ona się wkurzyła i uderzyła w ciebie.
- Dlaczego spieprzyłeś?
- Nie sądzisz chyba, że wystarczyło jej trzymanie się
za rękę? A ja... po raz pierwszy nie mogłem zachować się
jak profesjonalista. Powinienem robić wszystko, aby zebrać jak najwięcej dowodów, ale nie mogłem... I przez to ty ucierpiałaś.
Wstałam i podeszłam do niego. Ujęłam jego twarz
w dłonie i zajrzałam w oczy.
- Michał. Uwierz mi. Nie ucierpiałam. Byłoby gorzej,
gdybyś z pełną premedytacją doprowadził swoje zadanie
do finału.
- Wiem - pocałował mnie w rękę. - Kocham cię,
Liliano. Bardzo. Jak wariat. To trochę szablonowe, ale nie
mam innych słów.
- Te słowa wystarczą, Michale.
A potem... słowa już nie były nam potrzebne. Były tylko
nasze gorące usta, niecierpliwe dłonie i nieposkromione
pragnienie, z którym walczyliśmy, a w końcu poddali
śmy się, tuląc się do siebie, pełni obawy, ale i nadziei, że
w końcu będzie normalnie.
[227]
Parę dni, tygodni później
Powrót do normalności zajął mi trochę, ale nie aż tak
długo, jak się spodziewałam. Oczywiście musiałam
przeżyć atak rodzicielskich uczuć mamulki, troskę ojca,
zwariowany niepokój Kamila, który dzwonił niemal codziennie, wizyty moich przyjaciółek, Julki, a także siostry Michała, jego kumpli z wydziału. Dla nich wszystkich
byłam „Lilianką Michała" Jakoś zagrażało to nieco mojej
wypracowanej przez lata autonomii, ale suma summarum było całkiem miłe i w żaden sposób nie sprawiało mi przykrości. Pamiętnego weekendu u moich rodziców
raczej też nie będę miała szansy zapomnieć. Bowiem do
zawsze ta data będzie dla mnie zapamiętana jako chwila,
gdy obiecałam takiemu jednemu niebieskookiemu zostać
panią Maliszewską. Michał okazał się cholernym tradycjonalistą, wystąpił przed moimi rodzicami w nowym garniturze, błysnął uśmiechem, machnął kwiatami dla mojej mamy i padł na kolana, prosząc o „rękę pańskiej córki". To
znaczy o rękę córki mego ojca. Myślałam, że go zabiję!
A z drugiej strony... niech szlag trafi uprzedzenia i nowoczesne spojrzenie na instytucję małżeństwa. Kochałam tego faceta i chciałam być z nim. Więc oczywiście... da
łam włożyć sobie na palec śliczny pierścionek, dałam się
wycałować mamie i ojcu i na koniec zostałam nagrodzona
wcale niegrzecznym całusem mojego... cholera! - mojego
narzeczonego!
Jeśli chodzi o plany zawodowe, to dwa miesiące po
pamiętnych wydarzeniach w pegeerowskim baraku otworzyłam wraz z Julką naszą klubokawiarnię, którą nazwałyśmy po prostu Książkowo. Otwarcie było całkiem
[228]
huczne, udało mi się nawet załatwić obecność dziennikarzy z „Gazety Wrocławskiej" którzy potem całkiem fajnie opisali nowe miejsce w mieście, gdzie można poczytać,
odpocząć, napić się herbaty, kawy i zjeść kawałek ciasta
domowej roboty.
Gdy tak siedziałam wieczorem za barem, patrzyłam na
ludzi, czytających, rozmawiających półgłosem, szepczących w świetle przytulnych lampek na stoliczkach, doszłam do wniosku, że człowiek to jednak dziwna istota.
Czasami potrafi tylko narzekać. Cierpieć latami, męcząc
się wśród ludzi, których nie lubi i nie szanuje, niszczyć
swoje ego, burzyć porządek własnego ja, ale nie zrobi nic,
aby cokolwiek zmienić. A przecież wystarczy uświadomić
sobie, co chce się w życiu robić, a potem po prostu zacząć
to robić. To chyba w jakiejś polskiej komedii było? Ale
prawda to oczywista. Z drugiej strony... gdzie byłabym
teraz? Gdybym nie poznała Michała? Nie znalazłabym
się na celowniku Lejdi? Nie zostałabym zaatakowana? Nie
postanowiłabym nie wracać do fabryki? Teraz może nadal
tkwiłabym w klimatyzowanym biurze i zastanawiała się,
co, do diabła, mam robić ze swoim życiem!
Tymczasem nie tylko ja podjęłam decyzję o zmianach.
Jakiś tydzień przed otwarciem klubu, gdy szykowaliśmy
wystrój, biegając jak opętani po wszystkich pomieszczeniach, malując, wieszając obrazki, plecionki, ususzone bukiety, niespodziewanie odwiedził mnie Sekula. Michał
rzucił mu średnio przyjazne spojrzenie, ale nie zareagował,
ja za to uśmiechnęłam się i zaprosiłam gościa do stolika.
- Lilka, świetnie to wygląda - pokiwał głową z uznaniem.
- Jest jeszcze chaos. Ale mam nadzieję, że zdążymy.
[229]
- Na pewno. Słuchaj, chciałem się w sumie pożegnać.
Dostałem propozycję pracy w Warszawie.
- Rzucasz fabrykę?
- Rzucam.
- I bardzo dobrze. A co teraz? Kolejne korpo?
Rafał aż się wzdrygnął.
- Nie, nigdy więcej - uśmiechnął się lekko. - Mój kumpel otwiera sklep z akcesoriami motocyklowymi. Sam jeżdżę, więc to mój konik. Wreszcie będę mógł robić to, co mnie kręci.
- Świetnie! Nie wiedziałam, że masz motocykl!
- Tak... dużo rzeczy o mnie nie wiesz, Lilka.
- No nie mieliśmy okazji bliżej się poznać - próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam się trochę niezręcznie.
- Żałuję. Rozegrałem to nie tak, jak powinienem. A potem... - Rafał wskazał na stojącego nieopodal Michała, który z obojętną miną malował ścianę za barem, ale by
łam pewna, że jego uszy niczym doskonały radar wyłapują
strzępki wypowiadanych przez nas słów.
- No tak. Ale wiesz, wszystko przed tobą. Nowe miasto, nowa praca, nowi ludzie. Można powiedzieć, że zaczynasz nowe życie - wstałam, aby odprowadzić go do wyjścia.
- Ale ciebie tam nie będzie. Dałem ciała. Moja wina.
Na drugi raz powinienem mieć lepszy refleks.
- Na pewno świetnie sobie poradzisz - odparłam trochę bez sensu.
- Na pewno. Ty też. Trzymaj się, Lilka - i zanim zdą
żyłam się zorientować, poczułam jego ciepłe usta na policzku. Uśmiechnął się, pomachał jeszcze przy wyjściu i już
[ 2 3 0 ]
go nie było. Odwróciłam się i zobaczyłam wpatrującego
się we mnie Michała.
- Maluj, bo czas nas goni - burknęłam.
- Jak myślisz, trafię go stąd?
- Boże, co ty mówisz? Maluj!
- Mam nadzieję, że to było czułe pożegnanie przed jakąś dłuższą nieobecnością pana Sekulskiego?
- Tak właśnie było.
- To dobrze. Bo jestem najlepszy w wydziale.
- W czym?
- W trafianiu do ruchomego celu.
Tak właśnie często wyglądały nasze rozmowy. Michał
miał fantastycznie złośliwe poczucie humoru, które kochałam. Przy takim facecie nie miałam szans na nudę. On przy mnie też niekoniecznie, więc rysowała się przed nami
perspektywa niezwykle ciekawego i intensywnego życia.
A do tego każde z nas robiło coś, co uwielbiało, ja spełni
łam moje marzenie i połączyłam pracę z przyjemnością.
A on... cóż... nadal łapał psycholi.
Teraz też pracował nad kolejną zagadkową sprawą.
W lesie znaleziono ukryte zwłoki kobiety, ze skrępowanymi dłońmi, otoczone gałązkami jemioły. Rzadko kiedy
„brał robotę" do domu, ale gdy w końcu koło dwudziestej
pojawił się na kolacji, szybko ją zjadł i rozłożył swoje papiery. Wiedziałam, że chroni w ten sposób i mnie, i siebie, aby nie zwariować i mieć chwilę na oddech. Ale z drugiej
strony widać było, że ta sprawa bardzo go gnębi.
- Macie jakiś trop?
- Jeszcze nic - zmarszczył czoło i czytał jakiś gęsto
zapisany raport.
[231]
- A ustaliliście personalia ofiary?
- Liliano - łypnął na mnie okiem.
- Czyli tak. A mąż? Ma alibi? - wcale nie bałam się
tego jego miażdżącego spojrzenia. Może podejrzani się