Policjant postąpił naprzód, podając jej całą paczkę. Wyciągnęła rękę, mamrocząc pod nosem:
– Próbuję rzucić.
Brown pochylił się i zapalił jej papierosa.
– A teraz, pani Collins, proszę postarać się uspokoić i powolutku mi opowiedzieć, co się tu stało, kiedy Buck przyszedł dzisiaj po ostatniej zmianie.
Na zewnątrz coś puknęło, a zaraz potem rozbłysła mała eksplozja światła. Niech to szlag, pomyślał, kiedy ujrzał w oczach kobiety błysk paniki.
– To tylko policyjny fotograf, proszę pani. Nie napiłaby się pani wody?
– Przydałoby się coś mocniejszego – odrzekła, podnosząc papierosa do ust i długo, łakomie zaciągając się, co skończyło się atakiem suchego, szarpiącego kaszlu.
– Szklankę wody, Fred. – Odbierając szklankę, Brown usłyszał na zewnątrz głosy. Wstał gwałtownie. – Pani się trochę pozbiera. A ja zaraz wracam.
– Nie zostawi mnie pan teraz? – Wydała się nagle przerażona.
– Nie. Wychodzę tylko spojrzeć, jak im idzie na zewnątrz. Fred, zostań tutaj.
Żałował bardzo, że nie ma tu Wilcoxa, gdy patrzył na oczy kobiety, błądzące w panice po pokoju. Jeszcze chwila, a znowu się rozpłacze. Jego partner wiedziałby instynktownie, jak ją uspokoić. Bruce miał podejście do biednych ludzi z marginesu, z którymi ciągle mieli do czynienia, szczególnie do białych. To byli jego ludzie. Dorastał w świecie niezbyt oddalonym od tego, w jakim żyła ta kobieta. Nieraz zakosztował bicia, okrucieństwa i kwaśnego smaku marzeń rodem z budy kempingowej. Wystarczyło, że usiadł na przeciwko takiej kobiety, trzymając ją za rękę, a po kilku sekundach opowiadała mu wszystkie najdrobniejsze szczegóły całego zajścia. Tanny Brown westchnął, czując się skrępowany i nie na miejscu. Nie chciał być tutaj, złapany w potrzask pomiędzy srebrnymi, podobnymi do pocisków bryłami przyczep.
Zszedł ze stopni przyczepy i patrzył, jak policyjny fotograf ustawia się, szukając najlepszego kąta, pod którym mógłby zrobić zdjęcie ciemnego kształtu rozciągniętego na trawie. Kilku innych policjantów dokonywało pomiarów. Jeszcze inni powstrzymywali napór mieszkańców okolicznych przyczep, cisnących się do przodu, by choćby kątem oka dostrzec ciało nieżyjącego męża kobiety płaczącej teraz w przyczepie. Brown podszedł i przez chwilę wpatrywał się w twarz leżącego. Miał otwarte, wlepione w niebo oczy, a w nich groteskowy wyraz zaskoczenia ze szklanym piętnem śmierci. W miejscu gdzie powinna być klatka piersiowa, widniała krwawa, bezkształtna masa. Krew utworzyła też swoistą aureolę wokół głowy i ramion. Na ziemi, tam gdzie odrzucił je impet strzału, leżała do połowy opróżniona butelka whisky i tandetny pistolet. Kilku policjantów badających miejsce zbrodni wybuchnęło śmiechem; odwrócił się w ich stronę.
– Jakiś kawał?
– Rozwód na chybcika – powiedział jeden z mężczyzn, schylając się i wkładając do torby butelkę. – Lepiej niż w Tijuanie czy w Vegas.
– Stary Buck wykoncypował sobie, zdaje się, że może prać swoją babę nawet bez ślubu. Wyszło na to, że nie miał racji – konspiracyjnym szeptem mówił jeden z techników. Znowu przyciszony śmiech.
– Hej! – zawołał szorstko Brown. – Macie, chłopaki, własne zdanie, i bardzo dobrze, ale bądźcie łaskawi zatrzymać je dla siebie. Przynajmniej do czasu gdy tutaj skończymy.
– Jasne – odparł fotograf, robiąc jeszcze jedno zdjęcie. – Nie chcielibyśmy faceta urazić.
Brown sam stłumił śmiech, co nie uszło uwagi innych policjantów. Machnął z udawanym zdegustowaniem do ludzi pracujących przy ciele, wywołując uśmiechy.
Widział wiele różnych śmierci: wypadki samochodowe, morderstwa, mężczyzn zastrzelonych na wojnie, ataki serca i wypadki na polowaniach.
Tanny Brown przypomniał sobie swą wiekową babcię, leżącą w otwartej trumnie, z dziwnie napiętą, wysuszoną, starczą skórą, jak na nadmiernie spieczonym ptaku, jej dłonie skromnie złożone na piersiach, jakby się modliła. Kościół wydawał mu się ogromnym, pustym miejscem, które wypełnił płaczem. Przypomniał sobie ucisk w gardle, wywołany sztywno wykrochmalonym kołnierzykiem jego nowej, jedynej wyjściowej koszuli. Nie miał wtedy więcej niż sześć lat. Najbardziej utrwaliło mu się uczucie silnej ręki ojca na ramieniu, kierującej nim i jednocześnie dającej mu oparcie, gdy podchodził do trumny. Wyszeptane słowa: „Pożegnaj się z babcią, pospiesz się, mały, bo ona jest w drodze do lepszego miejsca i bardzo prędko tam odchodzi, więc powiedz jej teraz szybko do widzenia, kiedy jeszcze może cię słyszeć”.
Uśmiechnął się. Przez wiele lat sądził, że zmarli naprawdę nas słyszą, jakby tylko drzemali. Zastanowił się chwilę, jaką siłę mogą mieć w sobie słowa ojca. Pamiętał swój pobyt za morzem i zasuwanie w workach ciał ludzi, których znał krótko, jak i swoich przyjaciół. Na początku starał się im zawsze coś powiedzieć, jakieś słowa otuchy, jakby chciał im ułatwić podróż na drugą stronę. Jednak w miarę jak ich liczba z każdym dniem rosła, dotrzymując kroku jego własnej frustracji i wyczerpaniu, zaczął tylko w myślach wypowiadać parę rutynowych zwrotów. Wreszcie, gdy jego krótki pobyt przeciągnął się w tygodnie i miesiące, zaprzestał nawet tego, wykonując swą pracę w pełnej goryczy ciszy.
Spojrzał w dół na zegarek. Północ. Wchodzą do sali. Oczami wyobraźni widział nerwowy pot na górnej wardze komendanta więzienia, poszarzałe twarze oficjalnych świadków, moment zawahania, a potem pospieszne ruchy eskorty, zaciskającej mocno klamry na nadgarstkach i kostkach Sullivana. Odczekał jedną minutę. Teraz pierwszy wstrząs, pomyślał. Jeszcze jedna minuta. Drugi wstrząs. Wyobraził sobie, jak lekarz podchodzi do ciała. Pochyla się ze słuchawką, szukając bicia serca. Pewnie teraz podnosi głowę i mówi: „Ten człowiek nie żyje”, spoglądając na zegarek. Komendant więzienia występuje teraz naprzód, stając twarzą do oficjalnych obserwatorów, wygłaszając rytualną formułkę: „Wyrok Okręgowego Sądu Jedenastego Obwodu Jurysdykcyjnego stanu Floryda został wykonany zgodnie z wymogami prawa. Niech odpoczywa w spokoju”. Potrząsnął głową. Dla tej duszy nie będzie odpoczynku, pomyślał. Podobnie jak i dla mojej.
Wszedł z powrotem do przyczepy. Kobieta zupełnie się uspokoiła.
– Teraz, pani Collins, mogłaby mi pani opowiedzieć, co się właściwie stało? Chce pani zaczekać na swojego prawnika? Czy też porozmawiać teraz i powyjaśniać to wszystko od razu?
Głos kobiety zabrzmiał jak kwilenie.
– Zadzwonił do mnie, wie pan, z tego cholernego Klubu Sportowca, gdzie poszedł po wyjściu z roboty. Powiedział, że nie pozwoli, żebym mu to robiła. Powiedział, że mnie załatwi bez żadnych sądów czy prawników, sam zupełnie.
– Czy mówił pani, że ma broń?
– Tak, proszę pana, panie Brown, tak mówił. Powiedział, że ma pistolet swojego brata, i że tym razem wziął go na mnie.
– Tym razem?
– Bo przyszedł tutaj już w niedzielę, nie taki pijany, żeby się przewracał, ale dosyć i zbił światła na zewnątrz. Zaczął się śmiać i wyzywać mnie od najgorszych. Potem zaczął mnie okładać, tak to było. Mój największy, ma tylko jedenaście lat, rozwalił sobie rękę, bo chciał go odciągnąć. Myślałam, że już nas wszystkich pozabija. Tak się okropnie bałam, dlatego wysłałam zaraz dzieciaki do kuzynów. Dzisiaj rano wsadziłam je w autobus.
Podniosła ze stolika mały, oprawny w sztuczną skórę album. Otworzyła go i popchnęła do Tanny’ego Browna. Zobaczył trzy dobrze domyte buzie, patrzące na niego ze szkolnych fotografii.
– To dobre dzieci – powiedziała. – Cieszę się, że ich tu dzisiaj nie było. Skinął potakująco głową.
– Dlaczego pani nie wezwała policji w niedzielę?
– Nic by to nie pomogło. Nawet miałam papier od sędziego, żeby się trzymał z daleka, i co z tego? Nic nie pomagało, kiedy był pijany. Chyba tylko ta spluwa.