– Oczywiście zarekomenduję pana oberpolicmajstrowi i Swierczyńskiemu w samych superlatywach. To przecież nie pańska wina, że nie stanąłem na w-wysokości zadania. Zaproponuję, żeby przeniesiono pana do wydziału śledczego albo operacyjnego, jak pan woli. Ale mam też dla pana, Tulipanow, inną propozycję.
Szef zrobił pauzę i Anisij gwałtownie pochylił się do przodu, wstrząśnięty świetlaną perspektywą triumfalnego powrotu do żandarmerii, a z drugiej strony przeczuciem, że za chwilę usłyszy coś jeszcze bardziej oszałamiającego.
– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, żeby pracować ze mną na s-stałe, mogę panu zaproponować miejsce mojego pomocnika. Stały asystent należy mi się z urzędu, dotychczas jednak nie korzystałem z tego przywileju, wolałem działać sam. Ale pan byś mi odpowiadał. Niezbyt znasz się pan na ludziach, jesteś przesadnie skłonny do refleksji i za mało ufasz w swoje siły. Wszak właśnie te cechy mogą być w naszej działalności bardzo przydatne, jeżeli s-skieruje się je we właściwą stronę. Nieznajomość ludzi pozwala unikać stereotypowych ocen, a w ogóle ten brak jest do nadrobienia. Wahanie przed podjęciem decyzji również jest pożyteczne. Byle tylko już po podjęciu decyzji nie zwlekać. A brak wiary we własne siły chroni przed brawurą i niedbalstwem i może się przerodzić w zbawienną ostrożność. Największa pańska zaleta, Tulipanow, polega na tym, że obawa przed znalezieniem się w kompromitującej sytuacji jest w panu silniejsza niż strach fizyczny, a to oznacza, że w każdej sytuacji będzie się pan starał zachowywać g-godnie. To mi się podoba. No i jest pan całkiem bystry jak na pięć klas szkoły realnej. Co pan na to?
Anisij milczał, utraciwszy dar mowy, i wręcz bał się poruszyć – a nuż cudowny sen się skończy on, Anisij, przetrze oczy i znów zobaczy swą ubożuchną klitkę: Sońka w mokrych pieluchach beczy, za oknem śnieg z deszczem i trzeba biec na służbę, roznosić papierki.
Radca dworu, jak gdyby coś sobie przypomniał, powiedział przepraszającym tonem:
– Ach, tak, nie podałem panu warunków, proszę mi wybaczyć. Natychmiast otrzymasz pan rangę registratora kolegialnego. Pańska funkcja będzie mieć taką oto długą nazwę: osobisty asystent urzędnika do specjalnych poruczeń przy moskiewskim generale-gubernatorze. Pensja – pięćdziesiąt rubli miesięcznie, plus jakieś premie kwartalne, dokładnie nie p-pamiętam. Otrzymasz pan zwrot kosztów przeniesienia i kwaterę służbową, ponieważ będzie najwygodniej, jeśli zamieszkamy blisko siebie. Oczywiście p-przeprowadzka może być kłopotliwa, ale zapewniam pana, że mieszkanie będzie wygodne i dostosowane do pańskich warunków rodzinnych.
Ma na myśli Sońkę – pomyślał Anisij i nie mylił się.
– Jako że… hmm… powracam do kawalerskiego trybu życia… – tu szef zrobił jakiś nieokreślony gest -…kazałem Masie wyszukać nową służbę: kucharkę i pokojówkę. Ponieważ będzie pan mieszkać po sąsiedzku, mogą usługiwać także panu.
Żeby tylko się nie rozbeczeć – w panice pomyślał Tulipanow – bo to by była całkowita i beznadziejna kompromitacja.
Fandorin rozłożył ręce.
– No, sam już nie wiem, czym pana skusić. Chcesz pan…
– Nie, wasza jaśniewielmożność! – zakrzyknął, oprzytomniawszy, Anisij. – Niczego więcej nie chcę! To i tak za wiele! Nic nie mówiłem, bo… – Zaciął się, nie wiedząc, jak zakończyć.
– Doskonale. – Erast Pietrowicz skinął głową. – Czyli umowa stoi. I pierwsze pańskie zadanie będzie następujące: na wszelki wypadek, jako że strzeżonego Pan Bóg strzeże… niech pan przez parę tygodni poprzegląda gazety. Poza tym wydam rozporządzenie, żeby codziennie przysyłano panu od policmajstra do przejrzenia „Raport policyjny o wydarzeniach w mieście”. Proszę zwracać uwagę na wszystkie wydarzenia niezwykłe, podejrzane i zaraz mi meldować. A nuż ten cały Momus okaże się jeszcze bardziej bezczelny, niż s-sądziliśmy…
W jakieś dwa dni po owej historycznej rozmowie, stanowiącej zdecydowany zwrot w życiu Anisija, Tulipanow siedział za biurkiem w domowym gabinecie szefa, przeglądał swoje uwagi porobione w gazetach oraz „Raporcie policyjnym” i przygotowywał się do złożenia sprawozdania. Było już po jedenastej, ale Erast Pietrowicz jeszcze nie opuścił sypialni. Ostatnio w ogóle nie miał humoru, był niezbyt rozmowny i nie interesował się odkryciami Tulipanowa. Wysłucha w milczeniu, machnie ręką i powie:
– Może pan iść, Tulipanow. Na dziś koniec u-urzędowania.
Teraz zajrzał do Anisija Masa.
– Całkiem źre – wyszeptał. – W nocy nie śpi, w dzeń nie je, zazen i renshu i nie robi.
– Czego nie robi? – również szeptem zapytał Anisij.
– „Renshu” to… – Japończyk pokazał gestami szybkie cięcia i jednocześnie wyrzucił nogę powyżej ramienia.
– A, japońska gimnastyka – domyślił się Tulipanow, przypominając sobie, że dawniej rankami, kiedy on czytał w gabinecie gazety, radca dworu i kamerdyner zamykali się w salonie, odsuwali pod ściany stoły i krzesła, po czym długo tupali i hałasowali, co chwila wydając ostre jak krakanie okrzyki.
– „Zazen” to jest tak – wyjaśnił następnie Masa, siadł na podłodze, podwinął pod siebie nogi i z bezmyślnym wyrazem twarzy wbił wzrok w nogę krzesła. – Rozumie, Turi-san?
Kiedy Anisij przecząco potrząsnął głową, Japończyk zrezygnował z dalszych wyjaśnień. Powiedział tylko z troską:
– Baba trzeba. Z baba zle, bez baba jesce gozej. Ja myśli, do dobry burdel chodzicz, z madama mówicz.
Tulipanow także sądził, że melancholia Erasta Pietrowicza wiąże się ze zniknięciem hrabiny Addi. Jego zdaniem jednak przed tak radykalnym środkiem, jak zwrócenie się o pomoc do bajzelmamy, należało się jeszcze wstrzymać.
W kulminacyjnym momencie narady do gabinetu wszedł Fandorin w szlafroku, z dymiącym cygarem w zębach. Wysłał Masę po kawę, a Anisija znudzonym głosem zapytał:
– No, co tam, Tulipanow? Znowu będziesz mi pan cz-czytać reklamy nowych cudów techniki? A może, jak wczoraj, o kradzieży brązowej liry z nagrobka hrabiego Chwostowa?
Anisij się stropił, jako że istotnie podkreślił w „Niedieli” podejrzaną reklamę, wynoszącą pod niebiosa zalety „samojezdnego welocypedu” z jakimś bajecznym „silnikiem spalinowym”.
– Wcale nie, Eraście Pietrowiczu – zaprzeczył z godnością, szukając czegoś bardziej interesującego. – We wczorajszym „Raporcie” jest ciekawa informacja. Donoszą, że po Moskwie krążą dziwne pogłoski o jakimś czarodziejskim czarnym ptaku, który sfrunął z nieba do rzeczywistego radcy stanu Jeropkina, wręczył mu złoty pierścień i przemówił ludzkim głosem. Jest przy tym wzmianka o bożym człowieku, cudnej urody młodzianku, który nosi miano albo Paisij, albo Pafnutij. Tu załączono zalecenie policmajstra: „Przekazać sprawę do konsystorza, żeby duchowni w parafiach uświadomili wiernym szkodliwość zabobonów”.
– Do Jeropkina? Czarny p-ptak? – zdziwił się szef. – Do Samsona Charitonowicza? Dziwne. Bardzo dziwne. I co, to są uporczywe pogłoski?
– Tak, piszą tu, że wszyscy wymieniają rynek Smoleński.
– Jeropkin to człowiek bardzo bogaty i bardzo przesądny – odezwał się w zamyśleniu Erast Pietrowicz. – Podejrzewałbym tu jakąś aferę, ale Jeropkin ma taką reputację, że żaden z moskiewskich hochsztaplerów nie ośmieliłby się z nim zadrzeć. To ł-łotr i łajdak, jakiego świat nie widział. Dawno ostrzę sobie na niego zęby, ale, niestety, Władimir Andriejewicz nie pozwala go tknąć. Powiada, że łotrów jest bez liku, a ten hojnie łoży do kasy miejskiej i na dobroczynność. Więc ptak rozmawiał z nim ludzkim głosem? I miał w dziobie złoty pierścień? Pozwól pan, że spojrzę.