szefową, która, jak pracował na niby w mojej firmie, nie
spuszczała z niego wzroku. I dopięła swego. A ja nie chcę
wiedzieć nic więcej.
- A szkoda. Szkoda, że tak łatwo odpuszczasz.
- A co? Mam o niego walczyć? Nie zniżę się do tego.
On wybrał.
- Lilka! - rudowłosa złapała mnie za ramiona i lekko
potrząsnęła. - Pamiętaj, że czasami nic nie jest oczywiste.
Nic nie jest takie, jakie się nam wydaje. Poczekaj tydzień.
Daj mu te cholerne siedem dni. Tylko o to cię proszę.
- Nie mogę. Jutro wyjeżdżam - zacisnęłam usta. Nie
mogłam. Chciałam, pragnęłam, ale... nie! Nie teraz!
Koniec!
- Dokąd?
- Do przyjaciela. Wrócę za miesiąc. Może wówczas...
- Przykro mi.
[ 2 0 3 ]
- Mnie także.
Gdy siostra mojego byłego wyszła, usiadłam ciężko na
sofie w salonie. Koty obsiadły mnie, zaczęły mruczeć, pewnie wyczuły, że jestem smutna. Pełna rozterek. Pełna pytań.
I pozbawiona jakichkolwiek odpowiedzi. Znowu.
Może jednak? Może to nie tak? Za szybko działam?
Za pochopnie? Ech! Wstałam i wściekle zaczęłam wyciągać rzeczy z szafy i rzucać je na łóżko. Jasne, szukaj winy w sobie, tak jak zwykle czynią zakochane kobiety! Miotaj
się w przypuszczeniach, co by było, gdyby... A może posłuchać, dać jeszcze jedną szansę? Nie! Wyjadę, wrócę i wówczas... może nadejdzie ta chwila, ten moment, kiedy
będę mogła się z nim spotkać.
Tkwiąc w tym postanowieniu, spakowałam się, zadzwoniłam do mamy, uzgodniłam opiekę nad kotami, pożegnałam się z Baśką. I nazajutrz... nazajutrz... nie dotarłam nawet na lotnisko...
Byłem już bardzo blisko. Potrzebowałem jeszcze kilku dni,
dosłownie kilku dni, kiedy okazało się, że nie będzie to takie
łatwe. Działałem w ukryciu, ale były pewne granice, których
nie mogłem przekroczyć. Mój szef bardzo się zdenerwował,
ale nie zamierzałem się tym zbytnio przejmować. Na upartego zebrany materiał dowodowy mógł wystarczyć do postawienia w stan oskarżenia, ale mój szef chciał mieć full zestaw.
Najważniejsze, że wiedziałem już, iż porwane dziewczyny
żyją. Nie miałem stuprocentowej pewności, ale zebrane informacje, mimochodem przekazane uwagi świadczyły o tym, że to swego rodzaju chora gra, ale nie bezlitosne morderstwa.
[204]
Cholera! Gdybym miał jeszcze trochę czasu i gdyby ona...
Ale nie mogłem. Nie byłem w stanie...
I jeszcze Liliana... Nie wiem, jak przeżyłem te dni bez
niej. To było jak... nie mam pojęcia, do czego to porównać!
Jakbym znajdował się poza swoim umysłem, poza ciałem.
Żyłem, pracowałem, oddychałem, ale cały czas byłem przy
niej. Domyślałem się, co mogło się wydarzyć. Co widziała.
Co dostrzegła. Czego nie rozumiała. Pewnie sam bym tego
nie zrozumiał. Ale... nie mogłem postąpić inaczej. A teraz...
i tak nie było sensu ciągnąć tej gry. Dlatego postanowiłem
jak najszybciej spotkać się z Lilianą i wszystko jej wyjaśnić.
Musiałem zdążyć, Dorota mówiła mi, że ona gdzieś wyjeżdża do kolegi? Którego kolegi, do diabła? Dzwoniłem na jej komórkę, ale miała wyłączoną. Ostatnio ciągle miała wyłączony telefon. Znałem ją. Odcięła się. Potrzebowała oddechu, czasu, a ja zamierzałem dać jej wszystko, czego tylko oczekiwała. Nieważne, czego chciałem, liczyła się tylko
ona. Bo ja... pragnąłem tylko jej. Ale teraz było to nierealne.
Musiałem zakończyć tę sprawę, a potem... musiałem sycić
się nadzieją, że ona to zrozumie i będzie jeszcze chciała
mnie znać. Lecz teraz wiedziałem, że muszę chociaż na
chwilę ją ujrzeć, usłyszeć jej głos. Chociaż przez moment.
Dlatego pojechałem do niej, niepomny wyraźnego komunikatu, że mam zniknąć z jej życia. Zawsze byłem uparty, zwłaszcza jak mi na czymś zależało. A na niej zależało mi
jak na niczym innym w moim pogmatwanym życiu. Gdy
zadzwoniłem domofonem, usłyszałem głos jej ojca. Wpuścił
mnie, ale już wówczas poczułem dziwny niepokój. Jak kamyk uwierający stopę w bucie zaczęło rosnąć we mnie prze-
[205]
czucie, że stało się coś złego. Gliniarski nos dawał sygnał,
że coś jest nie tak.
- Witaj - ojciec Liliany podał mi rękę i popatrzył na
mnie podejrzliwym wzrokiem. - Nie odprowadzałeś
Lilianki?
- Hm, dopiero wróciłem z delegacji. A gdzie ona
wyjechała?
- Nie mówiła ci? Pokłóciliście się?
- No, trochę. Może mi pan powiedzieć, gdzie ona jest?
- Dzisiaj wyleciała do Kanady, do Kamila. Przyjaciela
- starszy pan zmarszczył czoło i nie spuszczał ze mnie
wzroku.
- Jak to? Na długo?
- Na miesiąc. Myślałem, że wiesz...
- Nie wiedziałem - cholera jasna, ale dałem ciała.
Pozwoliłem jej uciec, jaki byłem głupi!
- Teraz jest w samolocie, zadzwoń do niej później.
- Tak zrobię, dziękuję - uścisnąłem rękę ojcu mojej
ukochanej i wybiegłem z jej mieszkania.
Trudno. Musiałem poczekać. Jedyne, co mogłem teraz
zrobić, to czekać. A z drugiej strony, gdy ona wróci do
domu, będzie już po sprawie. I wówczas będę miał czas
i możliwości, aby jej o wszystkim opowiedzieć, wyjaśnić,
błagać o zrozumienie, o wybaczenie... Wysłałem jej tylko
krótkiego esemesa o treści: Gdy dolecisz, daj znać, proszę.
Będę na ciebie czekał. Zawsze.
*
Czułam się tak, jakbym wpadła do wirnika z watą cukrową
i kręciła w kółko, otoczona słodkim i miękkim kokonem.
[206]
Pamiętałam, że wychodziłam, trzymałam walizkę, zamyka
łam drzwi, na dole czekała taksówka. No właśnie, przecież
zamówiłam taksówkę. To... co się stało, że do nie] nie wsiad
łam? Ktoś do mnie podszedł, ładnie pachniał. Pachniała?
Nie, to była postać w czerni, mniej więcej mojego wzrostu.
Jakiś znajomy zapach... Nie byłam w stanie przypomnieć
sobie nic więcej. Moja wata cukrowa wirowała coraz bardziej, a ja wraz z nią. Odleciałam. W słodką ciemność.
*
Był wieczór, kiedy zadzwoniła moja komórka. Zdziwiłem
się, że dzwoniła do mnie mama Liliany. Od niej samej nie
otrzymałem żadnego esemesa zwrotnego, ale nie spodziewałem się, że ta dumna kobieta się do mnie odezwie.
Lecz teraz znowu poczułem nieznośne uczucie zagrożenia.
- Halo?
- Michałku, tu mama Liliany. Chyba stało się coś złego...
Nie czekałem dłużej, powiedziałem, że już do nich jadę,
żeby czekali na mnie w domu. Na Karłowice dotarłem
w ekspresowym tempie. Rodzice Liliany stali w wejściu
do domu.
- Michałku, Kamil dzwonił. Lilianka nie wysiadła z samolotu. Nie doleciała...
Miałem wrażenie, że moje ręce i nogi są z ołowiu.
A jednak wbrew temu uczuciu zdołałem pokonać schody
i wszedłem do domu Arciszewskich.
- Co dokładnie powiedział?
- Nie było jej w samolocie. Zaniepokojony zadzwonił
na lotnisko w Polsce. Okazało się, że nawet nie pojawiła
się na odprawie.
[207]
- Wówczas zadzwonił do nas - dodał ojciec Liliany.
- A my do ciebie, Michałku. Nie wiedzieliśmy, co robić.
- Bardzo dobrze państwo zrobili. Moment, muszę wykonać jeden telefon.
Odwróciłem się i wybrałem numer do kumpla z sekcji
informatycznej.
- Kacper, sprawdź logowanie do sieci - podałem mu numer komórki Liliany. Gdy po chwili otrzymałem odpowiedź, wiedziałem już, że stało się coś złego. Coś bardzo złego. -
Okej, dzięki. Tak, stało się. Niedługo będę w firmie, na razie