Выбрать главу

Migawki aparatów fotograficznych trzaskały sucho, jak skrzydła lecących na oślep mechanicznych ptaków.

Następnie komendant ustąpił miejsca trzem wylosowanym z puli reporterom. Każdy po kolei odczytywał to, co zapisał w notesie, chłodno relacjonując najdrobniejsze szczegóły egzekucji. Wszyscy trzej byli bladzi, ale głosy mieli spokojne. Kobieta z Miami opowiedziała tłumowi, że palce Sullivana wyprężyły się, a następnie zacisnęły w pięść, plecy zaś wygięły się w łuk, odginając od krzesła, gdy uderzył go pierwszy wstrząs. Reporter z „St. Petersburg Times” zauważył moment wahania, który na ułamek sekundy zatrzymał Sullivana, gdy ten zobaczył krzesło. Dziennikarz z „Tampa Tribune” oznajmił, że Sullivan spoglądał na świadków bez najmniejszej skruchy i że wydawał się przede wszystkim zły, gdy był przywiązywany. Zwrócił też uwagę, że jeden ze strażników źle zapiął klamrę na prawej nodze skazanego, przez co musiał za chwilę szybko to poprawiać. Skóra pasów, którymi był skrępowany, została postrzępiona przez siłę wstrząsu, potem zaś została prawie przerwana podczas walki Sullivana z prądem. Dwa tysiące pięćset woltów, jak przypomniał zebranym reporter.

Cowart usłyszał inny głos tuż przy swoim ramieniu.

Głos Andrei Shaeffer szepnął uspokajająco:

– Co panu powiedział, panie Cowart? Kto zabił tych ludzi?

Obrócił się, stając twarzą w twarz z dwójką detektywów z Monroe. Szare oczy policjantki wpatrzyły się w niego; zupełnie inny rodzaj gorąca.

– On – odparł Cowart.

Złapała go za rękę. Zanim mogła jednak zadać następne pytanie, wśród zgromadzonych zrobił się szum.

– Gdzie jest Cowart?

– Cowart, teraz twoja kolej! Co się stało?

Cowart wyrwał się detektywom i podszedł chwiejnie do podium, gorączkowo starając się uporządkować wszystko, co usłyszał. Czuł, jak drży mu ręka, wiedział, że ma zaognioną twarz, po czole zaś spływają mu krople potu. Wyciągnął białą chusteczkę i powoli otarł czoło, tak jakby chciał wymazać narastające w nim uczucie paniki. Pomyślał przez chwilę: Przecież nie zrobiłem nic złego. To nie ja jestem tu winny. Ale sam w to nie wierzył. Dałby wiele za chwilę do namysłu, pozwalającą mu zastanowić się nad tym, co ma powiedzieć, ale nie było już na to czasu. Uczepił się więc pierwszego pytania, jakie usłyszał z sali.

– Dlaczego nie składał apelacji?! – ktoś krzyknął.

Cowart wziął głęboki oddech i odpowiedział:

– Nie chciał siedzieć w nieskończoność w więzieniu, czekając, aż stan wreszcie go dopadnie. Więc postarał się sam dopaść stan. Nie jest to takie odosobnione. Inni przed nim też tak robili: w Teksasie, w Karolinie Północnej, Gilmore w Utah. Trochę tak jak samobójstwo, tylko oficjalnie usankcjonowane.

Widział długopisy biegnące po papierze, jego słowa osiadające na tylu pustych kartkach.

– Co ci powiedział, kiedy tam poszedłeś, żeby z nim rozmawiać?

Cowart poczuł się przykuty do miejsca przez ogarniającą go rozpacz. Właśnie wtedy przypomniał sobie coś, co usłyszał wcześniej od Sullivana: Jeśli chcesz, żeby ktoś uwierzył w kłamstwo, zmieszaj je z odrobiną prawdy. Tak też zrobił. Przepis mordercy. Wymieszaj razem kłamstwa i prawdę.

– Chciał się przyznać – powiedział Cowart. – Było zupełnie tak, jak kilka lat temu w przypadku Teda Bundy’ego, który powiedział osobom prowadzącym śledztwo o wszystkich popełnionych przez siebie przestępstwach, zanim poszedł na krzesło. To samo zrobił Sullivan.

– Dlaczego?

– Ile?

– Kto?

Podniósł ręce.

– Chłopaki, dajcie spokój. Nic z tego, co powiedział, nie zostało potwierdzone. Nie mam pewności, czy mówił prawdę, czy nie. Równie dobrze mógł kłamać…

– Przed pójściem na krzesło? Zastanów się! – krzyknął ktoś z tyłu.

Cowart najeżył się.

– Słuchaj! Nie wiem. Powiem wam jedno, co usłyszałem od niego. Powiedział, że jeśli zabijanie nie było dla niego zbyt trudne, to jak sądzicie, czy trudno przychodziło mu kłamać?

Chwila spokoju, gdy ludzie notowali.

– Słuchajcie – zaczął Cowart – jeżeli wam teraz powiem, że Blair Sullivan przyznał się do zamordowania Jasia Fasoli, a potem się okaże, że w ogóle takiego morderstwa nie było albo też ktoś inny został o nie oskarżony, albo też ciało Jasia Fasoli nigdy nie zostało odnalezione, wtedy zrobi się cholerny bałagan. Powiem wam tyle: Przyznał się do popełnienia ogromnej liczby morderstw…

– Ilu?

– Około czterdziestu.

Zawisła w powietrzu liczba zelektryzowała tłum. Wykrzykiwane pytania zaczęły padać z większą częstotliwością, światła zdawały się podwoić swą intensywność.

– Gdzie?

– Na Florydzie, w Luizjanie i Alabamie. Popełniał też inne przestępstwa: gwałty, napady.

– Od jak dawna to trwało?

– Od wielu miesięcy, może lat.

– A co z morderstwami w Monroe? Z jego matką i ojczymem? Co ci o nich powiedział?

Cowart odetchnął powoli.

– Wynajął kogoś, kto to zrobił. Przynajmniej tak mówił. – Wzrok Cowarta powędrował do miejsca, gdzie stała detektyw Shaeffer. Zobaczył, jak sztywnieje i pochyla głowę do swego partnera. Twarz Weissa była coraz bardziej czerwona. Cowart szybko się odwrócił.

– Kogo wynajął?

– Nie wiem – odparł Cowart. – Nie powiedział mi. – Pierwsze kłamstwo.

– Nie żartuj. Musiał ci coś powiedzieć lub wskazać na kogoś.

– Nie chciał podać konkretów. – Pierwsze kłamstwo pociągnęło za sobą następne.

– Chcesz powiedzieć, że rozmawiasz z facetem, który ci mówi, że właśnie zlecił podwójne morderstwo, a ty go nawet nie zapytasz, jak mu się to udało?

– Pytałem. Nie chciał powiedzieć.

– No dobra, jak skontaktował się z zabójcą? Jego rozmowy telefoniczne były ściśle kontrolowane. Poczta też. Przebywał w izolatce, w celi śmierci. Jak więc to zrobił?

Pytanie spotkało się z pełnymi aprobaty okrzykami z sali. Zadane zostało przez jednego z wybranych losowo dziennikarzy, potrząsającego z niedowierzaniem głową, gdy je zadawał.

– Sugerował, że zaaranżował je, że tak powiem, za pośrednictwem nieoficjalnej, więziennej poczty pantoflowej.

Niezupełnie kłamstwo, pomyślał. Raczej półprawda.

– Nie mówisz wszystkiego! – ktoś krzyknął. Potrząsnął przecząco głową.

– Szczegóły! – dało się słyszeć z sali. Podniósł ręce.

– Wszystko będziemy sobie mogli przeczytać jutro w „Journalu”, prawda? Oburzenie i zazdrość spływały na niego jak światła ze wszystkich stron. Zdał sobie sprawę, że wielu innych zaprzedałoby chętnie duszę, byle tylko znaleźć się na jego miejscu. Wszyscy wiedzieli, że coś jeszcze się wydarzyło, i nie mogli się pogodzić, że nie wiedzą co. Informacja jest w dziennikarstwie środkiem wymiany, a on właśnie zamykał im drogę do kokosowego interesu. Wiedział, że jeżeli kiedykolwiek prawda ujrzałaby światło dzienne, nikt z obecnych na sali nigdy mu tego nie wybaczy.

– Nie wiem, co zrobię – powiedział prawie prosząco. – Nie miałem jeszcze okazji posłuchać tego na spokojnie. Mam wiele godzin nagranych taśm, przez które muszę się przegryźć. Zlitujcie się.

– Czy on był niepoczytalny?

– Był psychopatą. Z własnym obrazem świata.

To niewątpliwie było prawdą. A potem pytanie, którego najbardziej się lękał.

– Co ci powiedział o Joanie Shriver? Czy wreszcie przyznał się do jej zamordowania?

Cowart uświadomił sobie, że może w tej chwili po prostu potwierdzić i mieć święty spokój. Zniszczyć taśmy. Żyć z własną pamięcią. Zamiast tego potknął się i wylądował gdzieś pomiędzy kłamstwem a prawdą.

– Była częścią jego wyznania – oznajmił.