął dłoń w pięść i uderzył w duszne powietrze celi.

– Pamiętasz, kiedy mówiłem, jak daleko mogę sięgnąć? Pamiętasz, jak powiedziałem, że te kraty i ściany to tak naprawdę lipa, co, Cowart? Mówiłem przecież, pamiętasz, że nie boję się śmierci, czekam na nią. Myślę, że czeka na mnie bardzo specjalne miejsce w piekle, nie sądzisz? Naprawdę. I ty mi pomożesz się tam dostać.

– Jak?

– Zrobisz dla mnie parę rzeczy.

– A jeśli się nie zgodzę?

– Zgodzisz się. Nic na to nie poradzisz, Cowart, ale siedzisz w tym po szyję. Może nie?

Cowart skinął głową, zastanawiając się, na co właściwie się zgadza.

– Dobra, Cowart, Panie Superdziennikarzu. Chcę, żebyś gdzieś dla mnie pojechał i zaprzągł do pracy te swoje superdziennikarskie talenty. To taki mały domek. Chcę, żebyś zapukał w drzwi. Jeśli nie będzie odpowiedzi, masz wejść do środka. Nie przejmuj się, jeżeli będzie zamknięte. Nie pozwól, żeby cokolwiek stanęło ci na drodze. Masz wejść do tego domu, nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, po prostu masz tam wejść. Rozumiesz? Miej oczy szeroko otwarte. Zapamiętaj wszystkie szczegóły, wszystko co będzie w środku, słyszysz? Zrób wywiad ze wszystkimi, co tam będą…

W słowach Blaira Sullivana zabrzmiał sarkazm. Zaśmiał się.

– Powróć i powiedz mi, co widziałeś, a usłyszysz opowieść wartą twojego zachodu. Spuścizna Blaira Sullivana.

Morderca objął głowę dłońmi, a potem przesunął je na czoło, odgarniając do tyłu włosy i szczerząc zęby w uśmiechu.