„Numer czterdzieści” – powiedział z taśmy głos Cowarta. Śmiech nieżyjącego człowieka przeszył powietrze. Dziennikarz i porucznik policji siedzieli bez ruchu, pozwalając, by głos Sullivana otaczał ich szczelnym płaszczem. Kiedy nagranie dobiegło końca i taśma wyłączyła się, siedzieli jeszcze chwilę w ciszy, patrząc na siebie nieruchomo.
– Cholera – rzucił Brown. – Wiedziałem. Skurwysyn.
– Ano właśnie – odparł Cowart.
Brown wstał i zaczął uderzać zaciśniętą pięścią w dłoń. Czuł, jak całe jego wnętrze drga w nagłym przypływie energii, jakby słowa mordercy zelektryzowały powietrze. Przez zaciśnięte zęby wycedził:
– Mam cię, gnoju. Mam cię wreszcie.
Cowart nie poruszył się nawet, nadal siedział przygarbiony na kanapie.
– Nikt nikogo nie ma – powiedział z cichym smutkiem.
– O co ci chodzi? Kto jeszcze o tym wie?
– Tylko ty i ja.
– Nie powiedziałeś tym detektywom z Monroe?
– Jeszcze nie.
– Rozumiesz, że zatajasz informacje stanowiące kluczowy materiał dowodowy w sprawie o morderstwo? Zdajesz sobie sprawę, że to przestępstwo?
– Jaki materiał dowodowy? Zakłamany, cwany przestępca opowiada mi pewną historię. Wini innego człowieka za różne stworzone i niestworzone kawałki. Jakie to może mieć znaczenie? Dziennikarze bez przerwy słyszą różne rzeczy. Słuchamy, przemyślimy, odrzucamy. Ty mi powiedz: niby na co to jest dowód?
– Jego cholerne wyznanie. Opis śmierci jego matki i ojczyma. Jak to sobie wszystko sprytnie zorganizował. Tak jak powiedział, deklaracja umierającego może stanowić dowód w sądzie.
– Kłamał. Kłamał na prawo i lewo, w górę i na boki. Nie sądzę, że w ogóle był w stanie rozróżnić, co było prawdą, a co sam sobie wymyślił.
– Gówno prawda. Ta jego historia brzmi dla mnie bardzo prawdziwie.
– Bo chcesz, żeby była prawdziwa. Spójrz na to od innej strony. Przypuśćmy, że powiedziałbym ci, że w pozostałej części wywiadu Sully pozmyślał różne rzeczy. Przypisywał sobie morderstwa, których w żaden sposób nie mógł popełnić. Naginał fakty, jak się tylko dało. Był wspaniały w swym okropieństwie. Chciał imponować, lśnić, chciał być zapamiętany za swe osiągnięcia. Do diabła, o mało się nie przyznał do uczestnictwa w zabójstwie Kennedy’ego i do ukrycia ciała Hoffy. Więc gdybyś usłyszał to wszystko razem, takie przemieszane jak groch z kapustą, nie zacząłbyś się zastanawiać, czy mówił prawdę o jednym czy drugim nic nie znaczącym dla niego morderstwie?
Brown zawahał się chwilę.
– Nie.
Cowart popatrzył uważnie na detektywa.
– W porządku. Może.
– A co z nim i z Bobby Earlem? Dlaczego dokładnie zaczyna go sypać? Może był to jego sposób dokopania za coś Bobby’emu Earlowi. Co w tym wszystkim było prawdą? A teraz on już nie żyje. Nie ma go jak zapytać, chyba że wybierasz się na wycieczkę do piekła.
– Jestem skłonny dotrzeć i tam.
– Ja też.
Detektyw łypnął spod oka na Cowarta. Po chwili zmarszczki na jego czole wygładziły się nieco.
– Zdaje się, że zaczynam rozumieć.
– Co rozumieć?
– Dlaczego jest dla ciebie takie ważne, żeby nadal wierzyć w niewinność Bobby’ego Earla. Widzę teraz, dlaczego rozwaliłeś swoją chałupę. Rozpieprzyło ci się trochę to twoje spokojne, poukładane życie, kiedy usłyszałeś, co Sullivan miał do powiedzenia, co?
Cowart machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, że detektyw mówi prawdy oczywiste.
– Nagroda. Reputacja. Przyszłość. Dużo do stracenia. Pewnie wolałbyś, żeby to wszystko po prostu zniknęło, co, Cowart?
– Nie zniknie – odpowiedział cicho.
– Nie, nie zniknie, prawda? Może na wiele spraw możesz przymykać oczy, ale nie uda ci się wymazać z pamięci obrazu tej małej dziewczynki, zimnej i ociekającej brudną wodą z bagna, co, Cowart? Bez względu na to, jak mocno będziesz zaciskał powieki.
– To prawda.
– I dlatego ty też masz dług, co, panie Cowart?
– Na to wygląda.
– Naprawić to, co się spieprzyło. Wyprostować skrzywiony porządek świata.
Cowart nie musiał odpowiadać. Uśmiechnął się tylko smutno i pociągnął kolejny, długi łyk. Wskazał Brownowi jego fotel. Detektyw przysiadł, ale pozostał na brzeżku siedzenia, cały napięty, jakby gotując się do skoku.
– Dobra – zaczął dziennikarz. – Ty jesteś detektywem. Co byś zrobił najpierw? Przejechał się zobaczyć z Bobbym Earlem?
Brown zastanowił się chwilę.
– Może. A może nie. Lis może umknąć z sideł, jeżeli nie zastawi się ich tak, jak trzeba.
– Jeżeli mamy w ogóle jakieś sidła. I jeśli on jest lisem.
– No cóż – rzekł z namysłem Brown – Sullivan powiedział parę rzeczy, które można sprawdzić na miejscu w Pachouli. Może trzeba będzie jeszcze raz porozmawiać z jego babcią i trochę się u niej rozejrzeć. Sullivan mówił, że coś przegapiliśmy. Zobaczmy, czy przynajmniej na ten temat mówił prawdę. Może od tego zaczniemy dochodzić, co jest prawdą, a co nie.
Cowart powoli pokręcił głową.
– Wszystko to niby racja. Tylko nawet jeżeli tam wejdziemy, a na czołowym miejscu nad kominkiem będą wisiały plakatowe zdjęcia Fergusona popełniającego tamto morderstwo, i tak nam to w niczym nie pomoże… – Wycelował palec w Tanny’ego Browna. – On jest po prostu nie do ruszenia. Przynajmniej legalnymi metodami. Wiesz dobrze, że nie uda ci się nigdy sklecić przeciwko niemu sprawy. Nigdy, przenigdy. Szczególnie po tym całym brudzie związanym z wymuszonym przyznaniem się i tak dalej. Żaden sąd na to już nie pójdzie. – Cowart wziął głęboki oddech. -… I jeszcze jedno. Kiedy się tam znowu nagle zjawimy, jego babka będzie wiedziała, że coś się zmieniło. A gdy tylko ona się dowie, on też będzie wiedział.
Brown skinął głową, ale rzekł szorstko:
– Tak czy inaczej chcę znać odpowiedź.
– Ja też – przyznał Cowart. – Ale ta sprawa z Monroe. Jeżeli on to faktycznie zrobił, mówię tylko jeżeli, jeżeli tak, mógłbyś go za to posadzić. – Przerwał, a po chwili się poprawił: – Moglibyśmy go posadzić. Ty i ja.
– I to by niby wszystko naprawiło? Wsadzić go z powrotem do celi śmierci, oczyścić sumienie? Tak myślisz?
– Być może. Mam taką nadzieję.
– Nadzieja – stwierdził cierpko detektyw – jest czymś, na co nigdy przesadnie nie stawiałem. Tak samo jak szczęście i modlitwy. Zresztą – mówił dalej, kręcąc głową – znowu ten sam problem. Jeden facet z nieprzeciętną skłonnością do kłamstwa mówi, że zawarł pewien układ. Ale jedyny dowód jego zawarcia jest martwy w Monroe. Więc co, sądzisz, że znajdziemy jakąś broń u Bobby’ego Earla? Może używał karty kredytowej, kupując bilet na samolot albo wypożyczając samochód, specjalnie po to, żebyśmy mogli trafić tam na jego ślad w dniu morderstwa? Myślisz, że paradował ulicami, żeby ktoś go tam zobaczył? A może gadał na prawo i lewo o tym, co będzie robił w nocy? Myślisz, że był na tyle głupi, żeby zostawić odciski palców, swoje włosy albo jakiś inny dowód, czytelny dla medyków sądowych, który teraz wręczą ci ochoczo nasi drodzy przyjaciele z departamentu szeryfa w Monroe, nie zadając przy tym żadnych kłopotliwych pytań? Sądzisz, że nie nauczył się dosyć za pierwszym razem, żeby teraz zrobić to czysto?
– Nie wiem. Nie wiem nawet, czy to w ogóle zrobił.
– Jeżeli nie on, to kto, do cholery? Uważasz, że Blair Sullivan dobił jeszcze paru innych targów w więzieniu?
– Wiem tylko jedno. Dobijanie targów, gierki umysłowe, manipulacja – on właśnie po to żył.
– I dlatego umarł.
– To prawda. Może to był jego ostatni targ.
Brown odprężył się w fotelu. Podniósł rewolwer i zaczął się nim bawić, gładząc chłodną, niebieską stal.