półgębkiem, Baśka szczerzyła zęby, a Lidka patrzyła rozmarzonym wzrokiem. Nie wytrzymałam.
- Mam coś na twarzy?
- Oczywiście. Masz wszystko wypisane na twarzy.
- Odwal się, Baśka. To nie ja śliniłam się do rurki.
- Za miesiąc wychodzę za mąż. Ślinienie to wszystko,
co mi pozostało.
- Ja mam męża - Lidka zastrzegła, usuwając z twarzy
rozmarzenie.
- Ja mam faceta - Marta wzruszyła ramionami.
- No i? - warknęłam.
- Ale TY nie masz...
- A ON gapi się na ciebie...
- Jak na c o ś do zjedzenia...
Moje przyjaciółki otoczyły mnie i wyszczerzyły się
w uśmiechach.
- Spadajcie. Coś wam się wydaje. Nie macie nic do roboty? Chcecie dostać bana od szefowej? Czyli ode mnie?
- Nie chcemy - Baśka odparła z godnością. - Ale uwa
żam, że wpadłaś w oko panu Ciasteczko, a patrząc na twoją
reakcję, śmiem przypuszczać, że chętnie zapoznałabyś się
z jego... smakiem.
[32]
- Z jego rurką chyba - Marta parsknęła.
- Z jego kremem?
- Z jego nadzieniem?
- Z dżemikiem...
- Z orzeszkiem...
Moje nienormalne przyjaciółki wreszcie doprowadziły mnie do płaczu ze śmiechu. Potem wzięłyśmy się do pracy, przygotowałam część rzeczy, o które mnie prosił
Maliszewski, resztę miałam zamiar dokończyć w domu.
Gdy szłam na parking, miałam cichą nadzieję, że go spotkam, ale czarnego B M W już nie było, a moje miejsce było wolne. Pojechałam do domu, zastanawiając się, co przyniosą
najbliższe dni i trwając w jakimś nieokreślenie dziwnym
stanie, nie myślałam już o kolejnym dniu z pracy ze wstrętem. Co mnie zaskoczyło, ale i przeraziło. Bo... domyślałam się, co, a raczej kto jest tego powodem. W związku z tym
było to coś, co zaczęło mnie bardzo, ale to bardzo martwić.
*
Następny dzień zaczął się dla mnie pechowo. Jakbym
ostatnio narzekała na nadmiar szczęścia. Rano okazało
się, że nie mam prądu. Chciałam jeszcze dokończyć raport
dla pana MM, ale bateria w laptopie mi zdechła i niestety
nie mogłam nic zrobić. Postanowiłam wcześniej pojechać
do firmy, weszłam pod prysznic, namydliłam się, wtarłam
szampon we włosy i w tym momencie coś zabulgotało
w rurach, a z prysznica poleciał smętny strumyczek, którym spłukałam akurat pianę z dużego palca u nogi.
- Kurwa mać! - zareagowałam po swojemu. Łapałam
się ostatnio na tym, że stanowczo za dużo używałam
[33]
stów powszechnie uznawanych za obelżywe. Musiałam
coś z tym zrobić. Od tego można się uzależnić, tak samo
jak od fajek czy innych używek. Poza tym, no cholera, nie
wypadało. No i znowu. Dobra, zajmę się tym później, teraz
muszę coś zrobić z namydloną sobą.
Wyszłam spod prysznica, wytarłam się w ręczniki i poczłapałam do kuchni, mając nadzieję, że w czajniku zostało trochę wody. Na szczęście był pełen. Chciałam zagrzać
wodę, lecz przecież nie miałam prądu.
Poczułam się jak człowiek pierwotny, szkoda, że nie
miałam dwóch patyczków, może udałoby mi się wykrzesać
jakąś iskrę. W sumie może moje zgrzytające zęby dałyby
radę? Uzbrojona w butelkę wody mineralnej i czajnik ruszyłam do łazienki. Moje koty patrzyły na mnie zdumione i zaskoczone, jasne, goła pańcia z namydloną głową miota
się po kuchni, rzucając mięsem, cokolwiek nienadającym
się do konsumpcji. Mamrocząc inwektywy dotyczące
wątpliwego poziomu rozwoju instytucji dostarczających
wodę i prąd do płacących rachunki i podatki mieszkańców, zdołałam spłukać resztki szamponu i doprowadzić się do stanu jako takiej używalności. A raczej wyglądu
przypominającego ludzki. Tym sposobem dojechałam
do pracy na dziewiątą, a miałam zamiar być wcześniej.
Oczywiście na moim miejscu (MOIM) parkingowym stała
już czarna beemka. Postałam trochę obok, zastanawiając
się, czy może zostawić jakiś liścik o subtelnej treści w stylu:
„Zjeżdżaj stąd!" albo: „To moje miejsce, koleś!" a może:
„Masz ładne oczy".
Potrząsnęłam głową i udałam się w stronę biurowca,
rzucając wściekłe błyski w kierunku czarnego auta. Koło
[34]
windy spotkałam Baśkę, która rozmawiała chyba ze swoim
narzeczonym.
- Ale po co nam tyle kwiatów? Na festiwal ogrodowy
jedziesz? - potupała gniewnie nogą. - Nie, kochanie... -
czy w jej głosie słyszałam trochę jadu? - Nie potrzebujemy wozu kwiatowego. I kwiatów we włosach potarganych przez cholerny wiatr też. I w ogóle nic nie potrzebuję. Pójdę
do ślubu z pieprzoną stokrotką przyczepioną do czoła!!! -
Baśka prawie zwichnęła sobie kciuk, naciskając wściekle
czerwoną słuchawkę w komórce. Potem wzięła głęboki
wdech i chyba dopiero mnie dostrzegła. Gdy nadjechała
winda, wsiadłyśmy do środka, upchnięte przez czterech
kolesi z czwartego piętra, którzy często nas spotykali, ale
chyba oczekiwali, że pierwsze zaczniemy się im kłaniać.
Gdy niewychowani metroseksualni wysiedli, spojrza
łam na moją przyjaciółkę.
- Kolejne pomysły organizatorki ślubów? - spytałam
ze zrozumieniem.
- Nie mam zdrowia do baby, a Piotrek na wszystko
się zgadza.
- No ale chyba się nie zgodził, tylko dzwonił do ciebie, aby usłyszeć twoją opinię? - spytałam ostrożnie.
Wiedziałam, że przyszły mąż Baśki wielbi ziemię, po
której stąpa moja przyjaciółka, i na pewno nie zadecydowałby o takiej rzeczy sam, bez jej akceptacji.
- No to usłyszał.
Po chwili zawibrowała jej komórka. Gdy zobaczyła, kto
dzwoni, odebrała czym prędzej.
- No tak. No dobrze. Ja ciebie też kocham. No kocham.
Tak, kocham. Tęsknię. Pa, pa!
[35]
Uśmiechnęłam się. Baśka i Piotrek byli wspaniałą parą,
jeśli miałabym z kimś tworzyć związek, to chciałabym żyć
w takim układzie jak oni właśnie. Partnersko-kumpelskim,
pełnym pasji, miłości i zaufania.
Baśka wyszła z windy, promieniejąc. Takie minutowe
kłótnie zdarzały się im często, zapalali się i gasili ciepłymi
słowami i miłością. To był związek, o który warto było
walczyć.
- Zrobiłaś raport?
- Jasne. Prawie. Muszę tylko coś dopisać, bo w domu
miałam blackouta - opowiedziałam przyjaciółce o moich
zmaganiach z brakiem wody i prądu.
Siedziałyśmy przy kawie. Lidka i Marta szykowały zestawienia dla oddziałów, a ja udawałam, że się nie denerwuję. Ale Baśka znała mnie doskonale.
- Stresujesz się?
- Nie. Trochę. Bardzo.
- Przecież dasz radę. Jak zawsze.
- Dam. Ale wiesz, to jest coś... coś, na co nie mam
wpływu.
- No tak, masz problem z kontrolą.
- Chyba samokontrolą - uśmiechnęłam się.
- Też. Dlatego nie latasz samolotami.
- No właśnie, to jest coś, na co nie mam wpływu. I ta
sytuacja też to przypomina.
- Jazda bez trzymanki.
- Rollercoaster.
- Gra wstępna - Baśka wyszczerzyła się.
Popukałam się palcem w czoło i nie skomentowałam.
- Wiesz, chciałabym robić coś innego - westchnęłam.
[36]
- Wiem, ja też.
- Chyba dojrzewam do zmian w moim życiu. Chciałabym
mieć coś swojego, coś, co sprawiałoby mi radość. Excel jest
mało romantyczny.
- A co sprawiałoby ci radość? - Baśka uśmiechnęła się.
- Chciałabym mieć taką małą kameralną kawiarenkę,
gdzie można w zaciszu poczytać książkę, napić się kawy,
zjeść ciasto domowego wypieku - odparłam rozmarzona.