Agnieszka Lingas-Łoniewska
W SZPILKACH OD MANOLO
Komedia, miejscami poważna,
Kryminał, czasami niepoważny,
Romans, całkiem serio!
Gdynia 2 0 1 3
Miłość to:
jedno Twoje spojrzenie - gdy oczy me smutne,
jeden dotyk Twej ręki na mym czole - gdy głowa boli,
jedno dobre słowo - gdy wokół mnóstwo nienawiści,
jeden uśmiech - w żałobie myśli,
jeden kawałek chleba - gdy głód się odzywa,
jedna kropla wody - gdy gorączka dopada,
jedna miłość - na wszystko...
Miłość, Jolanta Mach
Imię: Liliana.
Wiek: czy to istotne? Ech, dobra, dwadzieścia pięć...
dziesięć lat temu.
Stan cywilny: panna (jakie to idiotyczne, panną dawno
już nie jestem), niech będzie singielka.
Zawód: zawodów miałam wiele, ostatnio miał metr
osiemdziesiąt wzrostu, niebieskie oczy i kłamliwy jęzor.
Zwierzaki: kocham, posiadam, pieszczę.
Plan na najbliższy rok: nie zabić jednej takiej, znaleźć
inną pracę, może... zakochać się?
*
Jechałam do pracy. Znowu. W sumie zastanawiałam się,
po co to robię. Wstaję rano, myję zęby, biorę prysznic, wyciskam pryszcza, czeszę się, ubieram, maluję, wypijam w pośpiechu kawę, karmię koty, skaczę na jednej nodze,
szukając drugiego buta, kluczyków, apaszki, czego tam
jeszcze? Ciągle czegoś szukam. Notorycznie wszystko gubię. Nie, inaczej. Te uparte i złośliwe rzeczy gubią mnie.
Właściwie uciekają przede mną. I to z krzykiem. Hm.
[9]
Raczej milcząc, z perfidią ciesząc się, że znowu z rozwianym włosem i chaosem wypisanym na twarzy będę miotała się po mieszkaniu jak tancerz electric boogie. Ha! Znam
ten styl, w końcu oglądałam wszystkie sezony You Can
Dance. Swoją drogą niektórzy robią z ciałem niesamowite
rzeczy. A inni są żenujący. Tak jak niektórzy w mojej firmie. Właśnie. Wróciłam do punktu wyjścia. Dojechałam.
Zaparkowałam. Dostrzegłam zielonego passata, który notorycznie stawał częściowo na moim miejscu. To koleś z księgowości. Pewnie wydaje mu się, że jeździ hummerem
i nie zmieści się na swoim miejscu parkingowym. Jak go
znam, wyobraża sobie, że wszystko ma duże. Dobra, nie
myślałam o ilorazie inteligencji. Ale on zapewne tak. Albo
też. Okej. Jestem. Poprawiłam makijaż, zabrałam torbę
z laptopem i wyszłam. Fabryka czeka. Zaraz zacznie się
szychta. A szczury już przebierają swoimi brudnymi łapami.
W windzie spotkałam Bożenkę z kadr. Bożenka ma
około pięćdziesiątki, wygląda całkiem nieźle, w końcu
lata pracy w korporacji pomogły jej wyzbyć się targowych
przyzwyczajeń. Bo kiedyś dama ta była właścicielką pysznego straganu, na którym sprzedawała mydło i powidło.
W sumie do dzisiaj został jej ten przekupkowy dryg, bo
kiedy powiesz jej coś, z czym się nie zgadza, zachowuje się
jak stara przekupa, która targuje się o każde jajo w swym
ręcznie plecionym koszyku. Innym razem przypomina
chyba sobie, że czasy targowe już minęły, to se ne vrati
i trzeba zachowywać się na poziomie. Wówczas przybiera minę obrażonej primadonny, co trochę nie gra z jej chłopskimi rysami, które stara się tuszować makijażem
lub fryzurą, ale ten kamuflaż nic nie daje. Lecz nie można
[10]
zapomnieć, że Bożenka jest mistrzynią przesmykiwania
się pomiędzy korporacyjnymi dziurami, w które większość wpada i przestaje brać udział w tym szlachetnym wyścigu. Prezesów już było wielu, dyrektorzy zmieniają
się jak w kalejdoskopie, ale Bożenka tkwi twardo na swym
stanowisku, jakby przyspawała sobie stołek do grubego
tyłka. Wykazuje się niezwykłą czujnością i gdy zmienia
front, zaczyna całować tylne części ciała danej osoby, już
wiadomo, że wkrótce ta właśnie osoba będzie na szczycie. W sumie Bożenka to najlepsza przepowiednia, jaką moglibyśmy sobie wymarzyć. Nadal nie wiem, jak ona to
robi, czy ma jakiś tajny patent, czy może jej osobista chorągiewka ustawia się zawsze tak, żeby stołek się od dupy nie odczepił. Przynajmniej przed emeryturą.
Docieram na swoje piętro, Bożenka jedzie dalej. Życzę jej
miłego dnia, uśmiechając się fałszywie. Fałszywy uśmiech
to coś, co wszyscy mają tutaj wypracowane do perfekcji.
Wchodzę do swojego pokoju. Moje dziewczyny już są,
kawa czeka na mnie. Moje dziewczyny to jedyne osoby
w tej firmie, którym mogę zaufać i przy których mogę
być sobą.
Baśka jest po trzydziestce, ma świra na punkcie zwierzaków, cięty język i śliczne rude loki. Przyjaźnię się z nią od lat, jest moim lekiem na wszelkie zło i w sumie jedyną
prawdziwą przyjaciółką, jaką miałam. Nieczęsto się zdarza,
żeby przyjaźnić się z kimś, z kim się pracuje, i to w krwio
żerczej korporacji.
- Co masz taką minę? Lejdi już dzwoniła - Baśka przewróciła oczami.
[11]
- A co, znowu czegoś nie rozumie? - pokręciłam głową
i włączyłam komputer.
- Dzień jak co dzień - parsknęła Lidka, druga kole
żanka, z którą pracowałam już dosyć długo. - W dniu,
w którym ona coś zrozumie, dam na mszę.
- Przecież ty nie chodzisz do kościoła.
- No właśnie. Wiesz, jakie to będzie cholerne poświęcenie?
Piję kawę i uruchamiam komputer. Lejdi. Wrzód na
dupie w szpilkach od Manolo. Mistrzyni własnego PR-U,
świetnie utrzymana, z niezłą gadką. Za to z wiedzą praktyczną równą zeru. Na moje nieszczęście była naszą szefową, która usilnie chciała udowodnić, że zna się na tym, co robi. Jasne, dzięki mojej pracy, i nie tylko mojej, jakoś
utrzymywała się na fali popularności wśród najwyższej
władzy. Lecz mnie męczyło ciągłe tłumaczenie wszystkiego
po dziesięć razy, jakbym miała do czynienia z praktykantką
po liceum. Albo i przed. Takie są realia. Jak w tym kawale.
Urodziło się dziecko bez rączek, bez nóżek, tylko same
plecy. Lekarz pociesza zrozpaczoną matkę: „Niech się pani
nie martwi. Ma plecy, poradzi sobie". Dokładnie! Plecy to
podstawa. Przynajmniej tutaj, gdzie jestem od czterech
lat. A już po roku zdałam sobie sprawę, że gdy nie zacznę
wbijać w odpowiednie tylne części ciała odpowiednich
ludzi, to daleko nie zajdę. Ale wówczas musiałabym nosić
krawat, aby odróżnić twarz od tylnej części ciała. Dziękuję,
postoję. W sumie głupio nakładać makijaż i unikać własnego wzroku w lustrze. Lejdi chyba zeza dostaje od tego.
Nie. Poprawka. Ona pewnie z lubością wpatruje się w odbicie i podziwia własny geniusz wdupowłażenia, dzięki któremu zaszła tak daleko. No cóż. Każdy lubi to, co lubi.
[12]
- Wiecie co? Kupuję nową ławę do salonu - odezwała
się milcząca do tej pory Marta, moja trzecia koleżanka.
- Jaką?
- Taką z drewna afrykańskiego.
- Ile kosztuje?
- Pięć stówek.
- A co, ona jest z telewizorem? - parsknęłam, otwierając plik w Excelu.
- Głupia, to afrykańskie drewno!
- Czyli? - moja ignorancja zasłużyła tylko na wzniesienie oczu ku niebu przez Martę.
- Nie będę ci tego tłumaczyć. Przyjedziesz, to sama
zobaczysz. Bo właśnie jutro mam ją odebrać ze sklepu.
- No dobrze - mruknęłam, wpatrując się w moją