– I trzymaj się tego, panie Cowart. Trzymaj się tej obiektywności. Bez względu na to, jak głupio miałbyś przez to wyglądać.
Cowart poczuł nagły przypływ gniewu.
– Nie tak głupio jak ktoś, kto wybija zeznanie z faceta podejrzanego o morderstwo, pomagając mu urwać się z haczyka.
W pokoju zaległa krótka cisza, którą przerwał detektyw.
– I jest tam taki fragment na tej kasecie, kiedy Sullivan mówi: „… Ktoś dokładnie taki jak ja…”- Spojrzał twardo na dziennikarza. – Nie zrobiło się wtedy panu zimno, panie Cowart? Jak pan sądzi, co to mogło znaczyć? – Detektyw mówił przez mocno zaciśnięte zęby. – Nie uważa pan, że jest to pytanie, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć?
– Tak – odparł Cowart z goryczą.
Raz jeszcze wchłonęła ich cisza.
– W porządku – odezwał się Cowart. – Masz rację. Bierzemy się za to. – Spojrzał spod oka na policjanta. – Umowa stoi?
– Jaka umowa?
– Nie wiem.
Brown skinął głową.
– W takim przypadku sądzę, że tak – odparł. Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie. Żaden nie wierzył drugiemu nawet przez chwilę. Każdy z nich musiał dowiedzieć się, jak wyglądała prawda o tym, co się stało. Problem, o czym obaj wiedzieli, polegał jednak na tym, że każdy z nich potrzebował innej prawdy.
– A co z detektywami z Monroe? – spytał Cowart.
– Nie przeszkadzajmy im w pracy. Przynajmniej na razie. Sam muszę najpierw zobaczyć, co się tam naprawdę stało.
– Na pewno tu wrócą. Sądzę, że jestem w tej chwili ich jedyną nadzieją w związku z tą sprawą.
– Wtedy będziemy się martwić. Ale myślę, że pojadą do więzienia. Tak przynajmniej ja bym zrobił, będąc na ich miejscu. – Wskazał palcem taśmę. – I gdybym nie wiedział o tym.
Reporter przytaknął.
– Parę minut temu zarzucałeś mi złamanie prawa.
Brown wstał i rzucił dziennikarzowi surowe spojrzenie. Cowart odpowiedział mu podobnym.
– Zanim to się skończy, jeszcze ładnych kilka praw może zostać złamanych – powiedział cicho policjant.
Rozdział piętnasty
Upał zdawał się powlekać przestrzeń pomiędzy bladoniebieskim oceanem a niebem. Trzymał ich w kleistym uścisku, prawie uniemożliwiającym oddychanie. Obaj dość zmęczeni szli powoli, pogrążeni we własnych myślach, kopiąc od czasu do czasu grudki szarobiałego pyłu, rozgniatając przypadkowe muszelki i fragmenty koralowca, wysypane na Tarpon Drive. Żaden z nich nie myślał o drugim jak o sprzymierzeńcu; po prostu obaj byli zaangażowani w tę samą sprawę, która wymagała ich obecności, a najbezpieczniej było trzymać się razem. Cowart zaparkował samochód przed domem, w którym przedtem znalazł ciała. Uzbrojeni w zdjęcie Fergusona, „wypożyczone” z fotobiblioteki „Journala”, zaczęli chodzić od drzwi do drzwi.
Przed wizytą w trzecim z kolei domu mieli już opracowaną taktykę: Tanny Brown błyskał swoją odznaką, a Matthew Cowart przedstawiał się, po czym podtykając właścicielowi zdjęcie pod nos zadawali tylko jedno pytanie: Czy widział pan już kiedyś tego człowieka?
Młoda matka w lekkiej żółtej podomce, z blond lokami opadającymi na spocone czoło, uspokoiła płaczące dziecko, spojrzała na zdjęcie i pokręciła głową. Dwóch nastolatków dłubiących coś w rozmontowanym silniku przy wejściu na następne podwórko studiowało fotografię z poświęceniem niespotykanym na żadnej lekcji, niestety z takim samym skutkiem. Ogromny, zalatujący piwem mężczyzna w poplamionych olejem dżinsach i drelichowym bezrękawniku, z naszywką MOTOCYKLE HARLEY-DAVIDSON na piersi, wcale nie chciał z nimi rozmawiać: „Nie gadam z glinami i pismakami. W ogóle nie widziałem nic, o czym bym chciał gadać”. Zamknął im drzwi przed nosem, pozostało tylko brzęczenie aluminiowej framugi w upalnym powietrzu.
Ruszyli dalej, sprawdzając metodycznie resztę ulicy. Kilka osób chciało wiedzieć, kim jest ten facet i dlaczego pytają.
Cowart szybko uświadomił sobie, że Brown wszelkie pytania obraca błyskawicznie na swoją korzyść. Gdy ktoś zapytał: „Czy to ma coś wspólnego z tymi dwoma zabójstwami na naszej ulicy?”, Brown zaraz naciskał na pytającego: „A co pan wie na ten temat?”
Ale to pytanie nieodmiennie było kwitowane pustymi spojrzeniami i potrząsaniem głową.
Ponadto Brown pytał każdego, czy Urząd Szeryfa w Monroe próbował uzyskać od niego jakieś informacje. Wszyscy odpowiedzieli pozytywnie na to pytanie. Pamiętali młodą kobietę, detektywa, o powściągliwym sposobie bycia, która zjawiła się tu w dniu, gdy znaleziono ciała. Natomiast nikt nie widział ani nie słyszał niczego niezwykłego.
– Są wszędzie – wymamrotał Tanny Brown.
– Kto?
– Twoi przyjaciele z Monroe. Zrobili to, co i ja bym zrobił.
Cowart przytaknął. Spoglądał na fotografię trzymaną w ręku, ale nie zdobył się na głośne wyrażenie myśli, które zdawały się czaić za oślepiającym blaskiem tego dnia.
Pot przyciemnił kołnierzyk koszuli detektywa.
– Romantycznie, co? – chrząknął.
Stali na zewnątrz niskiej, drucianej siatki zabezpieczającej przyczepę w kolorze wody z kontrastującym różowym plastikowym flamingiem przyczepionym szarą taśmą techniczną do drzwi frontowych. Słońce odbijało się jaskrawo w metalowych ścianach przyczepy powodując, że cała budowla błyszczała. Pojedynczy klimatyzator, umieszczony w oknie, brzęcząc i furkocząc uparcie walczył z temperaturą. Kilka kroków opodal, przywiązany do kołka wbitego w twarde skaliste podłoże, łaciaty brązowy bulterier uważnie spoglądał na dwóch mężczyzn. Matthew Cowart zauważył, że pomimo upału, który powinien spowodować wywalenie języka przez psa, zwierzę miało pysk zamknięty. Bulterier sprawiał wrażenie gotowego do obrony, ale trochę zdezorientowanego; jakby było dla niego niepojęte, że ktokolwiek mógłby kwestionować jego władzę na podwórku, czy próbować dostać się w jego zasięg.
– Co masz na myśli? – spytał Cowart.
– Robota w policji. – Brown spojrzał na psa, a potem na drzwi. – Powinno się zastrzelić to zwierzę. Każdy wie, co taki może zrobić z człowiekiem, nie mówiąc już o dziecku.
Cowart przytaknął. Bulteriery były codziennym widokiem na Florydzie. Na południu stanu handlarze narkotyków zwykli używać ich jako strażników. Starzy dobrzy chłopcy zamieszkujący okolice jeziora Okeechobee hodowali je na nielegalnych farmach, trenując do walk. Posiadacze domów, chcąc zabezpieczyć się przed włamaniami, nabywali je na licznych pokątnych sprzedażach, a później nie mogli wyjść ze zdziwienia, że ich pies rozszarpał twarz jakiegoś dziecka z sąsiedztwa. Cowart poruszył już kiedyś ten problem na łamach gazety po tym, jak zdarzyło mu się siedzieć w przyciemnionej sali szpitalnej obok starannie zabandażowanego dwunastolatka, którego słowa tłumił ból i wątpliwe efekty operacji plastycznej. Jego przyjaciel Hawkins starał się doprowadzić do postawienia właściciela psa w stan oskarżenia za napad z użyciem śmiercionośnej broni, nic z tego jednak nie wyszło.
Zanim zdążyli ruszyć się od furtki, drzwi przyczepy otworzyły się i stanął w nich człowiek w średnim wieku; osłaniając oczy przed słońcem wpatrywał się w nich uważnie. Miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem i spodnie koloru khaki, które nie widziały pralki od ładnych paru miesięcy. Był to łysiejący mężczyzna; nie uczesane pasma włosów zdawał się mieć wręcz przyklejone do głowy, twarz miał pociągłą, rumianą i nie ogoloną. Ruszył w ich stronę, ignorując pilnującego obejścia psa, który dwukrotnie uderzył ogonem o ziemię, po czym wrócił do obserwacji.
– Czego chcecie?
Tanny Brown pokazał odznakę.
– Tylko parę pytań.
– O tej parze z podciętymi gardłami?