Patrzył w sufit, nie mogąc zasnąć mimo ogromnego wyczerpania. Zdał sobie sprawę, że już się nie zastanawiał, kiedy przestanie mu jej brakować. Wiedział, że nie nastąpi to nigdy. Natomiast w pewien sposób pogodził się z tym, co pozwalało mu jakoś przetrwać każdy kolejny dzień.
Wstał i poszedł do pokoju młodszej córki, podszedł do biurka i zaczął odsuwać zgromadzone tam różne dziewczęce drobiazgi. Pudełko z wysypującymi się koralikami, pierścionkami i wstążkami, miś z naderwanym uchem, stary kolorowy segregator z pracami domowymi z ubiegłych lat, kilka rozrzuconych niedbale kolorowych grzebyków i szczotek. Znalezienie tego, czego szukał, nie zabrało mu dużo czasu: mała srebrna ramka z oprawioną w nią fotografią. Podniósł ją i popatrzył. Ramka pobłyskiwała w promieniach słońca.
Było to zdjęcie dwóch małych dziewczynek, jednej czarnej, drugiej białej, jednej o włosach jasnych, drugiej kruczoczarnych, objętych ramionami, chichoczących, ukazujących aparaty na zębach, śmiesznie kontrastujące z boa z piór, eleganckimi, o dziesięć numerów za dużymi ubraniami i obłędnym makijażem.
Popatrzył uważnie na buzie śmiejące się z fotografii.
Przyjaciółki, pomyślał. Każdy, kto spojrzałby na zdjęcie, zdałby sobie sprawę, że nic więcej się dla nich nie liczy, że po prostu się lubią, mają wspólne zainteresowania, dzielą się sekretami, smutkami i śmiechem. Miały po dziewięć lat i wdzięczyły się wesoło przed jego aparatem. Było Halloween, dlatego przebrały się w kolorowe, krzykliwe ubiory, starając się jedna drugą przewyższyć zwariowaną, nieskrępowaną pomysłowością; sam śmiech i nie przytłumiona przez życie, tryskająca, dziecięca radość.
Wściekłość niemal zwaliła go z nóg. Przed oczami pojawił się obraz wykrzywionej gęby Sullivana, bezkarnie naśmiewającej się z niego. Mam nadzieję, że wyrwano ci duszę z ciała z największym bólem, jaki tylko jest możliwy.
Twarz Sullivana zniknęła, pomyślał o Fergusonie. Myślisz, że jesteś wolny, że uda ci się z tego wywinąć. Nie masz szans.
Spojrzał ponownie na zdjęcie. Szczególnie lubił sposób, w jaki dziewczynki się obejmowały. Ciemna rączka jego córki była zapleciona wokół ramion Joanie, zwisając swobodnie z przodu ciała dziewczynki. Jasna rączka Joanie była w takiej samej pozycji. Dziewczynki obejmowały się mocno, tworząc jak gdyby drugą, biało-czarną, wewnętrzną ramkę.
Jej pierwsza i najlepsza przyjaciółka.
Popatrzył w oczy Joanie. Były intensywnie błękitne. Tego samego koloru co niebo nad Florydą w dzień pogrzebu jego żony. Stał w oddaleniu od reszty żałobników, tuląc do siebie obie córki, słuchał monotonnego głosu pastora, mówiącego o wierze, oddaniu i posłuszeństwie wezwaniu do Doliny, niewiele z tego rozumiejąc. Czuł się okaleczony, niepewny, czy starczy mu energii na następny krok. Jeszcze mocniej objął dziewczynki, czując, jak wstrząsają nimi spazmatyczne łkania. Chciał poczuć gniew, wiedział jednak, że byłoby to zbyt proste, że będzie teraz czuł w sobie przekleństwo powolnej agonii, strachu, że po odejściu ich matki, w jakiś niewytłumaczalny sposób straci również córki. Że mając wydarty sam środek jestestwa, nie zdołają utrzymać się razem. Nie miał pojęcia, co mógłby im powiedzieć lub zrobić, szczególnie dla młodszej, Samanthy, która nie uspokoiła się ani na chwilę od momentu wypadku.
Inni żałobnicy trzymali się na dystans, Joanie Shriver zaś wyrwała się z uspokajających objęć swego ojca, poważna nad wiek, ubrana w swą najlepszą sukienkę. Z oczami pełnymi łez minęła rzędy zgromadzonych osób, podeszła prosto do niego.
– Proszę się nie martwić o Samanthę. Ona jest moją przyjaciółką i ja się nią zaopiekuję. – Następnie wzięła jego córkę za drugą rękę i została już z nią. Dotrzymała danego wtedy słowa. Zawsze była blisko, gdy Samantha kogoś potrzebowała. W weekendy. W samotne święta. Po szkole. Pomagając mu przywrócić w ich życiu porządek i poczucie stabilności. Dziewięć lat, a dużo mądrzejsza od niejednego dorosłego.
Była więc nie tylko jej przyjaciółką, pomyślał. Była także moją. W pewnym sensie uratowała nam życie. Nienawiść do siebie wypełniła go bez reszty. Wszelka władza i siła do dyspozycji, a nie potrafiłem jej uchronić.
Przypomniał sobie wojnę. Sanitariusz! – krzyczeli i szedłem. Czy kogokolwiek z nich udało mi się uratować? Pamiętał białego chłopca, od tygodnia w plutonie, kowboja z Wyoming, który oberwał w pierś. Ziejąca rana klatki piersiowej z narastającą odmą. Powietrze w jamie gwizdało, kpiąc z niego, gdy starał się uratować tego żołnierza. Ranny wpatrywał się w Tanny’ego bezradnym, przerażonym wzrokiem, starając się dostrzec poprzez zalewającą go mgłę jakiś znak w jego twarzy, że przeżyje albo umrze. Nadal patrzył, gdy ostatni oddech z gwizdem opuścił jego płuca. Miał ten sam wyraz twarzy co George i Betty Shriver, gdy przyniósł im najgorszą z możliwych wiadomość. Brown potrząsnął głową. Jak długo znam George’a Shrivera? Od dnia gdy po raz pierwszy poszedłem do pracy u jego ojca, a on wziął szczotkę i zaczął zamiatać razem ze mną.
Zadrżała mu ręka. Zbyt wielu pogrzebałem. Spojrzał po raz ostatni na zdjęcie, zanim odstawił je z powrotem na biurko. Nic się nie skończyło. Zbyt wiele jestem ci winny.
Poszedł do swojej sypialni. Nie myślał już o zmęczeniu czy śnie. Popychany gniewem i przypomnieniem nie spłaconego długu, zaczął pakować ubranie do niewielkiej torby podróżnej, zastanawiając się, o której może być następny samolot do Miami.
Rozdział trzynasty
Nie miał żadnego planu. Matthew Cowart rozpoczął dzień po egzekucji Blaira Sullivana z całym entuzjazmem człowieka, któremu powiedziano, że będzie następny. Jechał szybko przez noc, przejeżdżając ponad połowę długości stanu, wskakując na autostradę między stanową 95, na południe do St. Augustine. Przejechał ponad pięćset kilometrów szalonym pędem, często przyspieszając nawet do stu czterdziestu na godzinę, dziwnie zaskoczony, że ani razu nie zatrzymał go wóz patrolowy, chociaż widział kilka jadących w przeciwnym kierunku. Gnał w ciemność, napędzany wszystkimi sprzecznościami, które mu nadal pobrzmiewały echem w głowie. Przejeżdżał koło plaż w Palm Beach, gdy pierwsze promienie słońca zaczynały przedzierać się nieśmiało, nie użyczając jednak światła żadnemu z jego kłopotów. Świt dawno minął, gdy udało mu się w końcu zostawić samochód u przedstawiciela wypożyczalni Hertz, na lotnisku w Miami, nie mogącego zrozumieć, dlaczego Cowart nie oddał samochodu w przedstawicielstwie dla północnej Florydy. Taksówkarz Kubańczyk, w dynamicznej mieszance dwóch języków rozprawiający beztrosko o baseballu i polityce, bez rozróżniania, które jest które, przepychał się przez poranne korki w stronę mieszkania Cowarta. Zostawił dziennikarza na chodniku, patrzącego w rozedrgany, bladoniebieski upał spływający z nieba.
Chodził z kąta w kąt po swym mieszkaniu, zastanawiając się, co powinien teraz robić. Powiedział sobie, że musi pójść do gazety, nie był jednak w stanie w tej chwili wykrzesać z siebie niezbędnej energii. Redakcja nie wydawała mu się już spokojnym sanktuarium, kojarząc mu się raczej z bagnem czy polem minowym. Popatrzył na swoje ręce, obracając je do światła, licząc bruzdy i żyły, rozmyślając nad ironią sytuacji. Kilka godzin temu dałby wszystko, by zostać sam, a kiedy mu się w końcu to udało, nie był w stanie zdecydować, co robić.