Gdy wieczorem, nagrzany słońcem, wróciłem do pokoju, Tor męczył automat monotonnym pytaniem „kocha”, „nie kocha”, wyciągając coraz to nowe aspekty. Automat był wyraźnie przeciążony i palił czerwone światło alarmu, co zresztą bynajmniej nie zrażało Tora. Wan leżał na łóżku z zamkniętymi oczyma i rękoma pod głową. Okna pokoju matowiały bielą.
Chciałem się właśnie zabrać do oglądania ostatnich wydarzeń w wizotronii, gdy nagle Wan zerwał się z łóżka:
— Mam, znalazłem…!
Spojrzałem ku niemu, a Tor z wahaniem wyłączył automat.
— Pytanie pierwsze — głos Wana brzmiał uroczyście. — Czy zdacie egzamin u Pata?
— Nie — odpowiedziałem.
— Chyba nie — powtórzył Tor.
— Zero dla obu — zawyrokował Wan w stylu cerebroskopu. — Właśnie że zdacie.
Tor wzruszył ramionami. Chciałem o coś zapytać Wana, ale nie dał mi dojść do słowa.
— Nie przeszkadzaj. Pytanie drugie. Jak długo będziecie się musieli uczyć?
— Minimum dwa tygodnie — odpowiedział po chwili Tor.
Skinąłem głową.
— Znowu zero. Ani chwili.
— Dobrze, ale jak…
— Czekaj. Pytanie trzecie. Jak nazwalibyście człowieka, który by wam powiedział, jak to zrobić?
— Geniuszem.
— Obrońcą uciśnionych.
— Jeden — stwierdził Wan. — Tym człowiekiem jestem ja. Należne mi tytuły wypiszcie drukowanymi literami na werbografie i powieście nad moim łóżkiem. Otóż idea jest tak prosta, że aż dziwię się, iż nikt na to poprzednio nie wpadł. Zastanawialiście się, z czym cerebroskop porównuje uzyskane od nas informacje?… z wiadomościami nadchodzącymi z mnemotronów. Wystarczy więc podłączyć się do falowodu, zebrać informacje i przekazać je na urządzenie nadawcze o mocy naszego mózgu. Zostaną one zarejestrowane jako odpowiedź na problem. Jeśli sam w tym czasie nie będziesz myślał, odpowiedź będzie stuprocentowo trafna. I co wy na to?
— Pomysł doskonały, ale do realizacji potrzebna jest przecież znajomość budowy cerebroskopu. Skąd się tego dowiesz? Przecież w żadnym z naszych mnemotronów nie ma nawet wzmianki na ten temat.
— To jest raczej trudność techniczna, nie umniejszająca wielkości idei…
— Trzeba ją jednak rozwiązać.
— Pomyślałem o tym. Budowę automatu poznamy w czasie dyżuru Maxa.
— Ależ on nie pozwala nawet zbliżyć się do urządzenia. Chodźmy tam lepiej podczas dyżuru innego asystenta.
— Pozwoli. Ty, Tor, pójdziesz do niego z tymi średniowiecznymi papierkami, znaczkami, tak to się, bodajże, nazywa. Max przepada wprost za nimi. Możesz mu nawet dać kilka z nich. Chodzi o to, żeby nam nie przeszkadzał podczas oglądania aparatury.
— No tak, ale…
— Żadnych ale. Musisz dla dobra ogółu poskromić swą dziwaczną namiętność do naklejania papierków.
To przekreślało dalszą dyskusję. Do Maxa poszliśmy następnego dnia.
— Co, nie widzieliście jeszcze cerebroskopu? Nie martwcie się, zobaczycie go jeszcze — zaśmiał się zgrzytliwym śmiechem. To było powitanie.
— Widzieliśmy. Nic takiego rewelacyjnego. Trochę przewodów i krzesło pod hełmem. A z bliska obejrzymy go sobie przy najbliższej rozmowie z Patem — rozpoczął Wan.
— A obejrzyjcie, obejrzyjcie — Max zaśmiał się, tym razem już naprawdę nie wiadomo z czego.
Wobec tak doskonale rozwijającej się konwersacji, Wan przystąpił do istoty rzeczy.
— Kolega — tu wskazał na Tora — dostał właśnie z Europy kilka znaczków. Nie wie tylko, z jakiego okresu pochodzą…
— Tak, pokażcie je… — po raz pierwszy ujrzałem na twarzy Maxa coś w rodzaju wzruszenia.
Wan popchnął Tora, który z ociąganiem postąpił ku Maxowi. Ruchem pełnym determinacji wyciągnął album. Max chwycił go, otworzył…
— O, ładne znaczki, bardzo ładne znaczki — słowo „znaczki” przeciągał z lubością. — Na przykład ten brunatny. Dzieło sztuki, no nie? — zwrócił się do nas.
— Oczywiście! — krzyknęliśmy w dwugłosie.
Tor przygnębiony milczał.
— Wspaniałe dzieła starożytnych mistrzów… — mówił Max, popadając w coraz większy zachwyt.
Był już na trzeciej stronie. Zostawiliśmy go pochylonego nad wspaniałymi trójkątami z grzybami i podeszliśmy z Wanem do cerebroskopu.
Właz do kabiny był uchylony. Wsadziłem głowę do środka. Krzesełko, hełm, jakieś przełączniki, klawisze, wygaszone światła kontrolne.
— Gdzieś tu musi być schemat — szepnął Wan schylając się, by zajrzeć pod krzesełko. — Nie widzę. Tu jest jakaś tablica z gniazdkami. O, jest! — odchylił oparcie siedzenia, pod którym fosforyzował schemat. Przyglądaliśmy się mu obaj w milczeniu.
— Tu, widzisz — palcem wskazałem miejsce na schemacie — należałoby podłączyć przewód.
— Zgoda, ale gdzie to może być w kabinie?
— Nie wiem… Chociaż popatrz. Tu jest centralny dzielnik impulsów. Podłączenie musi być zaraz za nim.
— Dzielnik impulsów masz tutaj — Wan wskazał paraboloidalną bryłę, opalizującą w przyćmionym świetle w głębi pod siedzeniem krzesełka.
— W takim razie podłączymy się chyba tu — dotknąłem płyty z szachownicą włącz.
Nasze przypuszczenia okazały się trafne. W kilkanaście minut sprawdziliśmy wszystko
— Pamiętaj: drugie gniazdko, trzeci rząd, i trzecie gniazdko, piąty rząd. Tylko ich nie pomyl!
— Drugie gniazdko, trzeci rząd, trzecie gniazdko, piąty rząd — powtórzyłem.
— Doskonale. Chodźmy już, w przeciwnym razie dorobek życia Tora stanie się własnością Maxa.
Niepostrzeżenie stanęliśmy za nimi. Trójkąty zmieniły już właściciela i właśnie Max przekonywał Tora o bezsprzecznej wyższości rombów, które Tor miał otrzymać w zamian.
— A może byśmy tak obejrzeli cerebroskop — niespodziewanie z tyłu odezwał się Wan.
Max zamilkł natychmiast i z wolna odwrócił głowę. Patrzył chwilę na Wana.
— Nie, nie można…. — powiedział to dziwnie normalnym głosem. Przerwał, milczał chwilę, a potem zwrócił się do Tora: — Weź te trójkąty. Obawiam się, że nie mógłbym znaleźć rombów takich, żeby ci się podobały — powiedział to zupełnie cicho.
Tor aż zarumienił się z radości i zaczął ostrożnie przekładać odzyskane trójkąty z powrotem do swego albumu.
— A teraz idźcie stąd — Max powiedział to stanowczo.
W milczeniu opuściliśmy laboratorium. Wyszliśmy na kamienne schody przed gmachem. Nagrzane czerwcowym słońcem, promieniowały żarem upalnego południa.
— Pójdziemy chyba na przystań — zaproponowałem.
— Nie, pójdziemy do laboratorium podręcznego przygotować prototyp „negcerebroskopu”, jak proponuję nazwać nasz wynalazek.
Poszliśmy do laboratorium i rozpoczęliśmy ciężką pracę. Ciemna głowa Tora tkwiła nieruchomo, pochylona nad ekranami trzech mnemotronów. Wan i ja pracowaliśmy z automatycznym konstruktorem. Podaliśmy warunki ograniczające. Przede wszystkim „negcerebroskop” musiał być tak płaski, by można go było umieścić na elastycznym podkładzie i przypiąć do pleców.
— Rozumiesz, nie może go być w ogóle widać. Jeśli będzie ci coś na plecach wystawało, nie powiesz przecież, że to garb, który ci wyrósł w czasie przygotowywania się do egzaminu… — uzasadniał Wan pierwsze ograniczenie.