– Zabije mnie pan?
– A powinienem, panie Cowart? Myśli pan, że nienawidzę pana dostatecznie za to, że przyjechał pan do Pachouli z tymi wszystkimi cholernymi pytaniami?
– Gdybym to nie był ja, pojawiłby się ktoś inny – głos Cowarta łamał się z napięcia.
– Każdego bym znienawidził na tyle, by go zabić.
Dziennikarz poczuł, jak narasta w nim dzika panika. Nie były w stanie oderwać oczu od palca detektywa, zaciskającego się coraz bardziej na spuście. Zdawało mu się, że spust coraz bardziej zbliża się do punktu, z którego nie ma już odwrotu.
Jezu Chryste, przelatywało przez głowę Cowarta, on to zrobi. Przez mgnienie pomyślał, że zaraz zemdleje.
– Powiedz mi – natarł zimno Brown. – Powiedz mi to, co chcę wiedzieć. Cowart poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy. Jego ręce drgały bezładnie na kolanach.
– Powiem ci. Tylko odłóż broń. Detektyw wpatrzył się w niego nieruchomo.
– Miałeś rację, cały czas ją miałeś! Czy nie to właśnie chciałeś usłyszeć? Brown skinął powoli głową.
– Widzisz – powiedział cichym, wyważonym głosem. – Nie jest trudno skłonić kogoś do mówienia.
Cowart spojrzał na policjanta.
– To nie mnie chcesz zabić.
Tanny Brown nie poruszył się przez chwilę. Wreszcie opuścił rewolwer.
– Masz rację. Nie ciebie. Albo może i ciebie, tylko jeszcze nie nadszedł na to odpowiedni czas.
Usiadł z powrotem, odkładając pistolet na oparcie fotela. Wziął ze stołu postawionego tam wcześniej drinka. Pozwolił, by alkohol stopił resztki dopalającego się gniewu. Odetchnął głęboko.
– Blisko, Cowart. Bardzo blisko. Dziennikarz oparł się ciężko o kanapę.
– Wszystko obecnie dzieje się zbyt blisko mnie.
Obaj chwilę milczeli, zanim ponownie odezwał się detektyw.
– Czy nie na to zawsze się skarżycie? Ludzie nie znoszą dziennikarzy, bo zawsze przynoszą najczarniejsze wiadomości. Stąd się chyba wzięło wasze powiedzenie o zabijaniu posłańca, co?
– Tak. Tylko że zwykle nie rozumiemy tego aż tak dosłownie. – Cowart głęboko odetchnął i wybuchnął piskliwym, pełnym ulgi śmiechem. Potem zamyślił się na chwilę. – Więc tak się to pewnie stało, prawda? Wystarczy wycelować to w kogoś, a wszelkie zahamowania na temat obciążania samego siebie rozpływają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– Nie ma tego w odgórnie zatwierdzanych podręcznikach policyjnych – odparł Brown. – Ale masz rację. Zresztą miałeś rację przez cały czas. Ferguson powiedział ci prawdę. Właśnie tak skłoniliśmy go do gadania. Jest tylko jeden mały problem.
– Wiem jaki. – Dwóch mężczyzn popatrzyło na siebie w milczeniu. Cowart dokończył zawisłe w powietrzu zdanie: – Przyznał się do czegoś, co faktycznie zrobił. – Dziennikarz zawiesił głos, a po chwili dodał: – Tak przynajmniej mówicie. Tak uważacie.
Brown energicznie odchylił się do tyłu.
– Tak jest – powiedział. Wziął głęboki oddech, nie przestając potrząsać głową z niesmakiem. – Nigdy nie powinienem na to pozwolić. Miałem przecież tyle doświadczenia. Niemało w życiu widziałem. Wiedziałem dobrze, co może się stać, gdy to dostanie się w tryby systemu. Ale po drodze pozwoliłem, żeby różne rzeczy poszły nie tak. To prawie tak jak wtedy, gdy człowiek wjedzie nagle na lód samochodem. W jednej chwili jedziesz pełną parą, masz całkowitą kontrolę nad samochodem, a w następnej kręcisz się bezradnie, zmierzając do rowu, czując, jak jezdnia ucieka ci spod kół.
Brown podniósł do ust szklankę.
– Ale, widzisz, sądziłem, że jakoś się nam uda. Bobby Earl okazał się dla siebie najbardziej obciążającym świadkiem. Jego stary adwokat nie miał bladego pojęcia o tym, co robił. Więc dzięki dosłownie paru kłamstwom i nadinterpretacjom udało nam się wcisnąć skurwysyna prosto do celi śmierci. Myślałem sobie wtedy, że może się to faktycznie uda. Może nie będę już miał koszmarnych snów o małej Joanie Shriver…
– Wiem coś na temat koszmarów…
– A potem ty się pojawiłeś, zadając te wszystkie cholerne pytania. Odsłaniając wszystkie nasze drobne potknięcia, wszystkie misterne kłamstewka. Widząc od razu, jak doszło do skazania. Cholera. Im bardziej miałeś rację, tym bardziej cię nienawidziłem. Musiałem cię znienawidzić, rozumiesz? – Pociągnął ostatni łyk ze szklanki, potem postawił ją i ponownie napełnił.
– Dlaczego, kiedy przyszedłem zrobić z wami wywiad, przyznałeś się, że uderzyliście Fergusona w twarz? Chodzi mi o to, że to właśnie otwarło drzwi, pociągając za sobą całą resztę…
Detektyw wzruszył ramionami.
– Nie, tak naprawdę drzwi zostały otwarte, gdy Bruce’owi puściły nerwy. Kiedy zobaczyłeś całą tę frustrację i złość, byłem pewien, że uwierzysz w opowieść Fergusona o tym, jak go okładaliśmy. Myślałem więc, że mówiąc ci prawdę, małą część prawdy, o uderzeniu w twarz, uda mi się ukryć coś większego. Podjąłem ryzyko. Nie wyszło. Ale było blisko.
Cowart skinął głową.
– Tak jak z górą lodową – stwierdził.
– Prawda – odparł policjant. – Widzisz tylko piękny biały lód na górze. Nie dostrzegasz niebezpieczeństwa, które się czai pod powierzchnią.
Cowart roześmiał się w głos, chociaż nie było w tym śmiechu nawet krzty poczucia humoru; po prostu wyzwolenie długo blokowanej energii i nerwowa ulga.
– Jest tylko jeden drobny szczegół.
Detektyw również się uśmiechnął, mówiąc szybko, przerywając dziennikarzowi w pół słowa.
– Widzisz, ja wiem, co powiedział ci Blair Sullivan. To znaczy, nie wiem. Ale mogę się domyślać. I to jest ten mały szczegół, no nie?
Dziennikarz przytaknął.
– Powiedziałeś, że kim według ciebie jest Bobby Earl?
– Mordercą.
– No cóż, myślę, że możesz mieć rację. Oczywiście możesz też się mylić. Nie wiem. Lubisz muzykę, detektywie?
– Tak.
– Jaki rodzaj?
– Głównie pop. Czasami lekki jazz i rock z lat sześćdziesiątych, jak chcę sobie przypomnieć, że też byłem młody. Moje dzieci śmieją się wtedy ze mnie. Mówią, że jestem wczorajszy.
– Słuchasz czasami Milesa Davisa?
– Pewnie.
– To jest mój ulubiony kawałek.
Cowart wstał i podszedł do swojej wieży. Włożył kasetę do magnetofonu i odwrócił się do policjanta.
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, posłuchamy tylko końca, dobrze?
Włączył przycisk i melancholijny jazz wypełnił pokój. Brown wpatrzył się w reportera.
– Cowart, co ty, u diabła, wyprawiasz? Nie przyszedłem tu po to, żeby słuchać muzyki.
Cowart usiadł wygodnie.
– „Szkice hiszpańskie”. Bardzo sławne. Zapytaj każdego znawcę, a usłyszysz, że to niepowtarzalny przykład amerykańskiej kultury muzycznej. Te rytmy po prostu prześlizgują się w głąb ciebie, delikatne, a zarazem szorstkie. Prawdopodobnie myślisz, że ten utwór kończy się miło i spokojnie. Ale się mylisz.
Wabiące dźwięki rogów zamierały powoli i nagle zostały zastąpione przez zjadliwy głos Blaira Sullivana. Brown gwałtownie pochylił się do przodu na dźwięk pierwszych słów przestępcy. Wyciągnął szyję w stronę głośników, siedząc z naprężonymi jak struna plecami, słuchając całym sobą.
„… A teraz powiem ci prawdę o małej Joanie Shriver… śliczna Joanie Shriver… Cudowna, mała Joanie…” – Głos zgładzonego mężczyzny był drwiący, wyraźny, odbijający się echem od ścian.