Przeczesywał pamięć w poszukiwaniu innych osób uwikłanych w podobną sytuację, tak jakby cudze błędy mogły pomniejszyć jego własne. Przypomniał sobie wysiłki Williama F. Buckleya na początku lat sześćdziesiątych, by uwolnić z celi śmierci w New Jersey Edgara Smitha, i pomoc okazaną Jackowi Abbottowi przez Normana Mailera. Przypomniał sobie, jak dziennikarz stał pod obstrzałem kamer, przyznając z gniewem, że został oszukany przez zabójcę. Mógł sobie wyobrazić pisarza walczącego z blaskiem świateł, odmawiającego komentarza na temat swego oskarżenia o morderstwo. Nie jestem pierwszym dziennikarzem, który popełnił błąd. To zawód obarczony wysokim ryzykiem. Stawka jest ciągle podbijana, poprzeczka wysoko. Żaden reporter nie jest szczepiony przeciwko misternie zaplanowanym kłamstwom.
Wszystko to sprawiło jednak, że poczuł się jeszcze gorzej.
Zajął miejsce, tak jakby szykował się do rozmowy z kimś, kto siedział na krześle naprzeciwko, i spytał:
– Co mogłem zrobić?
Wstał i zaczął chodzić po pokoju jak uwięzione zwierzę. Cholera, przecież nie było żadnych dowodów. Wszystko to miało taki sens. Było sensowne. Cholera, jasna cholera.
Wściekłość ogarnęła go nagłą falą, wyciągnął rękę i zmiótł z blatu leżące tam gazety i pisma. Zanim miały czas dosięgnąć podłogi, schwycił stół i przewrócił, zwalając na kanapę. Dźwięk mebli walących jedne o drugie wprawił go w jakiś trans. Zaczął miotać przekleństwa, coraz szybciej demolując pokój. Złapał kilka talerzy i rąbnął o ziemię. Jednym ruchem zmiótł na podłogę książki z półki. Przewrócił krzesła, przywalił pięścią w ścianę, wreszcie rzucił się sam na podłogę obok kanapy.
– Skąd mogłem wiedzieć?! – wrzasnął. Jedyną odpowiedzią była martwa cisza, zaległa w pokoju. Inny rodzaj znużenia ogarnął go nagle. Pozwolił opaść głowie i przez długą chwilę patrzył w sufit. Niespodziewanie roześmiał się. – Chłopie – powiedział, naśladując ponury, południowy akcent, rozpowszechniony przez Hollywood. – Ale spieprzyłeś, na amen. Spieprzyłeś tak, że własna mamuńcia by nic dobrego o tobie nie powiedziała. Spieprzyłeś ślicznie i na perłowo. – Przeciągał, rozwlekał słowa, pozwalając im toczyć się po zrujnowanym mieszkaniu.
Usiadł szybko.
– Dobra. Więc co teraz zrobimy? – Cisza. – Ano właśnie. – Roześmiał się. – Po prostu nie wiemy, prawda?
Wstał i przeszedł przez wywołany przez siebie chaos w stronę biurka. Szarpnął jedną z szuflad. Niecierpliwie przerzucał przez chwilę papiery, dopóki nie natrafił na lekko pożółkły egzemplarz wydania niedzielnego gazety, z widniejącą na pierwszej stronie datą sprzed roku. Był tam jego pierwszy artykuł. Papier wydawał się kruchy w dotyku. Tytuł wyskoczył mu naprzeciw; zaczął czytać.
– Nowe pytania w sprawie morderstwa w Penhandle. – Czytał głośno zdania pierwszego akapitu. Rzeczywiście, całkiem nowe. Czytał dalej, zagłębiając się coraz bardziej w artykuł, mijając kolejne kolumny, przechodząc na drugą stronę. Omijał wzrokiem zdjęcie Joanie Shriver, natomiast przyjrzał się z narastającą złością podobiznom Sullivana i Fergusona.
Miał właśnie zgnieść gazetę i wrzucić ją do kosza, gdy zatrzymał się i raz jeszcze uważnie jej przyjrzał. Łapiąc żółty mazak, zaczął podkreślać niektóre słowa, całe ustępy. Gdy skończył czytać, zaśmiał się. We wszystkich napisanych słowach nie było nic niezgodnego z prawdą. Nic prawdziwie przekłamanego. Nic niedokładnego.
Oprócz wszystkiego.
Raz jeszcze przyjrzał się temu, co wtedy napisał: Wszystkie „pytania” były poprawne. Skazanie Roberta Earla Fergusona było oparte na najbardziej ulotnym, chwiejnym materiale dowodowym, zgromadzonym w atmosferze uprzedzeń rasowych. Czy przyznanie się do winy zostało wybite z Fergusona? Jego artykuły przytaczały tylko to, co mówił więzień i czemu zaprzeczali policjanci. To Tanny Brown nie był w stanie wytłumaczyć długości czasu, przez jaki Ferguson był przetrzymywany, zanim „przyznał się do winy”. Warto było się nad tym dłużej zatrzymać. Ława przysięgłych, która wydała wyrok skazujący na Fergusona, została wmanewrowana w podjęcie takiej decyzji przez rozszalałe emocje. Brutalnie zamordowana mała dziewczynka i pełen gniewu Murzyn, oskarżony o to morderstwo, broniony przez zdziecinniałego, starego adwokata. Wspaniały przepis na rozjątrzanie uprzedzeń. Jego własne słowa – wydobyte z niego przy użyciu nielegalnych metod – doprowadzają go do celi śmierci. Bez wątpienia wyłącznie niesprawiedliwość ze wszystkich stron spotykała Fergusona w dniach następujących po znalezieniu ciała Joanie Shriver. Jest tylko jeden drobny szczegół. On zabił tę dziewczynkę. Przynajmniej według pewnego wielokrotnego mordercy.
Cowartowi kręciło się w głowie.
Dalej analizował swój artykuł. Blair Sullivan przebywał w okręgu Escambia w czasie popełnienia morderstwa. To zostało wielokrotnie potwierdzone. Nie było też żadnych wątpliwości, że Sullivan był akurat w trakcie swojego morderczego ciągu. To przede wszystkim on powinien być podejrzany – gdyby tylko policja zadała sobie trud podważenia tego, co wydawało im się takie oczywiste.
Jedyne kłamstwo w żywe oczy – jeżeli w ogóle jakiekolwiek było – padło z ust Fergusona, gdy oskarżył Sullivana o przyznanie się do popełnienia morderstwa. Ale to powiedział Ferguson – słowo w słowo cytowany w artykule – nie on sam.
A jednak wszystko było kłamstwem, wybuchowe połączenie tych dwóch mężczyzn całkowicie przesłoniło wszelką prawdę.
Jestem w piekle, pomyślał. Zwykła, okropna rzeczywistość wyglądała tak, że z najbardziej właściwych powodów wyniknęły najbardziej niewłaściwe konsekwencje.
Dwa pierwsze razy, gdy zadzwonił telefon, zignorował. Za trzecim razem wstał i mimo że nie było takiej osoby, z którą chciałby w tej chwili rozmawiać, podniósł słuchawkę z widełek.
– Tak?
– Chryste, Matt? – Dzwonił Will Martin z działu reportażu.
– Will?
– Jezu, facet, gdzie ty, do diabła, byłeś? Wszyscy tu wychodzą ze skóry, próbując cię znaleźć.
– Jechałem z powrotem samochodem. Właśnie wróciłem.
– Ze Starkę? To bite osiem godzin jazdy.
– Jechałem mniej niż sześć. Ale ostro dociskałem.
– No, chłopcze, mam nadzieję, że umiesz tak szybko pisać, jak jeździć. Dział miejski wrzeszczy w niebogłosy o twój artykuł, a zostało nam już tylko kilka godzin, zanim trzeba będzie oddać do składu pierwsze wydanie. Musisz brać tyłek w troki i zabierać się tutaj, pronto. - Śpiewny głos redaktora dźwięczał nie ukrywanym entuzjazmem.
– Dobra, dobra… – Cowart słuchał swego głosu, jakby to był głos kogoś innego. – Słuchaj, Will, a co leci po drutach?
– Obłędne rzeczy. W dalszym ciągu próbują się czegoś dogrzebać w związku z tą twoją milusińską konferencją prasową. A tak w ogóle, to co się tam, do cholery, stało? Nikt o niczym innym nie mówi i nikt nic konkretnego nie wie. Powinieneś zobaczyć, kto do ciebie dzwoni. Wielkie koncerny, na przykład „Times” i „Post”, poważne tygodniki, a to dopiero początek. Lokalna konkurencja obstawiła drzwi, więc musimy wymyślić jakiś sposób, żeby cię przeszmuglować do środka. Oprócz tego z pół tuzina telefonów od gliniarzy rozpracowujących morderstwa, które akurat wypadają na trasie podróży naszego kumpla Sullivana. Wszyscy chcą wiedzieć, co ten bydlak ci powiedział, zanim mu dołożyli do pieca, jeśli wybaczysz określenie.