Выбрать главу

– Nie macie prawa – powiedział mężczyzna. Ręce opadły mu wzdłuż boków.

– Tak sądzisz? – spytał Brown. Zbliżył się na odległość oddechu i huknął mu w twarz: – Tak sądzisz?!

– Hej, Tanny! – krzyknął jeden z mundurowych. – Mam na zbyciu pięćdziesiątaka, mogę jej pożyczyć!

Wybuch śmiechu pozostałych policjantów.

– Pewnie – odparł inny głos. – Możemy zaraz zrobić zrzute. Ona wyczyści okolicę z takich sukinsynów, a my pokryjemy jej rachunki.

– Daję dziesięć – zaoferował jeden z policjantów, rozcierając puchnącą nogę.

– Hej! – powtórzył mężczyzna.

– Hej, co? – natarł Tanny Brown.

– Nie możecie.

– Zaraz zobaczysz, co mogę – powiedział cicho porucznik. – Aresztujcie go.

– Hej! – powtórzył raz jeszcze, gdy jeden z policjantów zapiął mu z trzaskiem kajdanki.

– Bezprawne naruszenie terenu prywatnego. Utrudnianie działań policji. Pobicie oficera. I zastanówmy się chwilę, co powiecie na współudział w usiłowaniu morderstwa? To za danie pistoletu cholernemu nawalonemu braciszkowi.

– Nie możecie – powtórzył mężczyzna. Z jego głosu zniknęła gdzieś cała wściekłość.

– To są wszystko ciężkie przestępstwa, ty gnoju. Założę się, że nie masz nawet pozwolenia na tę swoją pukawkę. No i dodajmy jeszcze prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym.

– Hej, ja nie jestem pijany!

Tanny Brown popatrzył na niego nieruchomo.

– Przyjrzyj mi się dobrze – powiedział stłumionym głosem. – Jeszcze raz zobaczysz tę twarz, a będziesz miał poważne kłopoty. Zrozumiano?

– Nie możecie tego zrobić!

– Zabierzcie go – powiedział Brown do mundurowych. – I pokażcie mu trochę naszej specjalnej gościnności.

– Z przyjemnością – mruknął policjant, który został kopnięty, szarpiąc brutalnie mężczyzną w kajdankach.

– Spokojnie – powiedział Brown. Umundurowany policjant spojrzał pytająco na porucznika. - Dobra – dodał Brown, uśmiechając się. – Byle nie za spokojnie. – Po cichu dodał jeszcze jeden rozkaz: – I wsadźcie go do celi z najgorszymi, najpodlejszymi, najbardziej zawziętymi czarnymi twardzielami, jakich tylko będziecie mieli w pudle. Może oni go nauczą, że nieładnie jest ludzi przezywać.

Dwóch policjantów parsknęło krótkim śmiechem Tanny Brown odwrócił się plecami do protestującego, ciągniętego do samochodu policyjnego mężczyzny, wszedł do środka przyczepy i odezwał się cicho do kulącej się w kącie kobiety:

– Pani Collins, musimy pojechać na posterunek. Przeczytamy tam pani prawa. Potem pani zadzwoni do prawnika, żeby przyjechał i pani pomógł. Rozumie pani?

Skinęła głową.

– Muszę zadzwonić do dzieci.

– Będzie i na to czas.

Odwrócił się do policjanta w mundurze.

– Zadzwoń po którąś z policjantek, żeby po nią przyjechała. Dopilnuj, żeby po drodze dostała coś do jedzenia.

– Pod jakim zarzutem? – spytał policjant.

Tanny Brown stanął w drzwiach, patrząc na leżący przed domem niewyraźny kształt.

– Co powiesz na użycie broni w obrębie miasta? Powinno starczyć, przynajmniej dopóki nie porozmawiam z prokuratorem stanowym.

Wyszedł na zewnątrz i ponownie stanął obok ciała. Głupio, pomyślał, beznadziejnie głupio. Spojrzał na zegarek. Dużo umierania jak na jedną noc, pomyślał.

Zajrzał w oczy nieżyjącego. Twarz rozpłynęła się, wyparta przez wspomnienie pierwszego rzutu oka na ciało Joanie Shriver, leżące pośród oniemiałej ze zgrozy grupy poszukiwaczy. Stali na skraju rozlewiska, krople brunatnej wody i oślizgłe plamy zielonkawych zielsk znaczyły ich mokre kalosze i ubrania. Pamiętał, jak bardzo chciał jej wtedy pomóc, ochronić ją, zasłonić. Ile go kosztowało, by tego nie zrobił, by powrócił do metodycznego, oficjalnego postępowania ze śmiercią. Odepchnął wizję od siebie. To wszystko była moja wina, pomyślał. Ale naprawię to. Nie pozwolę temu tak po prostu się rozpłynąć. Tanny Brown, walcząc z wizjami śmierci, podszedł powoli do służbowego samochodu, wiedząc, że nic się tej nocy nie zakończyło. Nawet życie, które zabrało państwo.

Prawie świtało, kiedy zadzwonił Bruce Wilcox. Pierwsza nieśmiała zapowiedź światła wyślizgiwała się ciemności, nadając światu zarysy i kształty.

Brown spędził pozostałą część nocy, notując zeznania pani Collins. Dwie godziny słuchania gorzkiej historii, obfitującej w nadużycia seksualne i bicie, zresztą niczego innego się nie spodziewał. Opowieści są zawsze takie same, pomyślał, tylko ofiary się zmieniają. Potem długo się sprzeczał z asystentem prokuratora stanowego, mającym za złe wyciąganie go z łóżka o takiej porze, i negocjował z prawnikiem, sam się dziwiąc własnemu zaangażowaniu. Zabójstwo w obronie własnej, upierał się w rozmowie z prokuratorem, który chciał ją oskarżyć o morderstwo drugiego stopnia. Wreszcie doszli do kompromisu, zgadzając się na nieumyślne spowodowanie śmierci, z pełnym zrozumieniem faktu, że jeżeli nawet tej nocy zostało popełnione jakieś przestępstwo, to i tak bladło ono wobec bestialstwa, którego ofiarą przez lata padała ta kobieta.

Wyczerpanie osaczało go coraz bardziej, odbierając siłę palcom trzymającym długopis, gdy wypełniał ostatni raport. Wtedy zabrzęczał telefon.

– Tak?

– Tanny? Tu Bruce. O jednego seryjnego zabójcę mniej. Poszedł na całość.

– Niech mnie diabli. Jak to się stało?

– Generalnie powiedział wszystkim, żeby się odpieprzyli, i zasiadł na krześle.

– Jezu. – Brown uświadomił sobie, że jego zmęczenie zniknęło bez śladu.

– Taaa. Nasz stary Sully pozostał okropnym skurwysynem do samego końca. Ale nie to było najbardziej interesujące.

Tanny Brown wyraźnie słyszał podniecenie w głosie partnera, dziecinny entuzjazm, zupełnie nie współgrający z nieludzką godziną i okropieństwem tego, co miało miejsce tej nocy.

– Dobra. Więc co jest takie interesujące? – zapytał.

– Nasz koleś Cowart. Słuchaj, on siedział prawie cały dzień sam z tym gnojem, słuchając, jak tamten się przyznaje do chyba czterdziestu morderstw popełnionych na Florydzie, w Luizjanie i w Alabamie. Kryminalne przedstawienie jednego aktora. Tak czy inaczej, nasz kumpel Cowart wychodzi z tej swojej sesji telefonu zaufania blady i roztrzęsiony. Prawie by nam tam zemdlał, gdy jego koledzy sępy napadli na niego z pytaniami. Tak mu dowalali, że aż się skręcał. Przypominało mi to wolną amerykankę, kiedy człowiek wie, że nie ma żadnych szans, i próbuje ruch za ruchem, a przeciwnik ma na wszystko odpowiedź, kontruje każde twoje posunięcie, aż wreszcie już wiesz, że jesteś bez szans, i próbujesz tylko przetrwać do ostatniego gwizdka. Czując coraz większy i większy ból.

– Bardzo interesujące.

– No nie? A kiedy miał już serdecznie dosyć, jak jego kumple z prasy biorą go na ząb, a potem wypluwają jak zużytą gumę, odjechał takim pędem, jakby go sam diabeł gonił.

– Gdzie pojechał?

– Z powrotem do Miami. Przynajmniej tak powiedział. Cholera, nie wiem na pewno. Ma się jeszcze dzisiaj spotkać z tymi detektywami z Monroe. Oni też nie byli specjalnie zachwyceni naszym chłopcem Cowartem. On wie coś o tamtych morderstwach, czego nie mówi.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Do diabła, Tanny. Po prostu domyślam się. Ale facet wyglądał na nieźle strutego tym, co usłyszał. Myślę, że nie powiedział nawet połowy.

Brown oparł się o krzesło, słuchając podekscytowanego głosu w słuchawce. Nietrudno mu było sobie wyobrazić, jak dziennikarz się skręca pod naporem usłyszanych informacji. Czasami są takie rzeczy, pomyślał, o których po prostu nie chcemy wiedzieć. Umysł pracował mu na pełnych obrotach, jak przy skomplikowanych obliczeniach matematycznych.