Выбрать главу

– Byłeś kiedyś w tej części okręgu, Cowart?

– Jasne – odrzekł dziennikarz.

– W sprawie przestępstw?

– Zgadza się.

– Ale nie zdarzyło ci się zrobić reportażu o młodych, którzy zdobywają wykształcenie w wyższej szkole, albo o rodzicach, którzy pracując na dwóch etatach dobrze wychowują swoje dzieciaki.

– Czasami robiliśmy takie historie.

– Założę się, że raczej rzadko.

– Tak, to prawda.

Policjant szybko omiótł wzrokiem otoczenie.

– Wiesz, takich miejsc jak to na Florydzie są setki. A może nawet i tysiące.

– To znaczy jakich?

– Miejsc będących na granicy ubóstwa i stabilności. Nie mających nawet tyle szczęścia, żeby je zaliczyć do dolnych rejonów klasy średniej. To czarne społeczności, którym nie pozwolono ani rozkwitnąć, ani upaść, mogą tylko egzystować. W tych wszystkich domach pracują obie osoby dorosłe, ale ich dochody są i tak raczej skromne. Facet pracuje w okręgowym przedsiębiorstwie oczyszczania, a jego żona jest domową pielęgniarką. Jak widzisz, tak się realizuje ich amerykański sen. Domek na własność. Miejscowe szkoły. Dobrze im tutaj. Nie wyglądają na takich, co to by chcieli przecierać szlaki. Chcą po prostu względnie bezpiecznie przepłynąć przez życie, a może nawet odrobinę je polepszyć. Zostać czarnym burmistrzem. Zostać członkiem rady miejskiej albo czarnym szefem policji, który ma pod sobą również czarnych.

– Skąd wiesz?

– Widzisz, dostaję różne propozycje. Taki gliniarz z przyszłością. Szef wydziału zabójstw policji okręgowej. W stanowym wymiarze sprawiedliwości może nie jestem bardzo znany, ale przynajmniej jestem znany, jeśli mnie rozumiesz. Tak więc kręcę się trochę po stanie. Szczególnie po takich małych miejscowościach jak Perrine.

Cały czas jechali przez dzielnicę mieszkalną. Ziemia, na której leżała, wydawała się Cowartowi jałowa i niegościnna. Na południu Florydy prawie wszystko daje się uprawiać. Wystarczy zostawić kawałek gruntu odłogiem, a zanim się obejrzysz, wyrosną na nim paprocie, pnącza i wszelkie inne zielsko. Tylko nie tutaj. Piaszczystość tej ziemi była charakterystyczna dla zupełnie innych terenów, jak Arizona, Nowy Meksyk czy Południowy Zachód. Miejsce to bardziej przypominało pustynię niż tereny żyznych rozlewisk. Brown wjechał na szeroki bulwar i po pewnym czasie zatrzymał wóz. Przed nimi rozciągało się małe centrum handlowe. Na jednym końcu znajdował się spożywczy supermarket, a na drugim – przepastny sklep z przecenionymi zabawkami. Pomiędzy nimi mieściło się mnóstwo małych firm i zakładów, a także jedna restauracja.

– No, jesteśmy – rzekł policjant. – Przynajmniej jedzenie będzie tu świeże i nie robione według przepisów wymyślonych w jakiejś tam centrali.

– Więc byłeś tu już wcześniej?

– Nie, po prostu byłem w dziesiątkach takich miejsc jak to. Już po chwili możesz zaliczyć je do którejś ze znanych ci kategorii knajp. – Uśmiechnął się. – To właśnie oznacza być gliną, kapujesz?

Cowart gapił się na sklep z zabawkami na końcu ciągu handlowego.

– Byłem tu kiedyś. Facet porwał kobietę z dzieckiem, gdy wychodziła z tego sklepu. Całkiem przypadkowo złapał akurat ją, gdy tylko przeszła przez drzwi. Później przez pół dnia jeździł samochodem robiąc regularne przystanki, żeby ją napastować. Policjant z drogówki, wracając z pracy, zatrzymał ich, bo wydało mu się, że coś tu jest nie tak. W ten sposób uratował jej życie. I życie dziecka. Zastrzelił gościa, gdy ten wyjął nóż. Jeden strzał. Prosto w serce. Szczęśliwe trafienie.

Brown podążył za wzrokiem Cowarta spoglądając na sklep z zabawkami.

– Właśnie kupowała różne drobiazgi na przyjęcie z okazji drugich urodzin dziecka – powiedział dziennikarz. – Czerwone i niebieskie baloniki i małe stożkowate czapeczki z wizerunkiem klauna. Wszystko to miała w torbie, z którą ani na chwilę się nie rozstała.

Pamiętał widok tej torby trzymanej kurczowo wolną ręką przez kobietę. W drugiej miała dziecko, kiedy delikatnie zostali umieszczeni z tyłu karetki. Owinięto ich kocem, pomimo że był to maj, a na dworze panował niezły upał. Takie przestępstwo samo w sobie potrafi człowieka zmrozić.

– Dlaczego ten policjant ich zatrzymał? – chciał wiedzieć Brown.

– Powiedział, że facet za kółkiem zachowywał się podejrzanie. Jeździł nierówno, starając się unikać wzroku mijanych kierowców.

– Na której stronie zamieścili ten twój artykuł? Cowart zawahał się, zanim odpowiedział.

– Na pierwszej. Tuż pod tytułem. Detektyw przytaknął.

– Wiem, dlaczego gliniarz z drogówki zatrzymał tamten samochód – mówił przyciszonym głosem. – Biała kobieta. Czarny facet. Tak?

Cowart dobrze znał odpowiedź, ale ociągał się z potwierdzeniem.

– Dlaczego chcesz wiedzieć?

– Przestań, Cowart. Kiedyś zrobiłeś mi taki mały egzamin ze statystyki, pamiętasz? Chciałeś wiedzieć, jak wygląda statystycznie liczba przestępstw popełnianych przez czarnych na białych. Znam te dane. I wiem, jak rzadko zdarza się takie przestępstwo. Ale wiem też, że dlatego twój cholerny artykuł o tym ląduje na pierwszej stronie, zamiast być wciśnięty między prognozę pogody a wiadomości sportowe, prawda? Bo gdyby to było przestępstwo, które popełnił czarny przeciwko czarnemu, tam by się właśnie znalazło, co?

Bardzo chciał się nie zgodzić, ale nie mógł.

– Zapewne.

Policjant prychnął.

– „Zapewne” jest naprawdę bezpieczną odpowiedzią, Cowart. – Brown wykonał szeroki gest ramionami. – Myślisz, że redaktor działu miejskiego wysłałby jedną ze swych redakcyjnych gwiazd na takie zadupie, gdyby nie był absolutnie pewien, że to materiał na pierwszą stronę? Nie, wysłałby jakiegoś początkującego dziennikarzynę czy reportera z przedmieścia, żeby mu jakoś zapełnił te sześć akapitów. – Brown skierował się w stronę restauracji, mówiąc dalej, gdy przemierzał parking. – Powiedzieć ci coś, Cowart? Chcesz wiedzieć, dlaczego tu się tak ciężko mieszka? Bo każdy tutaj wie, jak blisko stąd jest murzyńskie getto. Nie chodzi mi o fizyczną odległość. Liberty City jest ile? Pięćdziesiąt kilometrów stąd? Nie, to bliskość powodowana strachem. Oni wiedzą, że nie dostają tych samych dolarów co biali, tych samych programów rządowych, tych samych szkół, nic tutaj nie jest takie samo. Ale muszą się trzymać tego swojego marzenia o klasie średniej, jakby to było jakieś koło ratunkowe, z którego powoli uchodzi powietrze. Wszyscy oni dobrze wiedzą, jak jest w getcie. Czują, jakby jego macki stale się po nich wyciągały, próbując ich ponownie wciągnąć w zaklęty krąg. Wszystkie te prace typu wstawaj rano i nie spóźniaj się, wypłaty, które są przejadane tuż po kolejnej redukcji etatów, małe przydomowe szklarnie, wszystko to służy oddaleniu widma getta.

– A jak jest w północnej Florydzie? Na przykład w Pachouli?

– Mniej więcej tak samo. Tylko że tam strach polega na czym innym, ludzie boją się, że Stare Południe, wiesz, bieda z rozsypujących się, pokrytych papą chałup bez kanalizacji, przycupniętych gdzieś w głuszy, że to ich jeszcze raz dopadnie.

– Ferguson, zdaje się, zaznał i jednego, i drugiego? Detektyw przytaknął.