Выбрать главу

– Jest tylko jeden temat, na który od początku mieliśmy sobie coś do powiedzenia. Chyba nie wypiłem jeszcze tyle, żeby o nim zapomnieć, co, jak pan sądzi, panie Cowart? Cały alkohol, jaki ma pan u siebie, nie sprawiłby, żebym o tym zapomniał. Pewnie nawet cały alkohol świata.

Reporter zamarł na chwilę, a potem pochylił się do przodu.

– Coś panu powiem, detektywie. Pan chce wiedzieć. Ja też chcę wiedzieć. Zróbmy wymianę.

Detektyw odstawił powoli szklankę.

– Co mielibyśmy wymieniać?

– Wyznanie. Od tego się przecież zaczęło, prawda?

– Tak.

– Więc pan powie mi prawdę o tamtym wyznaniu, a ja powiem panu o Fergusonie.

Brown wyprostował się sztywno, czując, jak fala wspomnień odbiera elastyczność jego ciału i słowom.

– Panie Cowart – odparł powoli. – Czy wie pan, co się dzieje, kiedy dorasta się i mieszka całe życie w jednym niewielkim mieście? Człowiek dochodzi do tego, że wyczuwa przez skórę, co jest złe, a co dobre, wąchając, co niesie wiatr, obserwując, jak upał narasta do południa ustępuje pod wieczór. To tak jakby słuchać kawałka muzyki, do którego znasz nuty; orkiestra jeszcze nie zacznie grać, a ty go już słyszysz w głowie. Nie mówię, że wszystko tutaj jest zawsze takie cukierkowe, że nie zdarzają się różne okropności. Pachoula nie jest może Miami, ale i tu mamy mężów okładających żony, dzieciaki, które ćpają, prostytutki, pobicia za długi, wymuszenia, zabójstwa. Wszystko tak samo. Tylko może bardziej w ukryciu.

– A co z Bobbym Earlem?

– Źle od samego początku. Wiedziałem, że tylko czeka, żeby kogoś zabić. Może przez ten jego chód albo to, jak mówił czy też ten jego śmieszek, kiedy kazałem mu zjechać na pobocze. Był z twardego gniazda, panie Cowart, niczym się nie różnił od psa, którego wychowano do walki. A wszystko to rozwinęło się jeszcze i dojrzało, kiedy mieszkał w mieście. Był przepełniony nienawiścią. Nienawidził mnie. Nienawidził pana. Nienawidził wszystkiego. Chodził sobie, czekając, aż go ta nienawiść kompletnie zaleje. Cały czas wiedział, że mam go na oku. Wiedział, że tylko czekam. Wiedział, że ja wiedziałem, że on też czeka.

Cowart spojrzał w zmrużone oczy detektywa myśląc, że Ferguson nie był jedynym, którego przepełniała nienawiść.

– Proszę o szczegóły.

– Praktycznie żadnych nie ma. Dziewczyna skarży się, że szedł za nią do domu. Inna mówi nam, że chciał ją namówić, żeby z nim pojechała. Powiedział, że ją tylko podwiezie. Taka przyjacielska przysługa. Ale potem nocny patrol namierza go, jak jeździ bez widocznego celu po ulicach ze zgaszonymi światłami. W kilku innych okręgach ktoś popełnia gwałty i morderstwa, ale sądówka nie może do niego dopasować posiadanych dowodów. Policja zatrzymuje go pod szkołą na tydzień przed porwaniem i morderstwem, tuż przed zakończeniem lekcji, a on nie potrafi wytłumaczyć, co tam robił. Cholera, nawet przepuściłem go przez ogólnokrajowy komputer, dzwoniłem do policji stanowej w Jersey, zobaczyć, czy nie mieliby czegoś na niego w Newark. Ale nic nie było.

– Tylko pewnego dnia znaleziono martwą Joanie Shriver. Brown westchnął. Alkohol przytłumił nieco jego złość.

– Ano właśnie. Tylko pewnego dnia znajdują martwą Joanie Shriver. Cowart wpatrywał się w porucznika policji.

– Czegoś mi pan nie mówi. Brown przytaknął.

– Była najlepszą przyjaciółką mojej córki. Zresztą moją też.

Dziennikarz skinął głową.

– I?

Brown mówił cicho:

– Jej ojciec. Miał takie sklepy z narzędziami. Dostał je po swoim ojcu. To jego ojciec dał mi pracę po południu – miałem tam sprzątać. Był po prostu człowiekiem, który kolor postawił na samym dole swojej listy. Dość niezwykłe w czasach, kiedy wszyscy ustawiali go na samej górze. Pamięta pan, jak było na Florydzie na początku lat sześćdziesiątych? Były marsze, zebrania i palenie krzyży. I pośród tego wszystkiego on dał mi pracę. Pomagał mi, kiedy wyjechałem na studia. A kiedy wróciłem z Wietnamu, zarekomendował mnie do policji. Gdzieś zadzwonił. Kogoś poprosił. Komuś przypomniał o jakiejś przysłudze. Myśli pan, że takie rzeczy się nie liczą? A jego syn był moim przyjacielem. Pracował razem ze mną w sklepie. Opowiadaliśmy sobie kawały, gadaliśmy o kłopotach, o tym, co chcemy robić w przyszłości. Takie coś nie zdarzało się zbyt często w tamtych czasach, chociaż pan pewnie o tym nie wiedział. To też coś znaczy w tym wszystkim, panie Cowart. I nasze dzieci bawiły się razem. A gdyby pan miał pojęcie, co to dla człowieka znaczy, zrozumiałby pan, dlaczego nie za dobrze sypiam teraz w nocy. Miałem kilka długów do spłacenia. Nadal je mam.

– Proszę mówić dalej.

– Czy ma pan pojęcie, jak bardzo można się znienawidzić za dopuszczenie do czegoś, czemu tak samo mogło się zapobiec, jak wschodowi słońca lub wieczornemu odpływowi?

Cowart patrzył ponuro prosto przed siebie.

– Może i mam.

– Czy pan wie, jak to jest, kiedy jest się absolutnie, bez cienia wątpliwości pewnym, że wydarzy się coś złego, a jednocześnie wie się, że się tego nie powstrzyma? A kiedy się to faktycznie stanie, ktoś, kogo się kocha, zostaje wydarty wprost z naszych ramion? I łamie to serce najbliższego przyjaciela? A ja nie mogłem temu zapobiec. Nie mogłem zrobić zupełnie nic! – Siła bijąca z własnych słów podniosła Browna na nogi. Zacisnął pięść, jakby próbując złapać całą nagromadzoną w nim furię. – Więc rozumie pan teraz, panie Cowart? Zaczyna pan wreszcie widzieć?

– Sądzę, że tak.

– Więc ta świnia była naprzeciwko mnie. Podśmiewała się, skręcając się na krześle. Szydząc ze mnie. On wiedział. Myślał, że nie można go ruszyć. Bruce spojrzał na mnie, ja skinąłem tylko głową. Wyszedłem, a on mu wtedy dołożył. Uważa pan, że wytłukliśmy to wyznanie z Roberta Earla Fergusona? No i ma pan absolutną rację. Tak właśnie było.

Brown głośno klasnął jedną ręką o drugą, co zabrzmiało jak wystrzał z pistoletu.

– Buuch! Wzięliśmy książkę telefoniczną, tak jak ta świnia mówiła. – Oczy detektywa przeszywały Cowarta. – Dusiliśmy go, biliśmy, co nam tylko przyszło do głowy. Ale świnia twardo się trzymała. Tylko pluł na nas i nie przestawał się śmiać. Prawdziwy twardziel z niego, wiedział pan o tym? I do tego o wiele silniejszy, niżby się mogło wydawać. – Brown wziął głęboki oddech. – Bardzo żałuję, że go wtedy nie zabiliśmy, od razu tam na miejscu, zamiast tego co się stało.

Detektyw zacisnął pięść i podsunął dziennikarzowi pod nos.

– Więc jeśli nie zadziała przemoc fizyczna, to co? Trochę psychologicznego piekła powinno zdać egzamin. Widzi pan, ja zdałem sobie wtedy sprawę, że on by się nas nie przestraszył. Bez względu na to, jak mocno byśmy go bili. Ale czego mógłby się bać? – Brown wstał. Podciągnął nogawkę spodni. – Proszę. Cholerny rewolwer, dokładnie tak jak powiedział. W olstrze na kostce.

– I to w końcu zmusiło go do przyznania się?

– Nie – odparł Brown z tłumioną wściekłością. – Zmusił go strach. – Detektyw schylił się nagle i jednym, gwałtownym ruchem wyciągnął broń. Rewolwer wskoczył mu w dłoń, a on w mgnieniu oka wycelował w stronę Cowarta, odciągając kurek ze złowróżbnym trzaskiem. Mierzył dokładnie w sam środek czoła.

– O tak – powiedział. Cowart poczuł, jak krew nagłą falą napływa mu do twarzy. – Strach, panie Cowart. Strach i niepewność, jak szalony może się okazać człowiek pełen gniewu. – Niewielki rewolwer wydawał się jeszcze mniejszy w porównaniu z masywną posturą detektywa, zogromniałą nagle pod wpływem emocji. Policjant pochylił się naprzód, przyciskając lufę bezpośrednio do czaszki Cowarta, gdzie pozostała przez dobrych kilka sekund, jak sopel lodu. – Chcę wiedzieć – wycedził detektyw. – Nie chcę już czekać. – Cofnął nieco rewolwer, tak że znajdował się on w odległości kilku centymetrów od twarzy Cowarta. Dziennikarz pozostał przykuty do miejsca. Z trudem oderwał wzrok od ziejącego wylotu lufy i spojrzał w górę na policjanta.