był naprawdę... fantastyczny sen.
Rano zaspałam. To znaczy miałam taki zamiar. Postanowiłam pojechać do pracy na dziesiątą, jedenastą, w końcu miałam nienormowany czas pracy. Do dwunastej na
pewno bym zdążyła, ale za to podenerwowałabym trochę Lejdi, której pewnie ze strachu zaczęłaby się trząść bródka i siedziałaby jak mysz pod miotłą w swoim pokoju,
[ 4 6 ]
aby czasem nie napatoczyć się na prezesa. Ale moja matka
przypomniała sobie o moim istnieniu (nie żeby kiedykolwiek zapomniała albo dała mi zapomnieć, że jest moją rodzicielką: „szesnaście godzin męki, a ty nawet nie chcesz mnie wysłuchać" i inne takie) i zadzwoniła do mnie punkt
ósma.
- Lilianko, nie śpisz już?
- Teraz już nie - wymamrotałam.
Matka udała, że nie słyszy mojego zaspanego głosu.
- Tak myślałam! Mam do ciebie prośbę. Pamiętasz
Kamila Kowala? - czy w jej głosie słyszałam niczym nieuzasadnioną radość?
- No pamiętam. Mieszka w Kanadzie - otworzyłam
drugie oko i ziewnęłam.
- Ja też pamiętam, jak kąpaliście się nago w baseniku.
I wyobraź sobie, że Kamil przyjeżdża do Polski.
- No to super.
- I w związku z tym jego mama prosiła nas, abyśmy go
ugościli. I pomyślałam sobie, że mogłabyś się nim zająć.
- Co masz na myśli?
- Oprowadziłabyś go po Wrocławiu, może zabrała
gdzieś na kolację. Chłopak wyjechał z kraju, jak miał osiem
lat. Niech zobaczy, jak wiele się zmieniło.
- Dooobrze, mamo. Przyjadę do was w weekend, to
pogadamy.
- Wiedziałam, że się zgodzisz. Zadzwonię do Irenki.
Pa, córeczko!
- Paaa - powiedziałam do wyłączonej komórki.
Czy moja matka usiłowała mnie zeswatać z Kamilem?
Czy nie wiedziała, że on gustuje w płci przeciwnej do
[47]
mojej? Miałam mailowy kontakt z przyjacielem z dzieciństwa, pisaliśmy do siebie dosyć często, ale ostatnio nasz kontakt trochę się urwał i pewnie dlatego nie wiedziałam,
że Kowal przyjeżdża. Moja matka będzie rozczarowana.
Z tą krzepiącą myślą wstałam i rozpoczęłam kolejny
dzień. Miałam nadzieję, że nie będzie tak beznadziejny jak
poprzedni. O dziwo, okazało się, że był to nawet fajny dzionek. Przede wszystkim dlatego, że gdy wjechałam na parking, moje miejsce było wolne. Rozejrzałam się i nigdzie nie dostrzegłam czarnej beemki, tak więc pan Ciastko
dzisiaj chyba zaspał. Potem dowiedziałam się, że dyrektor
Maliszewski pojechał służbowo do Warszawy. Nie ukrywam, zrobiło mi się trochę smutno z tego powodu, bo odkąd pojawił się w fabryce, trochę milej mi się tutaj przychodziło. To głupie, ale w głębi duszy tak właśnie czułam.
Oczywiście Lejdi irytowała mnie jak zawsze, ale dostała
raport, więc do końca dnia już nic ode mnie nie chciała.
Jasne, najpierw musiałam jej wszystko wytłumaczyć, aby
wiedziała, co ma przekazać dalej. Przyzwyczaiłam się już
do tego, że tłumaczę oczywiste rzeczy po sto razy, ale nie
ukrywałam irytacji i gdyby była bardziej spostrzegawcza,
dostrzegłaby w moim głosie znużenie pomieszane ze złością. No ale... postawa biznesowa nie pozwalała na okazywanie uczuć. Lejdi wyznawała amerykańską modę na sukces. Co by się nie działo, była zawsze happy, uśmiechnięta i pełna wdzięku. Może dzięki temu zaszła tak daleko?
Pewnie też bym tak mogła, gdybym czasami zamknęła
swój pyskaty dziób i nie przewracała oczami, gdy ktoś
ewidentnie wypowiadał się na temat, o którym niewiele
wie. No ale ja to ja, nie zamierzałam się zmieniać, poza
[ 4 8 ]
tym nie miałam zamiaru pracować tutaj do końca swych
dni. W mojej głowie krystalizował się plan, który miałam
zamiar wcześniej czy później zrealizować. Wyścigi zawsze
mnie męczyły, a ten, w którym obecnie brałam udział,
sprawił, że miałam wielką ochotę pójść w drugą stronę.
- Hej, Lilka, obudź się! - Marta wyrwała mnie z zamy
ślenia, szepcząc konspiracyjnie.
- Dlaczego szepczesz? - sama mimowolnie też zni
żyłam głos.
- Baśka zaraz wróci. Pamiętasz o sobocie?
- A co ma być w sobotę?
- Jezu, obudź się! Panieński Baśki.
- Aaa, to już teraz! - uderzyłam się dłonią w czoło.
- No tak. Zamówiłyśmy marynarza.
Spojrzałam na Martę i Lidkę osłupiałym wzrokiem.
- Jakiego kurw..., jakiego marynarza? - w ostatniej
chwili zdusiłam przekleństwo, a Lidka z groźną miną
wskazała mi świnkę.
- Bo w klubie mamy zamkniętą lożę i tam o północy
przyjdzie marynarz.
- Z dużym masztem - zachichotała Marta.
- Jesteście nienormalne? Baśka was zabije.
- O północy będzie już tak nawalona, że na pewno uzna
to za świetną zabawę - odparła z przekonaniem Lidka.
- Ale ona nienawidzi takich, powiedzmy, rozrywek -
pokręciłam głową.
- A skąd może o tym wiedzieć, skoro nigdy się tak nie
bawiła?
- No ale prosiła, żebyśmy nie przygotowywały żadnych
idiotyzmów.
[ 4 9 ]
- Tam będzie około dwudziestu babek. Nie będzie wiedziała, która na to wpadła.
- Jaaasne - odparłam z przekąsem. - Baśka NA PEWNO
się nie zorientuje. Tia!
Musiałyśmy zakończyć konwersację na marynistyczne
tematy, bo moja przyjaciółka weszła do pokoju z kubkiem kawy.
- Kurwa mać! - powiedziała subtelnie i od razu karnie wrzuciła pięćdziesięciogroszówkę do świnki. Szklana skarbonka zapełniała się w zastraszającym tempie.
- Co się stało?
- Otworzyłam lodówkę w kuchni i smród mnie zabił.
Jakaś stara sałatka, która już wychodzi z siebie. Ogórek
kiszony! Biały! Ze dwa wiekowe mleka, których dawczyni pewnie już dawno nie żyje. Gdzie my pracujemy?
Korporacja? Ludzie na poziomie? Ciekawa jestem, czy
w swoich lodówkach też mają taki syf?!
- Może ktoś robi doświadczenia? Hoduje i patrzy, co
wyrośnie?
- Jasne, bakterie na ogórku to już koło wynalazły.
Zrobiłam zakupy i na pewno nie wsadzę ich do tej wylęgarni wąglika!
- Może napiszemy kartkę? - zaproponowałam.
- Możemy, mam już treść: „Zabierz, brudasie, stare
żarcie, bo cię rzucimy na pożarcie!"
- Nie, lepiej będzie: „Lodówka ma wszystkim służyć,
a nie szkodliwe bakterie obsłużyć".
- Łeee, bez sensu, lepiej tak: „Syfiarze z lodówki, spadajcie i na świeże produkty miejsce dajcie".
[50]
- A może najprościej: „Uprasza się o zabranie nieświe
żych produktów"?
- Jaka nuuudaaaa.
Moje koleżanki wykazywały się olbrzymią kreatywnością, posuwając się coraz dalej, aż w końcu popłakałyśmy się ze śmiechu. W końcu napisałyśmy grzeczny komunikat do
potencjalnych właścicieli sfatygowanych produktów, z jednoczesnym ostrzeżeniem, że jeśli „starocie" nie zostaną usunięte do jutra, komisja żywnościowa zrobi to sama.
Kierując się datą ważności lub węchem. Przylepiłyśmy
kartkę do lodówki i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciłyśmy do pracy.
W związku z tym, że sobotę miałam zajętą zabawą
z Baśką i jej marynarzem (o czym ta pierwsza oczywiście
nie miała pojęcia), postanowiłam dzisiaj pojechać do rodziców. Wstąpiłam najpierw do siebie, nakarmiłam kociarnię, posprzątałam kuwety i ruszyłam na Karłowice, gdzie
mieszkali moi staruszkowie. Oczywiście najpierw zadzwoniłam, bo o ile mogłam liczyć, że ojca zastanę, to mama mogła być wszędzie. U Janeczki albo u Zośki. Na pilate-sie dla seniorów albo w kinie Warszawa, gdzie grali teraz
ambitne filmy i na pewno nie sprzedawali popcornu. Ale
mama była w domu i bardzo się ucieszyła, że do nich jadę.