Выбрать главу

– Nie rozumiem.

– Tylko pamiętaj dokładnie moje słowa, kiedy wrócisz do Pachouli. Droga do zrozumienia może być bardzo brudna. – Szorstki dźwięk głosu więźnia pobrzmiewał echem. Matthew Cowart siedział bez słowa, nie mogąc się poruszyć.

– No i co, Cowart? Udało mi się też załatwić Bobby’ego Earla? – Pochylił się w przód. – A co z tobą, Cowart? Może i ciebie zabiłem? – Blair Sullivan gwałtownie odchylił się do tyłu. – Starczy – powiedział. – Koniec opowieści. Koniec gadania. Do widzenia, Cowart. Czas na śmierć, a z tobą zobaczymy się w piekle.

Skazany człowiek wstał i powoli odwrócił się plecami do dziennikarza, zakładając ręce do tyłu i patrząc nieruchomo w przeciwległy koniec celi. Jego ramionami wstrząsała okropna mieszanina przerażenia i radości. Matthew Cowart przez chwilę jeszcze pozostał bez ruchu, nie mogąc zapanować nad członkami. Poczuł się nagle bardzo stary, garbiąc się coraz bardziej pod brzemieniem tego, co usłyszał. Głowa mu pulsowała. W gardle zaschło. Zauważył lekkie drżenie ręki, gdy wyciągał ją po notes i magnetofon. Kiedy wstał, nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Postąpił jeden krok, potem drugi, wreszcie potykając się, odszedł szybko od samotnego, patrzącego w ścianę mężczyzny. Przy końcu korytarza zatrzymał się i próbował złapać oddech. Czuł narastającą gorączkę i mdłości; starał się bardzo wziąć się w garść. Podniósł głowę, gdy usłyszał kroki. Na końcu korytarza zobaczył ponurą twarz sierżanta Rogersa, któremu towarzyszył oddział potężnie zbudowanych strażników. Ustawiali się w zwarty szyk. Dostrzegł również spoconego księdza w koloratce oraz kilkunastu urzędników więziennych, nerwowo spoglądających na zegarki. Podniósł wzrok i zauważył duży elektryczny zegar, wiszący wysoko na ścianie. Widział, jak wskazówka sekundnika przemieszcza się bezlitośnie. Do północy pozostało dziesięć minut.

Rozdział jedenasty

PANIKA

Poczuł, jak upada. Obijając się, głową naprzód, bez kontroli, prosto w dziurę bez dna.

– Panie Cowart? Wciągnął ciężko powietrze.

– Panie Cowart, wszystko w porządku, chłopie? Upadł, czując, jak jego ciało rozsypuje się na cząsteczki.

– Hej, panie Cowart, słyszy mnie pan?

Otworzył oczy, napotykając wzrokiem stanowcze, blade oblicze sierżanta Rogersa.

– Musi pan już iść i zająć swoje miejsce, panie Cowart. Nie możemy czekać na nikogo, a wszyscy oficjalni świadkowie muszą być na miejscach przed północą. – Sierżant przerwał, gestem wyrażającym wyczerpanie i napięcie przeczesał krótkie, na przepisowego jeża ostrzyżone włosy. – To nie kino, żeby można było wchodzić, kiedy się chce. Już wszystko dobrze?

Cowart skinął głową.

– Ciężka noc dla wszystkich – powiedział sierżant. – Niech pan już idzie. Prosto w drzwi. Zobaczy pan wolne miejsce z przodu, koło tego detektywa z okręgu Escambia. Tam właśnie Sully kazał pana umieścić. Bardzo przy tym obstawał. Może się pan ruszać? Naprawdę nic panu nie jest?

– Dam sobie radę – wyjęczał Cowart.

– Nie jest tak źle, jak pan myśli – powiedział ogromny strażnik. Po chwili potrząsnął głową. – Nie, to nieprawda. Jest tak źle, jak tylko może być. Jeżeli coś takiego nie wywraca ci flaków, to znak, że nie jesteś człowiekiem. Ale przeżyje pan jakoś. Prawda?

Cowart przełknął z trudem.

– Wszystko w porządku.

Strażnik przyjrzał mu się uważnie.

– Sully musiał panu nieźle nawkładać. O czym on gadał przez tyle godzin? Wygląda pan, jakby zobaczył ducha.

Zgadłeś, pomyślał Cowart, głośno zaś powiedział:

– O śmierci.

Sierżant prychnął.

– On z pewnością wie. Teraz sam zobaczy, z pierwszej ręki, i to zaraz. Musi pan już iść, panie Cowart. Śmierć nie czeka na nikogo.

Cowart wiedział coś o tym i potrząsnął głową.

– A właśnie że czeka. Cierpliwie czeka na stosowną chwilę.

Sierżant Rogers uważnie przyjrzał się dziennikarzowi.

– Przecież w końcu to nie pan wybiera się w ostatnią podróż. Jest pan pewny, że nic mu nie jest? Nie chcę, żeby tam ktoś zrobił scenę, zemdlał albo coś takiego. Musimy zachowywać się przyzwoicie, kiedy komuś dajemy kocioł.

Strażnik próbował się ironicznie uśmiechnąć. Cowart uczynił jeden chwiejny krok w stronę sali egzekucyjnej. Odwrócił się jeszcze i powiedział:

– Nic mi nie będzie.

Chciało mu się śmiać, tak wielkie było kłamstwo, które przed chwilą z siebie wydusił. W porządku, powiedział sobie. Nic mi nie będzie. Zupełnie jakby odzywał się w nim jakiś obcy głos. Pewnie, nie ma problemu. Nie ma żadnej sprawy.

Przecież tylko wypuściłem mordercę na wolność.

Miał nagłą, okropną wizję Fergusona, stojącego przed małym domkiem w Keys, drwiącego z niego, zanim wszedł do środka, by dotrzymać swej części umowy. Dźwięk głosu mordercy odbijał mu się echem w głowie. Wtedy przypomniał sobie duże, błyszczące zdjęcia Joanie Shriver, zrobione tuż po odnalezieniu jej ciała na bagnach. Pamiętał, jakie śliskie mu się wtedy wydawały, gdy dotykał ich spoconą ręką, zupełnie jakby były całe we krwi.

Nie żyję, pomyślał. Zmusił jednak stopy do powleczenia się naprzód. Przeszedł przez drzwi, gdy do północy pozostały jeszcze dwie minuty.

Pierwsze oczy, których spojrzenie napotkał, należały do Bruce’a Wilcoxa. Przysadzisty detektyw siedział w pierwszym rzędzie, miał na sobie marynarkę w jaskrawą, wesołą kratę, w chory sposób kontrastującą z ponurą okazją, z powodu której się tu znaleźli. Policjant uśmiechnął się niewyraźnie i wskazał głową miejsce obok siebie. Cowart szybko spojrzał po sali, omiatając wzrokiem mniej więcej dwunastu świadków, siedzących na składanych krzesłach ustawionych w dwóch rzędach. Wszyscy patrzyli prosto przed siebie, jakby chcieli wyryć w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół wydarzenia. Wyglądali jak figury woskowe. Nikt się nie poruszał.

Szklane przepierzenie oddzielało ich od komory egzekucyjnej, miało się więc wrażenie, że ogląda się sztukę na scenie albo patrzy w dziwaczny, trójwymiarowy ekran telewizyjny. W komorze znajdowało się już czterech mężczyzn: dwóch strażników; lekarz, trzymający małą czarną torbę; jakiś urzędnik w garniturze – ktoś szepnął: „Z biura prokuratora stanowego” – czekający pod elektrycznym zegarem.

Spojrzał na wskazówkę minutową, jak nieubłaganie zbliżała się do celu.

– Siadaj, Cowart – zasyczał detektyw – przedstawienie zaraz się zaczyna.

Cowart dostrzegł dwóch innych dziennikarzy, z „Tampa Tribune” i „The St. Petersburg

Times”. Wyglądali ponuro, ale powtórzyli ruch detektywa, nakazując mu gestem zająć miejsce, sami zaś powrócili do swych notatek, zapisując dokładnie wszystkie szczegóły. Za nimi siedziała reporterka z „Miami News”. Jej oczy wpatrzone były nieruchomo w ciągle jeszcze puste krzesło. Widział, jak mocno okręca sobie białą chusteczkę wokół zaciśniętej pięści.

Prawie przewrócił się na przygotowane dla niego miejsce. Nieustępliwy metal oparcia parzył mu plecy.

– Ciężka noc, co, Cowart? – szepnął detektyw. Nie odpowiedział. Detektyw mruknął: – Ale nie taka ciężka jak mają niektórzy.

– Nie byłbym tego taki pewny – odparł Cowart cicho. – Jak się pan tu dostał?

– Tanny ma przyjaciół. Chciał zobaczyć, czy stary Sully faktycznie pójdzie na całość. Nadal nie wierzę w to gówno, które napisałeś, że to on zabił Joanie Shriver. Tanny mówił, że do końca nie wie, co by to miało znaczyć, gdyby Sullivan wycofał się w ostatniej chwili. Ale uważał, że nawet jeśli się nie wycofa, a ja to zobaczę, nauczy mnie to szacunku dla systemu sprawiedliwości. Tanny cały czas próbuje mnie czegoś uczyć. Mówi, że człowiek staje się lepszym policjantem, jeśli wie, co może się zdarzyć na końcu.