Grad łomotał o skafandry. Czas uciekał.
Za mniej więcej pięćdziesiąt godzin Srebrna zwariuje i będzie próbowała popełnić samobójstwo. Kungowie i ludzie długo wytrzymują bez jedzenia. Mieszkańcy Shand — nie.
Dookoła szalała burza. Kiedy jednak Marco wyprowadził ich ponad chmury, pozostała na dole. Wypadli prosto w zachodzące słońce.
Mieli je daleko za plecami, czerwone, gniewne, skryte za obłokiem. Z tej wysokości zobaczyli, że na całym dysku panowała zła pogoda. Choć nie było to właściwe słowo. Niektóre chmury przybrały kształty wręcz obłędne.
Marco przerwał milczenie.
— Musimy przebyć półtora tysiąca kilometrów.
— To daje przeciętną szybkość trzydziestu kilometrów na godzinę — odparła Kin. — Z łatwością dotrzemy do osi, nawet przy kilku postojach na odpoczynek.
— No więc dotrzemy do osi. I co? Znajdziemy tam autokuchnię?
— Ktoś, kto skonstruował dysk, zdolny jest także do zbudowania kuchni.
— No to dlaczego nie próbowali naprawić dziury? Eirick, Lothar, oni wszyscy są potomkami konstruktorów, tyle że cofniętymi do stanu barbarzyństwa. Albo ci ostatni nie żyją.
— No dobra. Masz lepszy pomysł?
Marco jedynie parsknął.
Srebrna leciała kilkaset metrów za nimi. Wyglądała jak punkcik na sinym niebie. Odchrząknęła uprzejmie oznajmiając, że jest włączona w obwód.
— Jednak istnieje prawdopodobieństwo, że znajdziemy kuchnię. O ile to Kompania zbudowała dysk. Nie jęcz, Kin. Idea płaskiego świata na wiele sposobów pasuje do zasad jej polityki. A tak na marginesie, pół kilometra za mną leci kruk.
Kin zapatrzyła się w przepływające pod nią chmury. Polityka. Może ten krążek rzeczywiście był jej elementem.
Wielcy królowie Wrzecionowatych, Kuliści, Paleotechniczni, ChTony — byli mieszkańcami wszechświata. I wszechświat był nimi.
Dawno temu astrohistorycy rozumowali kategoriami wielkiej, rozgwieżdżonej sceny, czystego płótna, czekającego na pędzel życia. W rzeczywistości, jak wreszcie zrozumiano, pojawiło się ono w ciągu trzech mikrosekund prawybuchu. W przeciwnym razie, kosmos byłby teraz jedynie zbiorowiskiem przypadkowych kombinacji materii. To Życie kierowało jego rozwojem. Najpierw kłębiło się w ogromnych chmurach pyłu, dających początek gwiazdom, z których każda stawała się potem szkieletem kosmicznego dinozaura. Jura wszechświata.
Później formy życia były już mniejsze, bardziej bystre. Niektóre z nich, jak Kuliści, okazały się ślepym zaułkiem ewolucji. Inne, zwłaszcza królowie Wrzecionowatych czy Shameleoni, odniosły większy sukces, oczywiście w kategoriach, w jakich mierzy go ewolucja — przetrwały dłużej. Jednak rasy podróżujące do gwiazd też wymierały. Wszechświat składał się z mauzoleów, stojących na mogiłach, umieszczonych nad katakumbami. Kometa rozjaśniająca pogańskie niebo była zmiażdżonym ciałem naukowca, żyjącego trzy eony wcześniej.
Polityka Kompanii była prosta: osiągnąć nieśmiertelność Człowieka.
Zabierze to sporo czasu, prace dopiero rozpoczęto. Otóż jeśli Człowiek zamieszka na wielu światach i osiągnie różne formy, może przetrwa. Wrzecionowaci wymarli, gdyż wszyscy byli do siebie podobni. Teraz na rozmaitych planetach odmienne siły natury zmieniały ludzi, różne księżyce doprowadzały ich do szaleństwa, inna grawitacja zginała im kark.
Ponieważ wszechświat zapewne nie zakończy swojego istnienia w sposób naturalny, jako że w ogóle taki nie jest, stanowiąc jedynie sumę różnych, kształtujących go istnień, Człowiek postanowił żyć wiecznie. Czemu nie?
Zachować nieme, idee — oto cała tajemnica. Jeśli posiada się setkę planet, to jest miejsce na odmienne nauki, przedziwne wierzenia, nowe techniki, stare religie mogące rozkwitać w nowych, zacisznych kątach. Kiedyś na Ziemi istniała jedna cywilizacja i omal nie została z tego powodu unicestwiona. Jeśli zaś Człowiek stanie się wystarczająco zróżnicowany, to zawsze gdzieś znajdzie się ktoś, kto będzie zdolny stawić czoła przyszłości.
Ludzie na dysku pilnowani przez potwory, otoczeni wodospadem — jakiego rodzaju meme mogliby wnieść do genów cywilizacji? Próbowała wyjaśnić to Marco.
— Co to jest meme? — spytał.
— To idee, przekonania, pojęcia, sposoby zachowania — odparła. — Geny umysłu. Kłopot w tym, że te mogące rozwinąć się na dysku będą nastawione na zniszczenie swych nosicieli. Jednym z nich jest antropocentryzm.
Bladoczerwony księżyc wzeszedł ponad skłębionymi chmurami. Lecieli rozdzieleni, wysoko i szybko, licząc pozostałe godziny. Kin patrzyła na plamkę będącą Srebrną i martwiła się.
Oczywiście, przenoszenie ludzkiego sposobu myślenia na Obcych byłoby zupełnym nieporozumieniem, ale człowiek znajdujący się w sytuacji Srebrnej żyłby nadzieją, że wcześniej czy później naje się do syta. Ludzie byli optymistami.
Jednak od mieszkańców Shand nie można było oczekiwać ludzkiego rozumowania. Niezmiernie łatwo przychodziło myśleć o przyjaciołach jako o przebranych czy zabawnie wyglądających ludziach, zwłaszcza że od dawna zachęcano do tego, z dobrych i szlachetnych pobudek. Jednak to, że Obcy nauczyli się grać w pokera albo czytać po łacinie, nie czyniło ich ludźmi.
Krótko mówiąc Kin zastanawiała się, kiedy Srebrna podejmie próbę samobójstwa. Dała znać Marco i powiedziała mu o tym.
— Nie możemy nic zrobić — stwierdził. — Już postanowiłem, że na znak solidarności, przed dotarciem do osi nic nie zjem. Jeśli analizy kuchni były prawdziwe, możemy przyjmować proteiny dysku.
— Czy przez to ona poczuje się lepiej?
— Może my tak się poczujemy. Jest jeszcze jeden problem, który ostatnio zwrócił moją uwagę. Nie wiem, czy ci o tym powiedzieć…
— Mów, mów.
— Spójrz na tarczę na twoim lewym nadgarstku. Na tle zielonego paska jest pomarańczowa, fluoryzująca kreseczka. Widzisz?
Zerknęła w dół na migające światełko.
— Widzę. Tylko że to pomarańczowa kropka.
— Właśnie, a powinna być kreska. Kin, kończy się energia.
Przez chwilę lecieli w milczeniu. Wreszcie spytała:
— Jak długo jeszcze?
— Ty i ja około sześciu godzin. Może godzina mniej dla Srebrnej. To by rozwiązało jeden problem, zeszłaby na ziemię kilometry za nami.
— Tyle że my oczywiście zostaniemy z nią — stwierdziła Kin oschle.
Udał, że nie dosłyszał.
— Gdybyśmy mieli kuchnię, problem nie byłby taki straszny. Oś nie jest daleko. Moglibyśmy zmusić mieszkańców do przewiezienia nas, nawet mam w tej chwili ze sto pomysłów, jak to zrobić. To mogłoby być całkiem zabawne. A poza tym nowe doświadczenia.
— Jakie?
— Igraszki z tubylcami z pozycji istot wyższych. Już wcześniej planowałem, że jeśli na osi nie będzie nic interesującego, utworzę imperium. Zapewne ty też o tym myślałaś?
Rzeczywiście, przelotnie. Wyobraziła sobie Dżyngis Marco, Marco Cezara, Marco Prestera. Pewnie by mu się udało. Czteroręki król-bóg.
— Jak sądzisz, ile zabrałoby nam czasu, zanim tutejsza cywilizacja osiągnęłaby poziom podróży kosmicznych? — spytał. — To znaczy, gdyby one były głównym celem? My mamy wiedzę.
— Ależ wcale nie. Tylko tak się nam wydaje. Wszystko co potrafimy, to operowanie urządzeniami. Oczywiście sam statek kosmiczny mógłbyś zbudować w ciągu dziesięciu lat.
— Tak szybko? W takim razie może…
— Nie, nie da rady — stwierdziła po namyśle. — Udałoby się skonstruować co najwyżej zwykłą, prymitywną kapsułę, napędzaną stałym paliwem rakietowym, o mocy wystarczającej jedynie do staranowania tej kopuły. Moglibyśmy wystartować skacząc po prostu z krawędzi nad wodospadem.