Выбрать главу

skrzynkę mailową, która zapełniała się mailami z dnia poprzedniego i z nocy. Żeby kasa z taką szybkością wpływała do mojego portfela jak wiadomości do Outlooka. Marzenie...

- No to jutro podjedziemy do sklepu, około czternastej.

Zorientowałam się, że dzieje się coś, na co nie mam

wpływu. Oderwałam wzrok od lawiny maili i utkwiłam

go w siedzącej naprzeciwko blondynce.

- Jak to podjedziemy?

- No bo wiesz, ta ława jest duża i nie zmieści się do

mojego samochodu, a ty masz spory bagażnik...

- Ale sobie wszystko świetnie zaplanowałaś. No dobrze

- zgodziłam się łaskawym tonem, chociaż wiedziałam, że

i tak bym z nią pojechała.

Nagle Baśka głośno wyartykułowała swoje niezadowolenie, używając do tego słów powszechnie uważanych za obraźliwe.

[13]

- Co jest? - spytałam.

- Odbierz maila - moja przyjaciółka osiągnęła mistrzostwo w mówieniu z zaciśniętą szczęką.

- Właśnie próbuję to zrobić. Od dziesięciu minut -

mruknęłam. Wreszcie poczta się zapełniła i znalazłam

wiadomość, która doprowadziła moją koleżankę do

szczękościsku.

No tak. Lejdi po raz kolejny prosiła o zakres dzia

łań jednej z naszych sekcji, której istnienie było jednym

wielkim znakiem zapytania. Dla nas było oczywiste, że

sekcja jest niezbędna, ale były pewne osoby, które nie

wiedziały, jak funkcjonuje system i co jest potrzebne do

zapewnienia ciągłości jego działania. To tak, jakby na trasie Wrocław - Warszawa wyrzucić odcinek torów, kiedy nie wie się, przez jakie konkretne stacje będzie przejeżdżał pociąg. Temat był wałkowany od jakiegoś już czasu, przyprawiając mnie i Baśkę o stan chronicznego wkurwienia. Miałyśmy już przygotowany dokument z zakresem działań, który cyklicznie wysyłałyśmy do tej irytująco niefrasobliwej kobiety. Która, gdy jej kiedyś powiedziałam,

że już kilka razy wysłałam ten plik i jest zapewne w jej

skrzynce odbiorczej, odpowiedziała: „Coś mi się stało

z pocztą i nie mam skrzynki odbiorczej" Jasne, kurwa, to

tak, jakby mieć samochód bez silnika, książkę bez tekstu,

samolot bez pilota, seks bez orgazmu, mózg bez rozumu.

To ostatnie porównanie najbardziej przypadło mi do gustu. Więc aby nie dać się bezsilności spowodowanej obniżeniem poziomu przyswajania wiadomości z zewnątrz przez niektóre osoby w naszej firmie, wszystkie cztery

wiedziałyśmy, że albo znajdziemy sobie jakieś hobby, albo

nasza kolejna konwersacja z Lejdi skończy się krwawą

jatką. Lidka zaczęła intensywnie uczyć się hiszpańskiego

i dobijała wszystkich wokół, popisując się radośnie swoimi nowymi lingwistycznymi umiejętnościami. Baśka namiętnie fotografowała, założyła bloga i wrzucała tam

swoje ujęcia natury, zwierząt, ludzi. Marta dostała świra

na punkcie wnętrz, czytała wszystko na ten temat, śledziła

najnowsze trendy i cyklicznie upiększała swoje mieszkanie,

które nabrało prawdziwie stylowego charakteru. Ja... no

cóż, zawsze kochałam czytać, więc założyłam bloga re-

cenzenckiego i zajmowałam się recenzowaniem nowości

wydawniczych, które otrzymywałam bezpośrednio od

wydawców. Blog stał się w ciągu roku bardzo popularny

i był moim ukochanym „dzieckiem", z racji tego, że własnych osobistych potomków nie posiadałam.

Właśnie. Wchodzimy na temat dla niektórych bardzo

drażliwy. Na pewno dla mojej matki, która na każdym

kroku, przy każdym naszym spotkaniu opowiadała mi

o moich koleżankach z podstawówki i z liceum, które

mogły się poszczycić panem mężem i co najmniej jednym dzieckiem.

- Pamiętasz Anitę? Tę, co ledwo skończyła liceum?

Wyobraź sobie, że właśnie wprowadziła się do nowo wybudowanego domu. Ma pięknego synka, a mąż! Ach, co za mężczyzna! A przecież Anita ledwo co przebrnęła przez

szkołę. O studiach nawet nie marzyła.

- Widziałam wczoraj Małgosię. Wiesz, ta z pierwszego

piętra. Jej najstarsza córka już chodzi do liceum. Podobno

bardzo dobrze się uczy. A Gośka rok temu urodziła synka.

Dziwiłam się, że tak późno zdecydowała się na trzecie

[15]

dziecko, no ale w sumie to trzecie, a nie pierwsze, więc

nie ma strachu.

- Rozmawiałam z matką Ewy. Tak, twojej przyjaciółki

z ławki. Jej mąż otworzył kolejną restaurację. Ma łeb do

interesów, a przecież Ewa taka przeciętna, nie wiem, co

on w niej dostrzegł. Zawsze myślałam... No nic, nieważne.

Ewa ma dwójkę - parkę. Śliczne dzieciaki.

Taaak. To stałe teksty mojej matki, artykułowane przy

każdej nadarzającej się okazji. Wszystkim koleżankom

powiodło się lepiej w życiu niż mnie, przede wszystkim

dlatego, że mają koło siebie faceta. Moje studia, jedne,

drugie, podyplomówka, kupione mieszkanie, samochód,

awans, przyjaciele, pasja - to wszystko się nie liczyło.

Najważniejsze było to, że wciąż nie założyłam rodziny.

Moja matka nie potrafiła się z tym pogodzić. W przeciwieństwie do mnie. Oczywiście, próbowałam. Naprawdę.

Przecież nie będę przed sobą ukrywać, że nie zależało

mi na tym, aby stworzyć własny świat. Z kochającymi

i kochanymi przeze mnie ludźmi. Ale nie udało się, chociaż z Markiem było naprawdę blisko. Doszło do tego, że zamieszkaliśmy razem, to znaczy on zamieszkał u mnie.

Poznaliśmy ze sobą naszych rodziców, a moja matka krzątała się po domu, nucąc pod nosem marsz Mendelssohna.

Jedynie mój ojciec podchodził do tego związku sceptycznie. Od początku coś mu się w Marku nie podobało, oczywiście byłam zakochana, więc nie dostrzegałam pewnych symptomów, które mogłyby sprawić, że powinnam zrobić

to, co zrobiłam pół roku później. Czyli wrzucić jego ciuchy

do niebieskiego worka na śmieci i wystawić na korytarz.

Kiedy okazało się, że ukochany podczas moich częstych

[16]

nieobecności (wdrażałam nowy program i jeździłam po

Polsce, szkoląc ludzi w oddziałach) zapraszał do mojego

mieszkania swoją... narzeczoną, udając przed nią, że gustowny apartament należy do niego, moja reakcja była jednoznaczna. Tak więc na co dzień miał mnie, od święta

(a raczej w czasie moich delegacji) - tamtą. Żyć nie umierać. Oczywiście dowiedziałam się o tym dzięki uprzejmo

ści sąsiadów, nie było mojego spektakularnego wejścia,

spowodowanego wcześniejszym powrotem z delegacji,

o nie. Po prostu jedna ze wścibskich sąsiadek powiedziała,

że ta siostra mojego narzeczonego to w ogóle do niego

niepodobna. I że w sumie miło z jej strony, że opiekuje

się i bratem, i mieszkaniem podczas mojej nieobecności.

To wystarczyło. Marek nie zaprzeczał, nie próbował czegoś tłumaczyć w stylu „to nie do końca tak, jak myślisz"

a na koniec usłyszałam, że przynajmniej Marlenka (imię

siostry) nie ma wygórowanych ambicji i kariera nie jest jej celem w życiu. Jasne, gdy efekty mojej pracy zamieniały

się w premie, dzięki którym wyjeżdżaliśmy na weekendy,

na urlopy, do spa, na narty, to wcale mu nie przeszkadzało.

No cóż. Nie zamierzałam stać na drodze do szczęścia moich M.M., więc usłużnie spakowałam niedoszłego-byłego narzeczonego i wystawiłam jego rzeczy na korytarz.

Tak zakończył się mój trzyletni związek, którego finał

sprawił, że odechciało mi się budowania własnej komórki

społecznej. Poprzestałam na niezobowiązujących randkach,

kawkach, wyjściach do kina i flircie na gadu-gadu. Uznałam,

że chyba nie jest mi pisane żyć w stadle małżeńskim i pogodziłam się z tym. W przeciwieństwie do mej rodzicielki, która, zaprzestawszy wyrzutów, podjęła życiową misję