Выбрать главу

- rozłączyłem się i popatrzyłem na rodziców mojej ukochanej.

- Co się dzieje?

- Jej telefon zamilkł pod domem. To znaczy, że został

tam wyłączony. Teraz nie można go namierzyć.

- Och, Boże...

- Michał, czym ty się właściwie zajmujesz? - pan

Arciszewski od razu zrozumiał.

- Właśnie tym. Proszę się nie martwić, znajdę ją. Będę

dzwonił. Proszę tylko o klucze od jej mieszkania, muszę

coś sprawdzić.

- Nie masz ich? - mama Liliany zachlipała, ale jej mąż,

wiedząc, że nie czas teraz na wyjaśnienia, bez słowa dał

mi klucze i powiedział: - To nasze dziecko, wiesz o tym?

- Wiem - odparłem twardo, uściskałem moich niedoszłych (przyszłych - może) teściów i pobiegłem do samochodu. Jak wariat jechałem ulicami miasta i w dwadzieścia minut stałem przed jej blokiem na Biskupinie.

- Gdzie jesteś, moja Liliano? - szepnąłem i wszedłem

na górę. Otworzyłem drzwi do jej mieszkania. Oczywiście

cała trójka kociaków wyszła mi na przywitanie.

[208]

- Cześć, sierściuszki. Tak, tak, zaraz dam wam jeść.

Nienasycona kociarnia - nałożyłem ekipie mokrej karmy

i zacząłem rozglądać się po mieszkaniu Liliany. Ten uroczy

rozgardiasz, to podniecające zakręcenie, typowe dla niej,

a do tego jej zapach... Wszystko to sprawiło, że poczułem

ostre ukłucie w sercu. Nie wybaczę sobie nigdy, jeśli coś

się jej stanie!

Przeszukałem kuchnię, salon, łazienkę, w końcu staną

łem w drzwiach sypialni. Wspomnienia uderzyły we mnie

z podwójną mocą. To z nią przeżyłem moje małe trzęsienie ziemi. Chwile magiczne, namiętne, pełne niewypowiedzianych słów. Teraz wiedziałem, że trzeba więcej mówić, szybciej działać, bo czasami... miłość odchodzi albo ktoś

lub coś ją zabiera. Liliano, już nigdy więcej nie będę taki

głupi, tylko błagam, daj mi jakąś wskazówkę. I nie wiem, czy

mnie posłuchała, czy to jakiś sygnał od losu, cholerny paranormalny drogowskaz, ale w ręce wpadła mi jej ulubiona torebka. Wysypałem wszystko na łóżko, w duchu prosząc

o wybaczenie, że grzebię w jej rzeczach. Przeważały napoczęte błyszczyki, paczki chusteczek higienicznych, kilka biletów z kina, z seansów, na których byliśmy razem. Liliana miała roztkliwiający mnie zwyczaj chomikowania wszelkich śladów bytności w różnych miejscach, bilety, kartki, reklamowe foldery. Potem to wszystko zalegało w różnych

miejscach, najczęściej na dnach jej torebek i gdy zmieniała

którąś z nich, wyciągała dany szpargał i krzyczała:

- Oooo, zobacz, pamiętasz, byliśmy na tym w kinie,

a ja wylałam na ciebie całą colę.

Na samo wspomnienie zacisnąłem szczęki. Kurwa

mać! Muszę jak najszybciej złapać jakiś trop. I gdy

[209]

sięgnąłem po kolejny papierek, już wiedziałem...

Rozwinąłem karteluszek. Na białym tle dostrzegłem

dużą czarną szóstkę i rysunek kajdanek. Zmartwiałem.

Boże... Ona musiała wcześniej dostawać te kartki. Były

swego rodzaju zapowiedziami. Zaproszeniem do zabawy. Dlaczego nigdy nic mi nie powiedziała? No tak, nie wspomniałem o tym ani słowem, to było utajnione

przed prasą, przed wszystkimi, że każda z porwanych

dziewczyn na krótko przed uprowadzeniem dostawała

kartki z numerami. Liliana była szóstą kandydatką. I jak

to ona, zapewne widząc te karteczki, może w drzwiach,

może na samochodzie, wrzucała je do torby. Nie zastanawiała się, co oznaczają. Zapewne biegła w tych swoich wysokich szpilkach, rozmawiała przez telefon i myślała

o tysiącu innych rzeczy, ale na pewno nie o tym, że

skoro otrzymuje coś takiego, może znajdować się na

liście bardzo chorego człowieka. Sięgnąłem po telefon

i wybrałem numer do mojej sekcji.

- Liliana dostała szóstkę. Tak. Jestem w jej mieszkaniu.

Zaraz będę. Obserwujecie? To dobrze. Już jadę.

Liliana została porwana. Była szóstą ofiarą, a ja nie potrafiłem jej ochronić. Nie potrafiłem jej ostrzec, kluczy

łem, rzucałem fałszywe tropy, aby utrzymać ją z dala od

tej sprawy, nie wiedząc, że... Że ona od początku w niej

tkwiła! Chciałem krzyczeć, wyć, wyzywać siebie od

najgorszych.

- IDIOTA!!! - wyrzucałem z siebie, jadąc do komendy. - Jesteś skończonym idiotą, a teraz ona jest w niebezpieczeństwie!

[210]

Nareszcie wyszłam z tej cholernej mgły. Zorientowałam

się, że jestem w jakiejś piwnicy. Leżałam na zwykłym materacu z Jyska, nakryta niebieskim kocem, całkiem nowym.

Było chłodno, ciemnawo, ale nie całkiem, bo gdzieś z korytarza docierał słaby promyk światła. Powoli wstałam, walcząc z mdłościami i zawrotami głowy. Od razu przypomniało mi się sformułowanie „chodzić po ścianach".

Właśnie to robiłam, podpierałam się dłońmi o chłodną

i chropowatą ścianę, starając się nie runąć jak długa na

brudną posadzkę. A raczej brudny piwniczny beton. Nie

wiedzieć czemu w takiej chwili byłam niespodziewanie

spokojna, a powinnam przecież wpaść w histerię. Za to zaczęłam sobie przypominać wszystkie przeczytanie horrory i kryminały. I skojarzyłam tę piwnicę, uwięzioną dziewczynę... tak, to było w książce Jamesa Pattersona Całuj dziewczęta. Jeśli jeszcze usłyszę głos innych uwięzionych kobiet, stwierdzę, że albo przeniosłam się na karty powie

ści, albo ten świat oszalał.

Zamiast wpaść w histerię i zacząć krzyczeć, uważnie

zbadałam drzwi i zorientowałam się, że z drugiej strony

zamknięte są na pokaźną kłódkę. Świetnie. Jakiś psy-

chol uwięził mnie w swojej osobistej komórce. Jakie ma

plany wobec mnie? Brr, oczywiście zobaczyłam socjo-

patę z Milczenia owiec, który fundował sobie ubranko ze

skór porwanych dziewczyn. O nie! Do swojej powierzchowności byłam bardzo przywiązana, nie zamierzałam się z nikim dzielić! Cholera... Znowu poczułam mdłości.

Osunęłam się po ścianie i usiadłam na chłodnym betonie.

Błagam, niech tu nie będzie żadnych żyjątek! Kocham

[211]

zwierzątka, ale oswojone i o odpowiednich gabarytach.

Jeśli zwierzę sięga mi do stopy, to niekoniecznie.

Okej, musiałam się skupić. Na pewno wpadłam

w łapy tego porywacza. Czyżby to naprawdę był Sekula?

Niemożliwe. Ale co mówił Michał o tych świetnie kamuflujących się psycholach? „Wie pan, panie komisarzu, taki spokojny był, taki miły, taki dobry..." Jasne, dobry chłopak

był i mało pił. Taaak.

Michał. Teraz naprawdę chciałabym, aby wiedział, co

się ze mną dzieje. Z drugiej strony wiedziałam, że jest

zły (nie wiedzieć czemu, w końcu to on zawinił, nie ja),

strasznie uparty i z wielkim ego. Tak wielkim jak moje.

Podejrzewam, że postanowił odpuścić, zwłaszcza że wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że niekoniecznie moje oczy chcą go widzieć. Jasne, w głębi serca czułam, że

jak najbardziej moje oczy chcą go widzieć, ręce dotykać,

a uszy usłyszeć w końcu jakieś wyjaśnienie. I teraz, gdy

siedziałam w tej zimnej piwnicy, byłam w stanie wybaczyć mu wiele, aby tylko mógł się dowiedzieć, co się ze mną dzieje i zabrać mnie z tego okropnego miejsca. Nagle

usłyszałam jakieś szuranie. Ktoś tu szedł! Cichcem skoczy

łam w stronę prowizorycznego legowiska i zawinęłam się

w koc. Dojrzałam, że za drzwiami stoi jakaś postać. Nie

mogłam jednak dostrzec ani twarzy, ani nawet w co ubrana

była ta osoba. Jedna z desek odchyliła się i dłoń ubrana

w czarną rękawiczkę popchnęła w moją stronę butelkę